Poruszają mnie procesy rozwodowe.
I nie uważam aby sąd był odpowiednim miejscem dla ich toczenia.
Chociaż patrząc na to z drugiej strony, nikt w skórze nieskazitelności nie czuje się tak dobrze jak sędziowie. Któż poza nimi wie, jak należałoby postąpić, gdy targa nami zawierucha namiętności?
Nikt, bo nikt nie jest równie skutecznie wyprany z uczuć i emocji.
Tylko sędziowie potrafią bez zmrużenia oka wygłaszać prawdy oczywiste i do bólu raczyć nas truizmem. Tylko oni dokonują ocen druzgocących innych, zachowując przy tym niewzruszalną pewność, że im samym podobne przypadłości nie przytrafią się nigdy.
Bo tylko sędzia jest doskonały.
Tylko on z takim wdziękiem porusza się w oparach hipokryzji.
To dobrze zatem, że rozwodów udzielają osoby mające aż takie do tego zamiłowanie.
Ja natomiast spraw rozwodowych nie lubię
W sprawie karnej spotykamy często człowieka zdemoralizowanego.
Często wobec niego czujemy obcość mentalną, czy nawet cywilizacyjną.
Natomiast w sprawach rozwodowych stronami są przecież zwyczajni ludzie. Tacy sami jak każdy z nas.
Ludzie niewinni. Mentalnie, kulturowo i środowiskowo często nam bardzo bliscy.
Rozwodzą się bowiem wszyscy.
Rozwodzą się prawnicy, lekarze czy architekci.
Rozwodzą się znajomi sprzedawcy, sąsiedzi i znajomi z przeciwka.
Wszyscy mogą się rozwieźć.
Nawet sędziowie, o czym sami mogą nie wiedzieć. Oni także czasem rozwodzą się.
Oto niespodziewanie otwiera się przed nami mroczny świat nieudanej miłości. Dostrzegamy ponure konsekwencje niespełnionych marzeń. Poznajemy nieznaną prawdę o istocie miłości. Prawdę o drugiej stronie medalu. Alter ego uczuć. Poznajemy nowy wymiar lojalności i przyjaźni.
Poznajemy to do samego końca.
Dzień po dniu, kropla po kropli, sekunda po sekundzie, ze szwajcarską precyzją i niemiecką dokładnością, ze zgrozą i przerażeniem pojmujemy, gdzie zaprowadzić nas może zazdrość. I w końcu poznajemy też najgorsze – chłód obojętności.
Wysłuchuję tych syczących nienawiścią argumentów. Kiwam ze zrozumieniem głową nad niesprawiedliwością, jaka spotkała mego klienta lub klientkę.
Słucham ich opowieści. Bo muszą je komuś opowiedzieć!
Ktoś musi ich cierpliwie wysłuchać! Musi przetrzymać te długie i powoli płynące minuty. Ktoś musi zdarzenie po zdarzeniu, incydent po incydencie, rok po roku dowiedzieć się jak potoczyło się ich życie. W którym kierunku rozchodziły się ich drogi i jak to się stało, że w końcu znaleźli się w punkcie, kiedy ich miłość zgasła. Kiedy zrodziła się nienawiść.
We wszystkich innych sprawach adwokat może przedstawić klientowi prawny ich aspekt. Ujawnić zagrożenia, zaproponować kierunek w jakim zamierza proces poprowadzić. Nawet jeżeli nie spotka się ze zrozumieniem, to spotka się z zainteresowaniem.
Przy rozwodzie aspekt prawny sprawy klienta na ogół w ogóle nie interesuje.
Interesują go tylko dwie rzeczy:
Czy jest szansa pognębienia strony przeciwnej i czy adwokat będzie go słuchał wystarczająco długo?
Tak długo, aby przyznać mu rację.
Złodziej nie domaga się od swego obrońcy, aby ten zaakceptował kradzież jako sposób na życie. Nie oczekuje, aby adwokat moralnie go rozgrzeszył. W procesie rozwodowym klient chce aby adwokat bez reszty był po jego stronie. Aby był jego najmocniejszym stronnikiem. Oczekuje, że dostrzeże perfidię współmałżonka. Klient żąda broni, która w prowadzonej totalnej wojnie zadecyduje o jego zwycięstwie.
Bo tylko w sprawach rozwodowych przed salą rozpraw można usłyszeć taką rozmowę:
"A założysz się, moja kochana, że to mój adwokat zagryzie tego twojego, niedouczonego adwokata?”


Komentarze
Pokaż komentarze (9)