niktt niktt
348
BLOG

Park Sienkiewicza w mieście Łodzi

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 13

Do parku wkraczało się z niepotrzebnej ulicy Kilińskiego. Z ulicy wąskiej i brzydkiej, z szynami tramwajowymi wrytymi w kamienny bruk. Po prostu skręcało się w lewo i było się w parku.

Park był niewielki, rozłożony pomiędzy dwiema, ruchliwymi jak na warunki łódzkie, ulicami. Nic nadzwyczajnego.

Zaraz przy wejściu stał niebieskawy budyneczek, w odcieniu lekko bladym. Znajdowało się tam muzeum przyrodnicze. Był to jednopiętrowy domek co w drzwiach miał tajemniczą skrzynkę na listy, pomalowaną wieloma warstwami farby. Wrzucaliśmy tam złociste liście naszych wiosennych jesieni.

W muzeum przyrodniczym pozamykano zagadki z jakimi przyszło mi się mierzyć.

Na przykład na parterze stał szkielet mamuta, a w rozmieszczonych pod oknami i na ścianach szklanych szafkach inne szkielety i szkieleciki. Drobne wysublimowane kostki były precyzyjnie połączone cieniutkimi drucikami. Z zegarmistrzowską dokładnością i precyzją.

W słojach przechowywano poskręcane istoty. Ich ból i przerażenie utrwalono na zawsze w formalinie. Atmosfera tego wnętrza miała posmak niesamowitości. Słodkawy zapach śmierci tylko ją potęgował.

Muzeum przyrodnicze odwiedzaliśmy często, bo wpuszczano nas tam za darmo. Zwiedzaliśmy je z nudów, czasem chroniąc się przed deszczem, lecz raczej nigdy z ciekawości. Nie było to bowiem miejsce, w którym pragnęłoby się przebywać. Tam raczej wpadało się zdyszanym, przez chwilę powodziło się rozwichrzonym wzrokiem po zastygłych istotach, szybko wbiegało na piętro i równie szybko wypadało z powrotem na zewnątrz. I już. Po wszystkim!

Moje wizyty w muzeum przyrodniczym były krótkie .

A jednak pamiętam je dobrze.

Pomimo, iż było tam wiele szacownych eksponatów najlepiej zapamiętałem ową dziwną skrzynkę na listy pokrytą wieloma warstwami farby, umieszczoną w narożnych muzealnych drzwiach. Tyle niepotrzebnych rzeczy udało mi się do niej wrzucić.

Główna aleja parku łączyła ulicę Kilińskiego z ulicą Sienkiewicza.

Była to aleja cienista, porośnięta starymi drzewami. Jej lewa strona była nieco dzika, jakby pozostawiona sama sobie, ale za to pełna kontrastów. To właśnie po lewej stronie znajdował się publiczny szalet, gdzie wkraczało się niczym do piekieł. Po lewej stronie znajdował się też Czarny Plac. I do lewej strony przylegał piękny budynek galerii malarstwa współczesnego. Sam ten budynek był chyba dziełem sztuki.

Aczkolwiek nie współczesnej. Przykryty obłym, niemalże barokowym dachem epatował olbrzymimi oknami południowej elewacji poprzecinanymi na niezliczone prostokąty. Słoneczny i ciemny jednocześnie. W całym jego wnętrzu rozlegał sie zapach werniksu.

Odwiedzałem go często zadziwiony raczej, aniżeli poruszony tym, co widziałem na ścianach. Może mój stosunek do tej galerii był znacznie lepszy aniżeli do niedoległego przecież muzeum przyrodniczego, gdyż zdarzało mi się tę galerię odwiedzać z Ojcem? Do muzeum przyrodniczego nie wybraliśmy się nigdy razem.

Tak, teraz to sobie uprzytomniłem. Odwiedziny w muzeum przyrodniczym miały w sobie coś zakazanego. Jakbym się tych moich tam wizyt, wstydził. Nie afiszowałem się nimi, raczej je chyba trochę ukrywałem. Może to przez te kamyki i inne śmieci wrzucane do skrzynki na listy. A może dlatego, że nie widziałem ze strony Ojca zainteresowania tym muzeum. Miałem może poczucie winy, że chodzę tam pomimo, że nie jest ono dla mnie przeznaczone. Że jest niczym film dla dorosłych. Że jestem zbyt młody aby je odwiedzać, skoro Ojciec tam ze mną nie chodzi. Albo może spodziewałem się tam jakiś sprośnych treści, treści niemal pornograficznych. Wszystko możliwe.

Co innego galeria sztuki współczesnej. Tam bywałem legalnie, w majestacie mego młodocianego wieku. Czułem się akceptowanym. Czułem, że tam jestem na swoim miejscu. Nie pamiętam jednak eksponatów – choć były zapewne przednie. Pamiętam za to zapach werniksu, schnącego gipsu i takie tam rzeczy. Eksponatów nie pamiętam. Znacznie lepiej pamiętam tego ponurego kościanego mamuta z muzeum obok.


 

Mógłbym tak opisywać szczegół po szczególe, kamień po kamieniu, wszystko, dosłownie wszystko co było w tym parku. Bo byłem w nim każdego dnia. Wbiegałem tam z psem na spacer, gnałem po klucze do babci, kiedy przesiadywała na ławce pod drzewem w kształcie szyszki. Podczas śnieżnych zim po parku jeździł kulig - drobny, gniady kuc z dzwonkiem na szyi, zaprzężony w wyborne sanie. Razem z innymi przyczepiałem doń saneczki i gnałem na złamanie karku w roziskrzone, mroźne powietrze. Pamiętam głos tego dzwonka, kłęby pary co po każdym okrążeniu buchały z końskiego pyska, spoconą, skołtunioną sierść kuca litościwie przykrywaną derką.

Mógłbym opisywać to wszystko w nieskończoność. Wspominać nieżyjących ludzi, którzy godzinami wpatrywali się w rozłożone na ławkach szachownice. Mógłbym to opisywać. Tylko po co?


 


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (13)

Inne tematy w dziale Rozmaitości