Niektórzy mają klasę, a inni jej nie mają.
Tak już jest i nic na to nie poradzimy.
Moją matką chrzestną była Irena W. - żona adwokata Stefana F - W., który jako przedwojenny prokurator, miał to nieszczęście, że oskarżył jakiegoś komunistę, co po wojnie skutecznie na kilka lat wyeliminowało go z adwokatury.
Utrzymywał się więc z pisania na maszynie, czyli był zwyczajną sekretarką.
Ciotka Irena była słodka, a wuj Stefan miał klasę.
Dbał o ciotkę jak o dziecko, bo była ciotka kobietą piękną i pogodną. Miała tę, tak pożądaną przez wszystkie kobiety cechę, iż pomimo upływu lat nie zmieniała się.
Zawsze była piękna.
Ciotka Irena pochodziła z rodziny warszawskich fabrykantów, którzy podobno produkowali „kogutki” - takie przedwojenne proszki od bólu głowy.
Mieszkanie W. położone na parterze zasobnej łódzkiej kamienicy umeblowane było w mieszczańskim guście. Na ścianach wisiały obrazy w ciężkich ramach kupowane przez wuja ciotce w prezencie, a stylowe meble dopełniały dostatek.
Często odwiedzaliśmy W.
Pewnie gdzieś w murach tej przedwojennej kamienicy brzmi jeszcze szmer tamtych rozmów, temperatura tamtych argumentów i finezja anegdoty.
Pewnie gdzieś rozlega się śmiech wuja Stefana.
Głęboki i donośny, dystyngowany i szczery.
To śmiech decydował o klasie wuja.
Kwitował on śmiechem całą niesprzyjającą mu rzeczywistość.
Rzeczywistość sprzyjającą też kwitował smiechem.
Śmiech wuja Stefana, przedwojennego prokuratora, a później znakomitego adwokata, który przez lata zmuszony był pracować jako biurowa maszynistka, brzmi mi w uszach do dziś.
Bije zeń pewność zasad i ich niezmienność.
I poczucie wyższości wobec złych kolei losu.
Oraz pobłażania wobec kolei losu dobrych.
Ludzi z klasą dziś już się prawie nie spotyka.
Nawet trudno byłoby wytłumaczyć na czym miałaby polegać klasa człowieka, bo nie ma punktów odniesienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)