Pokój przesłuchań w areszcie śledczym jest właściwie więzienną celą.
Bez więźnia. W ogóle bez niczego.
Stoi tam metalowy stolik przyśrubowany do podłogi i dwa metalowe taborety też przyśrubowane do podłogi. Siedzę na jednym z nich.
Przed sobą mam kilka kartek, w ręku trzymam długopis. Czekam.
Po chwili wprowadzają mego aresztowanego klienta.
Patrzę w twarz człowieka osaczonego.
Rozmawiamy. Palimy papierosy. Rozmawiamy.
I wreszcie padają słowa, które dobrze znam:
”Czy chce pan, panie mecenasie wiedzieć, jak było naprawdę?”
Brzmi to tak, jakby chciał obdarować mnie czymś szczególnie wartościowym.
Lecz ja nie chcę wiedzieć.
Nie chcę tego wiedzieć z wielu powodów.
A przede wszystkim nie chcę wiedzieć dlatego, gdyż nie ma to najmniejszego znaczenia.
To nie jest w ogóle istotne.
Istotną jest bowiem jedynie taka rzeczywistość, jaka wynika z akt sprawy.
A tego jak było naprawdę nikt nie zmieni, nikt nie spowoduje, że to co się stało, nie stanie się. Nikt czasu nie cofnie.
Rzeczywistość procesową można natomiast kreować.
Ona jest plastyczna, poddaje się zabiegom przetworzenia, daje się zmodyfikować.
A nade wszystko nie jest oczywista.
Zawiera w sobie pewien element niejasności, niepewności, niedopowiedzenia.
To właśnie ten element, tę maleńką lukę będę starał się powiększyć, rozszerzyć i zrobić z niej wielką czarną dziurę, w której w końcu znikną argumenty oskarżyciela.
Nie, ja w żadnym wypadku nie chcę wiedzieć jak było naprawdę!
Nie chcę wiedzieć także dlatego, abym nie miał wyrzutów sumienia, podejmując działania zmierzające do wywołania wątpliwości.
Gdybym wiedział, byłbym nieprzekonywujący.
Gdybym wiedział, czułbym się współwinnym oszustwa, kłamstwa.
Winnym mistyfikacji w mych wysiłkach w odtwarzaniu rzeczywistości.
Przestałbym być graczem - a stałbym się uczestnikiem.
Pozbawiłbym się komfortu nieświadomości, słusznie nazywanej błogą.
Przegrana bolała by mnie dużo bardziej, a sukces mógłby mieć posmak goryczy.
Musiałbym rozwiązywać problemy etyczne, wdawać się w niekończące polemiki z samym sobą.
Broniąc klienta, stałbym się jego niewolnikiem, bo byłbym zakładnikiem jego wersji.
Musiałbym wciąż rozstrzygać kwestię czy aby nie wyprowadził mnie w pole, a jeżeli tak, to dlaczego? Musiałbym znaleźć odpowiedź na pytanie - czy dać mu do zrozumienia, że jednak nie pozwoliłem się oszukać, czy też pozostawić tę sprawę niedopowiedzianą?
A może jednak nie oszukał mnie ?
Są dwie prawdy.
Dwie prawdy, które w procesie funkcjonują obok siebie.
Starajmy się poznać tylko jedną z nich.
Niech ciężar obu nosi przestępca.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)