niktt niktt
272
BLOG

Sprawa Tuśki

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 2

 

Sprawa Tuśki

Muszę tu wspomnieć o Tuśce, bo była dla nas ważna!

A poza tym tak niewielu z nas ją jeszcze pamięta.

Była z naszych dziewczyn najbrzydszą, lecz duszę miała najczystszą.

Tworzyliśmy grupę przyjaciół.

Wtedy jeszcze sądziłem, że przyjaźń opiera się na formule dawania, a nie brania.

Że to coś więcej niż tylko pozytywny stosunek do drugiego człowieka.

To była nasza szansa, otwarta oferta. Gwarancja bezpieczeństwa.

Miała to być nasza rzeczywistość na odwrót.

Przyjaźń, która dawała nadzieję, że nie wszystko jest stracone.


 

W końcu lat sześćdziesiątych, gdy dojrzewaliśmy w beznadziejności tamtej rzeczywistości Tuśka była przyjacielem wszystkich. A przecież nie wiedzieliśmy nawet, że ta nasza rzeczywistość jest beznadziejna. Skąd mieliśmy to wiedzieć, skoro mieliśmy osiemnaście lat.

Dowiedzieliśmy się o tym później.

Lecz wtedy to była już inna rzeczywistość. A my, dorośli, zmagaliśmy się z nią do utraty tchu. Aż do końca. Do ostatniej chwili, do cudownego ocalenia.

Nie każdy ocalał. Niektórzy utonęli. Tuśka utonęła pierwsza.

Musiała utonąć, bo była z nas najbardziej niewinna. Niezdolna do kompromisów. Niezdolna do świństw, jakie były przed nami do zrobienia.

Odeszła kiedy zbliżyliśmy się do smugi cienia, do naszej cienkiej czerwonej linii.

Kiedy pozostał nam do zrobienia już tylko jeden mały krok. W niegodziwość, niestety.

Dlatego Tuśka musiała nas opuścić. Aby w pewnym sensie nas ocalić.

Dlatego roztrzaskała się w jakiejś rozpadlinie pirenejskiego potoku.

Może pozostawiając nas na progu dorosłości czuła, w którym kierunku to się potoczy. Gdzie pożeglujemy. Może znała przedsmak goryczy, którą my mieliśmy dopiero poznać po latach.

Bo była mądrzejsza od nas. Choć była najbrzydszą z naszych dziewczyn.


 

Nie wiem czy wtedy, na jej pogrzebie, a i później po latach, czy w ogóle kiedykolwiek zastanowiliśmy się nad jej śmiercią. Nad sensem tej śmierci.

Tyle rzeczy się działo. Cały czas żeniliśmy się, wciąż rodziły się nam dzieci. Tak wiele się wydarzało. Nie było na to czasu!

A i dziś – chociażby dzisiaj, kiedy nasze dzieci już dorosły, a my przeżyliśmy tak wiele, czy nie sądzicie, że w jej śmierci tkwiła jakaś metafizyka? Że było w niej jakieś przesłanie?

Może mimowolne, może nie do końca sprecyzowane, przesłanie?

Wtedy niezrozumiałe, lecz dziś już przecież zupełnie jasne i oczywiste.


 


 

Czy nie sądzicie, że Tuśka czuła jak potoczą się nasze losy?

Że w chwili jakiejś iluminacji, jakiegoś niepojętego olśnienia rozpoznała nasze przyszłe klęski. Koszty jakie przyjdzie nam zapłacić. Że poznała rozczarowania zrodzone z tamtych podniosłych uczuć. Rozpoznała na jakie zachorujemy choroby i jakie upokorzenia przyjdzie nam znosić. Jakie podłości zadamy innym.

Czyż nie przychodzi wam do głowy, że ona mogła to wszystko jakoś intuicyjnie przewidzieć?

To jest możliwe. Są przecież takie przypadki.


 

Gdy teraz spotykamy się, nie rozmawiamy o niej.

Nie rozmawiamy o niej, bo nam trochę wstyd, że zbyliśmy jej śmierć milczeniem.

Mieliśmy wtedy tyle ważnych spraw. Nie mieliśmy w ogóle czasu aby nad tym pochylić się.

Dlatego nie mówimy o niej udając, że jej nie pamiętamy.


 


 

* * * *


 

Jeszcze raz w sprawie Tuśki

Źle brzmi to co dotychczas napisałem. Zbyt patetycznie i jest jakieś takie nadęte i napuszone.

A przecież tak wcale nie było. Wróciliśmy zwyczajnie, późnym popołudniem, a w domu czekał na nas telegram od Piotra: „Tuśka zginęła tragicznie w Pirenejach. Pogrzeb itd.”

To wszystko.

Telegramy nie przynosiły zwykłych wiadomości.

Już samo pojawienie się telegramu było czymś niepokojącym.

Bo cóż takiego mogło się zdarzyć, że wysyłano aż telegram? Przecież wszystko można napisać w liście. Za marne sześćdziesiąt groszy można było ze szczegółami opisać każde wydarzenie, opatrzyć je komentarzem, nadać stosowny ton.

Tymczasem telegram był kosztowny, a niósł tylko informację. Nic więcej. Żadnego komentarza, żadnego opisu. Telegram oznaczał, że wiadomość ma trafić do adresata bez najmniejszej zwłoki. Musiało to być coś ważnego. Nadzwyczaj ważnego!

Bez komentarza! Samo nadejście telegramu wystarczało za cały komentarz.

Telegram wystukiwano dalekopisową czcionką na wąskich paskach papieru, które potem niedbale naklejano pomiędzy liniami szarego blankietu. Niedbale – a więc szybko.

To potęgowało atmosferę pośpiechu i niecodzienności.

Oto proszę – nawet ważny urzędnik na poczcie był zmuszony byle jak nakleić paski papieru z wystukaną na nich wiadomością, bo się spieszył.

A spieszył się dlatego, gdyż najważniejsza była szybkość. Estetyka nie była ważna. Chociaż telegram to papier urzędowy wysyłany przez państwową instytucję, to jednak wobec gradacji priorytetów najważniejszym okazywał się pośpiech.

Telegram przynosił specjalny posłaniec w czapce z daszkiem i wręczał za pokwitowaniem. Już w chwili gdy kwitowaliśmy odbiór, gdy drżącą ręką wpisywaliśmy nazwisko pomiędzy rubrykami urzędowego druku, myślami byliśmy we wnętrzu tej zwiniętej kartki.

Cóż tam mogło być w środku? Od kogo ta wiadomość? Czego dotyczy? Może choroby lub nie daj Boże, śmierci? A może zdarzył się nieszczęśliwy wypadek albo szczęśliwe narodziny?

Nikt metodycznie, z namysłem nie rozcinał kartki z telegramem. Wręcz przeciwnie. Rozrywaliśmy ją jednym szarpnięciem – niecierpliwie i łapczywie!

Bo wiedzieć chcieliśmy natychmiast. Każda chwila była droga, a z jej nieopacznym upływem mogło nam umknąć coś nieodwracalnie.

Dziś mało kto wysyła telegramy. Już samo jego nadanie, jak się okazuje, stanowi duży problem. Nie mają jakichś druków czy czegoś tam, więc panienki na poczcie radzą aby raczej nie zawracać sobie telegramem głowy i po prostu wysłać zwykłego SMS-a.



 

Mam do dziś ten telegram.

Litery już całkiem spłowiały, a szary papier zszarzał do końca.


 

Gdy potem myślałem o Tuśce, to wyobrażałem sobie jak mogło wyglądać to miejsce w Pirenejach. Ktoś powiedział, że jest niesamowite.

Wyobrażałem je sobie zatem jako miejsce szczególnie piękne.

Wyobrażałem sobie wodospad wśród zdziczałych roślin na pionowych skałach.

Pośród drzew wczepionych w skalne załomy, krzewów zielonych niepokojącą zielenią widziałem błękitny strumień spadający wprost z nieba, czułem rozbryzgującą się wilgotność, która przemieniała się w delikatny mech.

I fioletowo-niebieską mgiełkę wyłaniającą się zza skał otulającą wodną mgławicą kanion.

Widziałem półkę skalną, na którą weszła Tuśka. Wyobrażałem ją sobie na tej półce. Była tak blisko strumienia, bardzo blisko. Wydawało się, że z łatwością dosięgnie doń ręką. Wystarczyło się tylko lekko przechylić.

I właśnie wtedy, gdy tak wychylona próbuje Tuśka sięgnąć wody, a wokół niej słychać łoskot spadających hektolitrów, gdy zaledwie próbuje, lecz przecież nie dosięga, gdy niebezpiecznie przechylona stoi na tej skalnej półce, to właśnie wtedy zostaje nagle rażona iskrą decyzji, wstrząśnięta elektrycznym impulsem zrodzonym wprost z rozbijanego na miliardy kropel wodospadu. To właśnie wtedy nasza Tuśka odleciała w otchłań tamtego miejsca!

Tak wyobrażałem sobie jej śmierć!

Nikt z nas przez te wszystkie lata nigdy tam nie pojechał. Możliwe, że niektórzy wyobrażali sobie jak mogło wyglądać tamto miejsce. A możliwe, że nikt o tym nigdy nawet nie pomyślał.

Bo czy to miało znaczenie jak wyglądało miejsce, w którym zginęła Tuśka?


 

Miejsce nazywa się Gavarnie.

Wpatruję się w kolorową fotografię, gdzie na pierwszym planie stoi moja matka. Ma lekko przechyloną głowę. W dłoniach trzyma pokrowiec aparatu fotograficznego. Ubrana jest w czarny tiszert i białe bawełniane spodnie, a na ramieniu ma przewieszoną włóczkową torbę.

Za nią, w oddali, w lekko zamglonym tle rysuje się lśniąca pręga wodospadu.

Przecina zdjęcie na pół.

Pionowa skała jest całkiem szara z lekkim odcieniem fioletu. Gdzieniegdzie łachy śniegu. W dole, tam gdzie spadająca woda styka się z ziemią, zalegają piargi drobnego żwiru. Nie ma tu nawet skrawka zieleni. Dopiero nieco bliżej, w miejscu skąd robiono zdjęcie, widoczne są jakieś drzewa. To jest ponure miejsce. Piekielnie ponure!

Wpatruję się w nie intensywnie. Na co liczę?

Co spodziewam się ujrzeć?

W takim miejscu nie można, po prostu nie można, nie chcieć umrzeć!


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości