Były trzy psy – wszystkie były Boyami i miały rzymskie numery.
Boy I był dla mnie mityczny, bo go nie pamiętam. Wiem tylko, że charakter miał paskudny.
Ten czarnobiały cocker-spaniel został otruty, jak twierdziła babcia, przez kantorka dla futra. Kantorek był dozorcą i do dziś nie wiem czy "kantorek" to jego nazwisko, czy też może funkcja, jaką sprawował u wejścia do naszego domu.
Co by nie było, to kantorek - zdaniem babci - otruł Boya.
Kantorek myślał, że zakopiemy go na podwórku, a on go odkopie i wystroi się w jego piękne futro.
Boy I umierał długo.
Mimo, że charakter miał paskudny, to śmierć miał piękną.
Przez tydzień Ojciec codziennie jeździł z nim taksówką do weterynarza i próbował go uratować. Jednak pewnej nocy Boy I wstał i chwiejąc się na nogach podszedł do łóżka Ojca, aby go obudzić.
A kiedy Ojciec usiadł w fotelu pies położył mu pysk na kolanach i patrząc mu w oczy zgasił swe psie życie.
Tak odszedł Boy I - pies niepokorny, który wdawał się w gorszące burdy z innymi psami, a szczególnie nie lubił złego kantorka.
Na złość kantorkowi zagrzebaliśmy go w bajkowym ogrodzie dziadka.
Wielokrotnie potem wspominaliśmy Boya I: „Popatrz, tam leży Boy I - tam, pod tamtą jabłonką. Nasz kochany, niepokorny pies, otruty przez złego kantorka”.
Kantorek nie dostał wymarzonego futra, bo niegodziwość nie popłaca.
Doskonale za to pamiętam Boya II – psa mego dzieciństwa.
Wydaje mi się, że Boy II był od zawsze, bo tylko jego pamiętam.
Odszedł wtedy, kiedy czas mego dzieciństwa skończył się bezpowrotnie.
Boy II był koloru czekolady, nie miał przyciętego ogona, jak to zwykle czyni się cocker-spanielom, ale za to charakter miał nader poczciwy. Mieszkał z babcią, sypiając u jej stóp. Swym sytym brązem kolorystycznie doskonale synchronizował się z dostojną zielenią jej filcowych kapci.
Łączyła nas wąska jak smycz nić przyjaźni zakończona zmyślnym karabińczykiem.
Pomimo, że towarzyszył mi długo, stanowi zaledwie czekoladowe tło w mym życiu.
Nieważny przyczynek do wikłających się zdarzeń, byt nieistotny.
Codzienny obowiązek, nikłą przyjemność, gdy pozwalał zaprząc się do sanek i ciągnął je przez chwilę.
Słyszę jego człapanie po skrzypiących deskach podłogi, kiedy jak cień podąża za babcią w jej otchłań.
Oboje starzy i oboje nieszczególnie potrzebni.
Charakter Boy II miał służalczy, w sam raz na tamte czasy.
Godzinami potrafił służyć. Stawał wtedy na tylnych łapach i z trudem utrzymując równowagę, oczekiwał smakołyku. Sterczał tak w salonie pod zegarem jak wyrzut sumienia.
Mijały sekundy, mijały minuty, czas płynął powoli, a rozmowa przy stole nie kleiła się. Widzieliśmy jego psią udrękę. Niczym angielski kamerdyner obserwował każdy nasz ruch, każdy kęs, smakował zapach każdej potrawy. To trwało!
W końcu babcia nie wytrzymywała napięcia i zaczynała niespokojnie wiercić się.
Lecz Ojciec czuwał.
„Niech Mamusia niczego psu nie daje! Dobrze wychowany pies nie prosi przy stole.”
„Dobrze wychowany chłopiec nie jada lodów na ulicy”.
„Dobrze wychowany mężczyzna nie podaje pierwszy ręki kobiecie”.
Cóż dziś pozostało z mego tamtego dobrego wychowania?
Żyli więc obok siebie i dla siebie – babcia i Boy II. Codziennie wieczorem odchodzili z naszego życia do swego pokoju, aby następnego dnia pojawić się znów. Związani na zawsze niewidocznym węzłem starości i rolą jaką przypisało im życie – rolą tła.
Oboje nie przystosowani do czasów w jakich przyszło im żyć.
Odeszli jednocześnie. Na samym końcu, po wszystkich.
Niezłomni epigoni.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)