niktt niktt
221
BLOG

Letnisko

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 2

 

Na letnisko wyjeżdżaliśmy z dobrodziejstwem inwentarza.

W Grotnikach pod Łodzią Ojciec wynajmował parter białego domu położonego w sosnowym lesie. Dom nie miał określonego charakteru – nie był to dom wiejski, raczej podmiejska willa.

Jechaliśmy ciężarówką marki Star. Na platformę przykrytą plandeką ładowaliśmy cały niezbędny dobytek. Zabieraliśmy więc wielki wiklinowy kosz na co dzień stojący w służbówce, trzy ciemnozielone wory z nadrukiem US Army, jakieś przepastne walizy, jakieś toboły.

Jechały też z nami dwa bardzo ważne meble – drewniany fotel babci i turystyczny fotel Ojca.

Jazda nie trwała długo, lecz była zajmująca. W tamtych czasach nawet głupi przejazd zwykłą taksówką był zajmujący i emocjonujący.

A cóż dopiero ciężarówką marki Star na letnisko w Grotnikach pod Łodzią.

W szoferce obok zaprzyjaźnionego kierowcy zasiadała babcia. Babcia była kobietą otyłą i po siedemdziesiątce. Oczywistym było zatem, że to jej przysługiwało miejsce przy kierowcy.

Ja siadałem tuż obok, na gorącej pokrywie silnika niedbale przykrytej poplamionym kocem. Pamiętam jak rozgrzana blacha parzyła mnie w pośladki.

Służąca Maryśka jechała z rzeczami na pace.

Ojciec natomiast przyjeżdżał pociągiem. Wydawało mi się, że z powodzeniem mógłby jechać z nami. Zmieściłby się przecież siadając obok Maryśki w tym turystycznym fotelu.

Dziś wiem, że dla Ojca było to po prostu niewyobrażalne aby przedwojenny warszawski adwokat podróżował na platformie ciężarówki. Nawet ciężarówki marki Star.

Nowe czasy nie były w stanie zmusić go do tego!

Były gdzieś granice kompromisu.

Rozgrzany samochód pachniał benzyną, zegary ociekały tłustą cieczą.

Wszystko składało się, uzupełniało i dopełniało.

Znajdowało się na swoim miejscu.

Łącznie z psem, którego w ostatniej chwili upychaliśmy w jakimś wolnym kącie.

Jechaliśmy na letnisko!


 

Dom stał w lesie sosen otoczony piaskiem i płotem.

Z okien pokoju widziałem żywiczną prostotę drzew w nieodgadnionej przestrzeni.

Przeniesiony z drżącego hałasem śródmieścia Łodzi w zacisze lasu zasypiałem natychmiast, oddychając ciszą mych sześciu lat. A może siedmiu?

Nie miałem przeszłości.

Istniał tylko dzisiejszy dzień.


 

W przeźroczystym strumieniu wiklinowym koszem łapiemy ryby. I odławiamy kijanki.

Musimy się śpieszyć aby zdążyć. Aby nie przemieniły się.

Strumień ma niegdysiejszą czystość, woda sięga kolan, a dno jest złociste.

Brzegi porastają błękitne niezapominajki


 

 

Idę środkiem kolejowego toru po piaszczystym nasypie.

Mam sześć lat. A może siedem. Chyba nie jestem sam, lecz nie wiem, nie pamiętam czy ktoś jest ze mną. Wokół wszystko nagrzane jest słońcem. Kolejowe podkłady pachną smołą, a na zboczach płożą się dzikie róże. Włochate liście łaskoczą gołe nogi. Powietrze dudni od jednostajnego brzęczenia owadów. Dudniąca, brzęcząca cisza.

Jestem sam – lecz czuję, że ktoś jest przy mnie. Czuję to wyraźnie.

Lecz kto?

W każdej chwili może nadjechać pociąg. Lecz nie myślę o tym.

Nie obawiam się pociągu, bo mam sześć lat. A może siedem.

Czekam.

I nagle, nieoczekiwanie odnajduję się zupełnie gdzie indziej.

Odnajduję się w zupełnie innym miejscu.

Pędzę teraz na mym pierwszym rowerze do majaczącego w oddali kamiennym gankiem dworu.

Mknę aleją obrośniętą nie przycinanym, bukowym żywopłotem. Gdzieś pada cień, gdzieś rozbryzguje się słońce. Pedałuję z wielkim wysiłkiem, lecz nie zbliżam się do celu.

Ani o centymetr. Dwór jest daleko, wciąż jest ledwo widoczny i niepewnie rysuje się we mgle.

Słyszę daleki łoskot nadjeżdżającego pociągu. I brzęczenie telegraficznych słupów.

Kostropatych od ostróg wbijanych przez ludzi, którzy potrafią wspinać się do nieba.

Ostrożnie przytykam doń ucho.

Czuję jakiś zapach. Czuję jak pachnie słup telegraficzny.

Pachnie smarem, takim przemysłowym nasyceniem.

Ucho łaskoczą mi drzazgi, a w jednostajnym brzęczeniu rozpoznaję treść rozmowy.

Wyraźnie słyszę rozmowę, rozpoznaję wszystkie słowa.

To są słowa przyrzeczenia.

Słyszę słowa przyrzeczenia wyraźnie, bo mam zaledwie sześć lat.

A może siedem.

Ach, to tylko stare fotografie.

Dwie, a może nawet trzy.

Skutkiem błędu w niedoskonałej sztuce fotografii, nałożyły się jedna na drugą, i tyle.

W sumie nic ważnego.

 


 


 


 


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości