Fotografie, ach stare fotografie! Te widoczne nici łączące nas z przeszłością.
Co by było gdyby ich nie było?
Bylibyśmy skazani na malarstwo i literaturę.
A one mają nieznośną tendencję do upiększania rzeczywistości.
Fotografia zaś mówi prawdę, tylko prawdę.
Ponurą prawdę, radosną prawdę, nijaką prawdę.
Różną prawdę. Odrobinę prawdy. Okruchy prawdy.
One zmuszają nas do otarcia się o to co dawno zapomniane. Tak zapomniane, że nieprawdziwe.
Gdybyśmy mieli wątpliwości czy coś wydarzyło się, to fotografia potrafi je rozwiać. Musiało się to zdarzyć, skoro znalazło się na fotografii.
Tak właśnie to wszystko wtedy wyglądało.
Tak ja wyglądałem, tak ty wyglądałaś i tak wyglądał wtedy świat.
Niesamowite.
Pamiętam gdzie stał fotograf i kto był tym fotografem.
Boże, jak wszystko potrafi się zmienić, a w gruncie rzeczy pozostać niezmienionym.
Mimo, że na tej fotografii nikt by już mnie nie rozpoznał, wydaje mi się, że pamiętam co wówczas myślałem, kiedy robiono to zdjęcie. Co myślałem w tamtej chwili. Dziś myślę tak samo.
Więc się nie zmieniłem.
Pomimo tego, że się w ogóle nie zmieniłem - nikt by mnie dzis już nie rozpoznał!
Albumy, zdjęcia w kopertach i zdjęcia w tekturowych pudełkach, fotografie luzem.
Wszystko jak leśny pył, jak zapach zasuszonych kwiatów usadawia się w zakamarkach naszych mieszkań. W wolnych przestrzeniach ulubionych miejsc, w książkach, których czytanie przerwaliśmy, w zeszytach w których zapisywaliśmy kiedyś coś….
Fotografie osiadają jak kurz .
Są wszędzie, otaczają nas ze wszystkich stron.
Nie sposób się przed nimi obronić, zasłonić, uwolnić od nich. Czasem, szukając czegoś, szybkim ruchem przesuwamy niepotrzebne przedmioty i nerwowo odkładamy jakieś nieistotne papiery - raptem znajdujemy czyjeś zdjęcie, albo nasze zdjęcie, które z niewiadomych przyczyn w tej właśnie chwili stanęło się nam na drodze. Kiedy tak bardzo śpieszymy się, przeszłość rozbłyska nagle niczym flesz, a czyjś zapomniany głos brzmi nam przez ułamek chwili.
I cichnie.
I znów wszystko znika.
Tak to jest z fotografią.
Żyje niczym nasionko utajonym życiem, aby wybuchnąć kiedyś nowym.
Zaskakuje wtedy jaskrawym kolorytem.
Zastanawiamy się w jaki sposób udało mu się to wszystko zachować?
Jak zdołało przetrwać, skoro od tamtych lat tak wiele wydarzyło się?
Oczywiście, że mam setki fotografii, a może nawet tysiące.
Tak, nawet na pewno mam tysiące różnych fotografii.
Lecz tylko na jednej z nich jest adwokat Kazimierz K. – łódzki Żyd i przyjaciel mego Ojca.
Stoimy obok siebie. Ja nie mam więcej niż dziewięć lat, a mecenas Kazimierz K. jest w berecie. W prawej dłoni trzyma fajkę, lewą opiera na moim ramieniu.
Jest uśmiechnięty, jest bardzo szczęśliwy, gdyż za nami, w tle, stoi jego zrealizowane marzenie – samochód marki DKW z brezentowym dachem i ze lśniącymi chromem kołpakami na kołach.
Adwokat K. przez wiele lat marzył o tym aby mieć samochód.
Był przedmiotem drwin Ojca, który przed wojną samochód miał, a po wojnie nie miał nawet złudzeń.
Za każdym razem gdy adwokat K. próbował zrealizować swoje wielkie marzenie i zaczynał z ewentualnym sprzedawcą negocjować cenę kupna samochodu, a działo się to najczęściej latem, przyjeżdżał do nas na letnisko do Grotnik pod Łodzią i pojazd prezentował Ojcu.
Doskonale pamiętam czerwony, dwuosobowy kabriolet, lśniący lakierem i chromem, z silnikiem spiętym skórzanym paskiem. To najwspanialszy samochód jaki kiedykolwiek udało mi się zobaczyć.
Adwokat Kazimierz K. bardzo chciał go kupić. Lecz nie kupił go.
Lecz ja do dziś pamiętam to cacko.
Stoi pachnący benzyną i smarami na piaszczystej drodze przed naszym leśnym domem w Grotnikach. Wszyscy spoglądaliśmy nań z zachwytem, lecz tylko ja mogłem usiąść na czerwonych, skórzanych siedzeniach i patrzeć do syta na skomplikowane błyszczące zegary. Dotknąć każdego przełącznika, każdego bardzo ważnego guziczka. Tylko ja mogłem objąć spoconymi z emocji rękami, obłość czarnej kierownicy i napaść nos kąśliwym zapachem benzyny i nagrzanej skóry.
Adwokat Kazimierz K. był człowiekiem zamożnym.
W swoim olbrzymim mieszkaniu czasem organizował dla łódzkiej palestry bale sylwestrowe.
Wydawał tam też huczne przyjęcia.
Choć był człowiekiem niemłodym, lecz pogodnym i miłym w obejściu.
Miał żonę Klarę, którą szalenie kochał.
Niedługo po tym, jak zrobiono nam tę fotografię z samochodem marki DKW w tle, mecenasowa Klara, korzystając z jakiejś niezwykłej, nadarzającej się okazji, wyjechała nagle - co ja mówię nagle wyjechała - ona po prostu uciekła, do Izraela.
Mimo wielu starań, pomimo usilnych, wielomiesięcznych, a później i wieloletnich zabiegów i próśb władze naszego ówczesnego socjalistycznego państwa ostatecznie i definitywnie oraz raz na zawsze odmówiły mec. Kazimierzowi K. pozwolenia na wyjazd do Izraela i połączenia się tam z ukochana Klarą.
Cóż miał zatem uczynić adwokat Kazimierz K. – łódzki Żyd i przyjaciel mego Ojca?
Nie miał wyjścia.
Pewnego czerwcowego dnia powiesił się w swym pięknym łódzkim mieszkaniu, przywiązując pasek pidżamy do klamki drzwi salonu, w którym tyle razy bawiła się łódzka palestra.
Pomimo zrealizowania marzenia wolał umrzeć, bo nie potrafił żyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)