O ile Ada była mego Ojca żoną pierwszą – to Nina była ostatnią.
Nina to uosobienie chłodu i racjonalności, lecz chłodu przede wszystkim.
Wszystko co wiąże się z Niną przeniknięte jest chłodem do szpiku kości.
Nina była kobietą piękną, zgrabną i stosunkowo młodą.
Była blondynką w niemieckim typie. Lecz w jej życie zostało wpisane cierpienie.
Mało było szczęśliwych chwil w życiu Niny. Mało promieni oświetlało jej krótki czas, gdyż nie mogły się przebić przez chmury, jakie zbierały się nad Niną nieustannie.
Nina pochodziła z zamożnej rodziny łódzkich fabrykantów o niemieckim nazwisku. Urodziła się na dziesięć lat przed wybuchem wojny i mieszkała w pałacyku na ul.Milionowej. Tuż obok znajdowała się fabryka zapałek, należąca do rodziców Niny. Może owe dziesięć lat było tymi latami szczęśliwymi Niny, ale nie wiem tego na pewno.
Po wojnie całą rodzinę z pałacyku oczywiście wyrzucono, a fabryczkę znacjonalizowano. Zamieszkali więc w małym mieszkanku, co ja mówię mieszkanku, zamieszkali w małej norze bez kuchni i sanitariatów, w rozpadającej się ruderze na pierwszym piętrze oficyny przy ulicy Nawrot.
Jedyną wartościową rzeczą jaką udało się im zabrać z pałacu, czy to skutkiem przeoczenia oprawców, czy może przebiegłości ofiar, był niewielki olejny obraz przedstawiający Falstafa pędzla jakiegoś flamandzkiego malarza ze szkoły bodajże Rubensa.
Ten roześmiany opój błyskami werniksu rzucanymi z nieprzytomnych oczu przez lata przyświecał ich ponurej egzystencji. A beztroska odurzonej alkoholem gęby w niczym nie zapowiadała nieszczęścia jakie miał ze sobą przynieść.
Była Nina nie tylko piękna, była też zdolna.
Lecz na studia jej nie przyjęto.
A precyzyjnie mówiąc, ze wszystkich studiów, na których próbowała coś studiować natychmiast ją wyrzucano, po stwierdzeniu jej podłego klasowego i narodowego pochodzenia.
W momencie mych narodzin, Nina dobiegała lat dwudziestu dwóch.
Zaistnieliśmy zatem jednocześnie na dwóch przeciwległych krańcach ulicy Nawrot w Łodzi nawet nie przeczuwając, że kiedyś nasze losy splotą się. Nie przeczuwaliśmy tego, gdyż perspektywy mieliśmy odmiennie. Niny wyglądały dość paskudnie.
Minęło dziesięć lat.
W tym czasie Nina zdążyła nieszczęśliwie wyjść za mąż i szczęśliwie się rozwieść. Zdążyła też, dokładnie w rok po mym urodzeniu, urodzić własnego syna. Gdy Nina wychodziła za mego Ojca była więc kobietą po przejściach i po trzydziestce.Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie czy życie Niny z Ojcem było szczęśliwe. Bez walki zgodziła się oddać swego syna wiedząc, że jest to cena jaką przychodzi jej płacić za nowe małżeństwo. Dostrzegam heroizm tej decyzji dopiero dziś.
Dziś dopiero ją podziwiam i nie pojmuję jej. Z przerażeniem cofam się przed jej namiętnością i desperacją.
Kochała miłością szaloną, nieopanowaną i beznadziejną. Różnica wieku pomiędzy nimi znacznie przekraczała lat dwadzieścia. A byli ze sobą tylko pięć lat. Gdy Ojciec zmarł, gdy nagle bez jakiegokolwiek przygotowania po prostu umarł, dla obojga nas świat rozpadł się na części.
Cały świat eksplodował na tysiące drobnych kryształów i posypał się po kamiennych schodach jak zimny, lodowaty deszcz. Nasza rozpacz choć była taka sama, była zupełnie inna. Ona nie miała znów nic. Straciła po raz kolejny, a ja dopiero po raz pierwszy. Ona utraciła męża i kochanka, a ja tylko ojca.
Na tym polegała różnica naszych rozpaczy. Ta inna rozpacz była przyczyną, że Nina nie potrafiła żyć. Po miesiącu Nina odebrała sobie życie.
Po latach, gdy jak co roku odwiedzałem ich groby dowiedziałem się od kogoś, że syna Niny, który podobno trudnił się rozprowadzaniem narkotyków, znaleziono we własnym mieszkaniu z poderżniętym gardłem. Z mieszkania niczego nie skradziono poza małym obrazem flamandzkiej szkoły przedstawiającym Falstafa.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)