Pamiętam dokładnie ten dzień - osadzono mnie wtedy w wielkim fotelu na sali rozpraw.
Fotel stał po jej prawej stronie i znalazł się w tam chyba przypadkowo.
Może była przeprowadzka, albo jakieś przemeblowanie. Coś może przesuwano, coś zmieniano na lepsze i chwilowo sędziowskie fotele ustawiono po prawej stronie sali. Zazwyczaj sadza się tam oskarżonych. A nie ma i wtedy też nie było takiego obyczaju, aby oskarżeni zasiadali w sędziowskich fotelach wyścielonych czerwonym rypsem.
Rzecz działa się w gdyńskim sądzie.
Było duszne lato.
Obaj z Ojcem mieszkaliśmy w Oliwie na piętrze przedwojennego domu, w pokoju wypełnionym staroświeckimi meblami. Dyskretnie pachniały kurzem, terpentyną i czymś tam jeszcze - może przedwojenną zamożnością.
Zapamiętałem roje niezliczonych dziurek, co obsiadły piaskowe ściany domu i wielu innych oliwskich domów. Oblepiły niedomknięte skrzydła okien, w których płonęły pelargonie. Brzęczały nad rozgrzanymi drzwiami. Wpadały w zimne otchłanie klatek schodowych i znikały w ich wilgotnym chłodzie. Przypominały wojnę.
Mimo rozkołysanej wiatrem zieleni, mój wzrok wciąż napotykał pokaleczone ściany. Tych ran nie zabliźniało ani gorące słońce, ani ciepły deszcz o zmierzchu. Tkwiły w słodkich plastrach tynków, odwracając moją uwagę od rzeczy naprawdę ważnych.
Był rok 1957.
Obaj spędzaliśmy wakacje nad morzem. Ktoś dowiedział się pewnie, że Ojciec jest adwokatem i zlecił mu jakąś sprawę w sądzie? Mogło tak być. I pewnie tak właśnie było. W każdym razie w tamto duszne, sierpniowe przedpołudnie znalazłem się na sali rozpraw. Abym nie przeszkadzał, osadzono mnie w wielkim fotelu pokrytym czerwonym rypsem.
Świadomie piszę - „osadzono”. Bo w tym fotelu mnie „osadzono” właśnie, a nie „posadzono”!
Kładę nawet nacisk na to słowo.
Komuś niezorientowanemu wydawać by się mogło, że nie jest ono odpowiednie?
Lecz mnie dokładnie o to słowo chodzi!
Właśnie o nie! Zależy mi na nim.
Ma ono bowiem odpowiednie konotacje. Odpowiednie do sytuacji!
Osadzonym bywa się w areszcie. Albo w więzieniu. Rzecz nie idzie o to, że mnie posadzono w jakimś tam fotelu. Nawet wyścielonym tak szlachetną materią jaką jest czerwony ryps. Ani nawet nie o to, że mnie tam posadzono bez mego udziału. To jest ważne, ale nie najważniejsze, przecież. Mnie chodzi o coś więcej! O coś znacznie ważniejszego!
Osadzić kogoś– to znaczy uczynić tak, wbrew jego woli. Wbrew woli osadzonego.
Na przekór mu!
To słowo może też oznaczać - uwikłanie w coś nieprzyjaznego.
W coś - być może nawet - bardzo groźnego.
Nie trzeba chyba dodawać, że nikogo nie osadza się na chwilę, na krótki moment.
Osadza się na dłużej. Niekiedy na bardzo długo. Czasem na całe życie.
I o to mi właśnie chodzi!
Ojciec wystąpił w pożyczonej todze, a sala była zalana letnim słońcem. Mrużyłem oczy. Szkliste promienie prześwietlały drobinki kurzu uwolnione z akt. Wirowały w rozgrzanym powietrzu, a w tle - niczym w refektarzu - eksplodowały poświatą gotyckie okna.
Na ogół nie wiemy, w którym momencie zostaliśmy zainfekowani.
Nie znamy chwili, kiedy zdecydował się nasz los. Nie wiemy, który pocałunek zawiódł nas w otchłań cierpień, ani kiedy zrodziła się pierwsza chora komórka. Nie dostrzegamy drobiny piasku w klepsydrze życia, od przesypania której wszystko jest już przesądzone.
Ja ten moment widzę wyraźnie.
Nawet teraz, kiedy myślę o tamtym dniu, czuję pod opuszkami palców szorstkość czerwonego rypsu. Przypominam sobie wstydliwą niemoc sięgnięcia stopami podłogi.
Jest faktem – nie broniłem się. Nie broniłem się, bo nie przeczuwałem zagrożenia.
A może było wprost przeciwnie – może pociągała mnie tajemnica rytuału?
Tajemnica formy, tajemnica reguł.
Kogóż ona nie pociąga?
Wszyscy ulegamy przecież niezaspokojonej chęci poznania. Najtęższe nawet umysły, w pełni świadome zagrożeń, bywają uwiedzione tajemnicą.
Porzucone bywają wpół drogi, albo u kresu swych dni.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)