niktt niktt
516
BLOG

Trzy żony mego ojca - Ada - żona pierwsza

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Ada gdyby żyła, miałaby ze sto lat, albo i więcej.  A wydaje mi się, że zmarła wczoraj.

Przyjaźniłem się z nią od mego urodzenia. Była, gdy mnie jeszcze nie było i wciąż jest, mimo że jej już nie ma. Do dziś obracam się pośród jej przedmiotów, bowiem wszystko co miała, zapisała mi w testamencie. Zawsze była dla mnie ulotnym barwnym motylem, przelotnym ptakiem, wiosennym zwiastunem przeszłego, dawno minionego świata.

Tego świata, którego nie znałem, gdyż urodziłem się za późno, świata którego niechcianym byłem dzieckiem.

Więcej - byłem nawet nieślubnym dzieckiem tego świata, byłem jego bękartem!

Ada nie mogła mieć dzieci i – jak głosi oficjalna wersja – dlatego rozstała się z Ojcem.

Ale gdyby mogła dzieci mieć i gdybym to ja był tym dzieckiem, urodziłbym się zapewne gdzieś w okolicach roku 1930, więc dziś miałbym dobrze po siedemdziesiątce.Może więc nie było by mnie już na świecie. Więc i za tę niemożność posiadania własnych dzieci jestem Adzie mocno zobowiązany.

Ada mieszkała w Warszawie na Żoliborzu.

Jej kawalerka wypełniona była antykami, starą porcelaną i wiekowymi obrazami na ścianach. Wnęka kuchenna z powodzeniem zastępowała kuchnię, gdyż Ada nie lubiła gotować, nie umiała gotować, a w miejscu gdzie zajmowała się tymi czynnościami robiła artystyczny bałagan.

Mieszkanie miało własny klimat. Tkwiło w lekkim półmroku, było jakieś melodyjne, może dlatego, że pod ścianą stało, zupełnie niepotrzebne pianino. Niepotrzebne, bo Ada nie potrafiła grać na pianinie. Zresztą większość rzeczy w mieszkaniu Ady nie była w ogóle potrzebna – stały tam, bo były piękne.

Przyjeżdżałem do Ady od dzieciństwa. Najpierw z Ojcem, potem kiedy Ojciec zmarł, przyjeżdżałem sam. Sypiałem na starym radzieckim łóżku polowym, wciśnięty pomiędzy antyczną szafę i równie antyczną biblioteczkę. Zasypiałem i budziłem się odurzony zapachem konwalii w maisenowskich wazonikach ponad moją głową.

Czy miałem lat siedem czy ponad trzydzieści, dla Ady byłem zawsze małym chłopcem. Musiałem niezmiennie jej ulegać, podporządkować się jej oczekiwaniom, czynić zadość jej żądaniom. Bo Ada była apodyktyczna, nie lubiła sprzeciwu i wymuszała oczekiwane zachowania wszelkimi metodami.

Ada domagała się na przykład abym dokonywał pielęgnacyjnych cięć drzew w jej działkowym ogródku posługując się kompletnie wyszczerbioną, pozbawioną uchwytu piłą do metalu. Niezmiennie bezzębną i niezmiennie ułomną od wielu, wielu lat. Od czasu do czasu żądała bym tym samym narzędziem ściął wieloletnie morele, czy jakieś inne pokaźne okazy drzew, a nawet pociął to wszystko na estetyczne kawałki.

A zawsze domagała się abym towarzyszył w jej drodze na działkę i z powrotem, poruszając się jej tempem, noga za nogą, noga za nogą, niosąc przy tym jej niezliczone koszyczki z różnymi duperelami. Chciała bym zbierał porzeczki, usuwał chwasty z grządek, przerzucał kompost itd.

Krótko mówiąc, Ada oczekiwała ode mnie rzeczy niemożliwych. A ja jej ulegałem, gdyż nie potrafiłem się Adzie przeciwstawić. Wieczorami szliśmy z Adą do teatru albo do filharmonii czy do zwykłego kina.

Gdy przyjeżdżałem Ada miała już ułożony kompletny program mego pobytu i nie było w nim miejsca na jakąś improwizację. Zresztą Ada, jako osoba niezwykle zdyscyplinowana, żadnej improwizacji nie znosiła. Muszę jednak oddać jej sprawiedliwość, dostawałem kilka wolnych godzin. Nie było tego dużo, lecz czasem Ada szczodrze dawała mi trochę czasu dla siebie, nie ingerując w to, co będę z nim robił.

Ada była zapaloną bridżystką. Grywała w jakimś klubie emerytów w parze z mitycznym pułkownikiem. Grała zapisem polskim, którego w tamtych czasach już nikt nie stosował.

Ada miała też rzadką umiejętność niesamowicie szybkiego czytania. To czego dziś uczą na specjalnych kursach Ada otrzymała w darze od natury. Czytając książkę Ada przewracała kartki z taką prędkością z jaką ktoś inny je przekłada, kiedy książkę jedynie przegląda.Ada czytała wyłącznie po francusku. Pożerała książki jak odkurzacz. Do moich zadań podczas odwiedzin Ady należało przeniesienie do biblioteki francuskiej w samym centrum Warszawy pokaźnego kuferka i kilku siatek z przeczytanymi ostatnio książkami.

Uczciwie przyznam, że w czasie tej wyprawy, gdy oblany potem targałem te potwornie ciężkie tomy literatury francuskiej, te kilogramy francuskiej poezji, francuskie biografie niezliczonych sławnych ludzi, które Ada uwielbiała – Ada mi towarzyszyła. Szliśmy zatem jej powolnym tempem, krok za krokiem. Ja obwieszony siatkami z książkami, Ada z elegancką torebeczką, w słomkowym kapeluszu i w ażurowych rękawiczkach. Szliśmy tak sobie ulicą Krasińskiego, która ciągnęła się jak Five Avenue w Nowym Yorku, szliśmy i szliśmy, by wreszcie po pół godzinie dotrzeć do Placu Wilsona (Ada nigdy  w życiu nie powiedziała by Plac Komuny Paryskiej, a tak się wówczas ów plac nazywał), skąd już mieliśmy do centrum autobus nr 116. Wsiadaliśmy do czerwonego przegubowego jelcza. Ada zasiadała dostojnie przy oknie, ja stawałem obok niej, a książki w siatach zalegały na podłodze.

I wtedy w Adę wstępowała bestia. Ada stawała się prawdziwą warszawianką.

Donośnym głosem (bo Ada miała głos niezwykle donośny) objaśniała mi gdzie teraz jesteśmy i jakie to ważne obiekty właśnie mijamy. „Widzisz, to jest Pałac Kultury” wrzeszczała na cały autobus tak, by nikt nie miał wątpliwości, że oto kuzyn z dalekiej prowincji nawiedził Adę z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Mimo, że od dzieciństwa, które spędziłem w Łodzi w Warszawie bywałem każdego roku wielokrotnie i podejrzewam, że znałem Warszawę nie gorzej od Ady, a może nawet lepiej, spektakl z wydzieraniem się Ady w autobusie był przez nią za każdym mym u niej pobytem niezmiennie powtarzany. Dostrzegałem w tym jakąś nutkę sadyzmu.
Ada, jak już mówiłem łączyła mnie z czasem przeszłym, z czasem gdy mnie jeszcze nie było, ale w którym być powinienem.

Prowadzała więc mnie na ulicę Senatorską, Mokotowską czy Mickiewicza, pokazywała jakieś domy, jakieś okna mieszkań i mówiła: „Popatrz - tutaj z twym ojcem mieszkaliśmy do 36 roku, a tu przez cała okupację”.

Na placu Zbawiciela po wielokroć opowiadała tę samą historyjkę, jak to Ojciec w kościele, gdzie brali w roku 1928 ślub zrobił awanturę, gdyż organista był pijany, grał źle i do tego nie to, za co został opłacony. Prowadziła mnie na Powązki gdzie leżała cała moja przedwojenna rodzina, odwiedzaliśmy jakichś staruszków, jakiś przyjaciół z lat okupacji, sprzed wojny i z wojny.

„To syn Stefana – prawda, że podobny?”

Ada uczestniczyła w mym życiu znacznie bardziej niż moja matka, recenzowała wszelkie me osiągnięcia, komentowała porażki. Gdzie bym nie mieszkał, przylatywała do mnie zawsze samolotem. Utwierdzało to mnie w przekonaniu, że Ada jest ptakiem unoszącym się ponad czasem i przestrzenią.

Byliśmy wobec siebie z Adą, w pewnym sensie, punktami odniesienia. Oboje bowiem byliśmy sobie potrzebni, oboje uzupełnialiśmy się, oboje tworzyliśmy, można to tak określić, pewną całość. Ona dawała mi swą przeszłość, której boleśnie mi brakowało. Była materializacją mych wyobrażeń o czasach mego Ojca, dobitnym dowodem, że wszystko co działo się kiedyś, działo się naprawdę.

A ja unosiłem ją w bliżej nieokreśloną przyszłość. Byłem bardziej jej dzieckiem może dlatego, iż jej dzieckiem nie byłem. Byłem namiastką jej spełnienia.


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości