niktt niktt
635
BLOG

Chwilowa utrata przytomności

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 16

Zamieszkałem w Szczecinie.

To spowodowało, że siatka ulic łódzkich - siatka o jednolitych i prostopadłych liniach, o liniach układających się na płaszczyźnie mej pamięci i w mej zbolałej głowie w rozsądnym porządku, taka właśnie siatka pełna kwadratów i prostokątów, nagle została rozwichrzona gwieździstym, absurdalnie promienistym i nierozsądnym nieporządkiem ulic nowych. Natychmiast zacząłem gubić się domysłach.

Jeszcze niedawno ponad wiek rozsądny, przestałem raptem trafiać do miejsc, zdawałoby się, łatwych do odnalezienia.

Błądziłem bez nadziei po ulicach pełnych pruskiego chłodu. Po nie moich ulicach.

To co w Łodzi było oczywiste, racjonalne i niezaprzeczalne, tutaj stawało się niemożliwe. Odnalezienie zgubionego było zbyt trudne.

Szedłem więc aleją porośniętą drzewami. Środkiem mknął tutejszy tramwaj. Ale jakże inny od zwykłego, łódzkiego tramwaju. O zupełnie niepotrzebnie szerokim rozstawie kół.

Szedłem przed siebie w zamyśleniu mych czternastu lat.

A idąc pozostawałem w mylnym przekonaniu, iż gdy tylko zechcę to skręcę na przykład w lewo i po chwili dojdę do ulicy równoległej. Do ulicy, o której sądziłem i o której miałem prawo sądzić, że też biegła równolegle - poza mrocznymi ścianami domów.

Choć niewidzialnie, to jednak równolegle. Nic bardziej błędnego.

Tej ulicy nie było. Pomimo, że - logicznie rzecz ujmując - powinna tam być.

W takiej sytuacji traciłem pewność siebie. Zaczynałem podejrzewać, że ulegam jakiejś iluzji, jakimś wzrokowym omamom, jakiemuś zaburzeniu równowagi psychicznej.

Proste reguły logiki zawodziły mnie.

Chociaż, patrząc na to z drugiej strony, to wtedy, akurat wtedy przecież, wszystko stało się absolutnie nielogiczne. A więc i niespodziewana, powtarzająca się z każdej strony nieznośna utrata ulic też mogła być logiczną konsekwencją narastającej wokół mnie nielogiczności.

Powtarzalność tego zjawiska i jego nieuchronność dawała mu mocną empiryczną podstawę.

Z naukowego punktu widzenia rzecz była więc bez zarzutu.

Gdy zatem błąkałem się w wilgotnym cieple zacienionych alei, a wirujące liście przeganiane podmuchami dalekiego morskiego wiatru towarzyszyły mi w mym obłędzie, to ulice tego miasta i tylko te ulice były jedynymi świadkami rozsadzającego mnie bólu.

Tylko one słyszały moją bluźnierczą skargę.

Te splątane mierzeje ulic i archipelagi tramwajowych wysepek, bolesne pręgi stalowych szyn odciśnięte bliznami w mroźnych brukach, te zaplute i brudne bramy domów z plastrami miodnych, odpadających tynków i blade twarze ich mieszkańców, te ich zawikłane, nic nieznaczące słowa wyrzucane przez nich bez przyczyny i bez sensu – to wszystko i tylko to - było wtedy przy mnie.

W żadnym innym dniu tamtego tygodnia nie potrafiłem się wyplątać z tej schizofrenicznej ciepłoty. Nie potrafiłem przejść do innego dnia tygodnia, mniej bolesnego. Choćby do jakiejś soboty czy czwartku, gdzie odnalazłbym siebie już poukładanego.

Nie udawało mi się to.

Gdy tylko opuszczałem miejsce, w którym zasypiałem wieczorem, gdy tylko zagłębiałem się w zawiłe korytarze studziennych dusz, zaczynałem błądzić.

A błądząc, nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na proste pytanie:

Jak być tam, gdzie przed chwilą byłem?

Wydawało mi się, że odpowiedź jest tuż obok, za tym choćby zakrętem. Że wystarczy przejść jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów, a już odnajdę jakąś ulicę, jakiś dom, czy cokolwiek znajomego. Najmniejszy punkt zaczepienia dla pamięci.

Nie potrafiłem znaleźć jednak niczego, co poprowadziłoby mnie gdziekolwiek.

Wciąż pojawiały się jakieś nowe ulice, które gdzieś wiodły, gdzieś zakręcały, aż w końcu oddalały się od siebie. Rozstawały się tak, aby już nigdy się nie spotkać. A oddalając się od siebie pozostawały obojętne. Bez zarzutu, nienaganne, ale chłodne i zawsze obojętne.

Nie znałem języka tych ulic.

Czułem się tak jakbym został zamknięty w jakimś koszmarnym śnie, w którym będąc głęboko zanurzony, nie utraciłem poczucia nierealności.

Miałem świadomość nierzeczywistości w jakiej zaistniałem.

Szedłem więc sobie coraz dalej i dalej. Zagłębiałem się coraz bardziej i bardziej.

A od czasu do czasu zatrzymywałem się i wygrażałem Bogu.


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (16)

Inne tematy w dziale Rozmaitości