Na ogół przed rozpoczęciem procesu wiemy co możemy osiągnąć w planie minimum, a co w planie maksimum. Realizacja tych planów zależy tylko w pewnej mierze od nas.
Zaczynamy więc od znalezienia najsłabszych punktów w materiale dowodowym.
Bo w wielotomowych aktach tylko kilka zdań ma jakieś znaczenie.
Tylko kilka kartek jest ważnych. Reszta to dym, nic więcej .
I o te kilka zdań, o te kilka kartek papieru będzie toczyć się batalia.
Skądś się to w procesowych papierzyskach wzięło.
Ktoś te słowa wypowiedział.
Gra więc idzie o zawładnięcie nim, o zapanowanie nad jego interpretacją zdarzeń.
Spór czasem dotyczy jednego słowa, niekiedy nawet przecinka, zapamiętanej odległości, jakiegoś koloru, odcienia koloru, błysku czegoś, brzmienia szeptu, cichego odgłosu, zapachu.
Bywa, że świadek przekazywany jest po wielokroć z rąk do rąk.
Czasem wydaje się że to już koniec, że oto strona przeciwna osiągnęła wreszcie zamierzony rezultat i że sprawa w końcu jest jasna jak słońce. Że jest ostatecznie przesądzona. I wtedy niespodziewanie druga strona ponownie przystępuje do kontrnatarcia. Znów odzyskuje przewagę. Bo sprytnie zdołała poprzestawiane przez przeciwnika słowa, raz jeszcze zlepić w inny, bardziej korzystny dla siebie kształt.
Tak to wygląda!
Przesłuchanie rozpoczynamy próbą zaskarbienia sobie sympatii świadka.
Można to uczynić na wiele sposobów - choćby schlebiając jego próżności ( tytułując go np. doktorem, choć jest zwyczajnym felczerem, albo i nie), czy też wzbudzając w nim poczucie wdzięczności (podkreślając nasze współczucie dla sytuacji w jakiej znalazł się w wyniku niepotrzebnego uwikłania w ten proces).
Nigdy przesłuchującemu nie zaszkodziła sympatia świadka.
Nie dajmy się jednak zwieść, nie wierzmy współczuciu przesłuchującego, nie ufajmy jego podziwowi - to tylko pełne hipokryzji chwyty.
Mają one uczynić ze świadka istotę jeszcze bardziej bezbronną.
Ważna jest też technika zadawania pytań.
Każdy ma swój styl, własny sposób formułowania myśli, ustaloną kolejność zadawania pytań.
Czasem ważny jest tembr głosu, czasem nawet jego barwa.
Bo to pytania tworzą proces. Z pytań, niczym z ziarna wyrasta cały materiał dowodowy.
To z nich jest na nowo odtwarzana rzeczywistość.
Pytania rodzą odpowiedzi – a sprytnie zadane służą uzyskaniu odpowiedzi oczekiwanych.
Pytania to wątpliwości, a zadaniem obrońcy jest wątpić do końca!
Obrońca jest więc zarażony zwątpieniem. I chce nim zarazić innych. A w szczególności sąd.
Z tego punktu widzenia, obrońca jest w pewnym sensie, osobą zapowietrzoną.
Znam wielu, którzy uważają, że należałoby go raczej izolować, aniżeli pozwalać mu na działanie.
Pytania w procesie nie powinny być sugerujące.
Ale zadanie pytania sugerującego, które sąd uchyli, jest już tolerowane. Wtedy, po krótkiej utarczce słownej, w której motywujemy dlaczego akurat tak sformułowaliśmy nasze pytanie, wycofujemy się. Nie spierajmy się bez wyraźnej potrzeby. Zadamy nasze pytanie w innej, poprawionej formie.
„Dobrze, Wysoki Sądzie” – oświadczamy - „Inaczej zatem sformułuję moje pytanie”.
Świadek jednak otrzymał już od nas wyraźny sygnał w jakim kierunku będziemy go nękać.
Jeżeli czuje się na siłach by podjąć walkę, nie spełni jeszcze naszych oczekiwań.
Ale nie potrwa to długo. Nie tak wiele trzeba, aby stracił złudzenia. To następuje szybko!
Jeżeli jest po kilku przesłuchaniach i poznał swe mizerne możliwości – natychmiast odpowie tak, jak tego od niego oczekujemy.
Zdarza się czasem, że układamy pytania w pewien system, w piramidę pułapek, sytuując u jej nasady pytanie z pozoru błahe, aby osiągnąć w wyższych warstwach pewien stopień przejrzystości, pozwalający zorientować się w jakim kierunku zmierzamy. Dochodzimy w ten sposób do pytania ostatniego, wieńczącego całą budowlę. Do pytania, na które odpowiedź jest już tylko prostą i logiczną konsekwencją wszystkich poprzednich odpowiedzi tego świadka.
Jednak ta misterna gra w praktyce napotyka na trudności.
Sędziowie bowiem, przekonani o niezwykłych możliwościach swych kartezjańskich umysłów, potrafią jakimś zupełnie nierozumnym pytaniem obrócić w perzynę całą, tak misternie przez nas tkaną robotę i zburzyć wznoszoną budowlę. Tak bywa!
Bądźmy szczerzy. Umiejętność zadawania pytań to nic innego jak sztuka rozgrywki.
Co nam po doskonałych kartach, co po poprawnej licytacji, skoro nie potrafimy tego rozegrać.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)