Ten dzień nie utkwił w mojej pamięci jakoś szczególnie.
Pamiętam go jako nieokreśloną chwilę spędzoną w gabinecie Ojca.
Spoconym palcem uporczywie kreślę koła i kwadraty na odbijającym skąpe światło zielonym szkle blatu biurka.
Tego dnia, który zapamiętałem jako ulotną chwilę, moja matka ostatecznie opuściła mój świat, ulegając swemu zgubnemu przeznaczeniu. Nie miałem wielu lat - może cztery, może pięć.
Poza uczuciem nacisku na zimną krawędź szklanej tafli, poza niejasnym uczuciem ślizgania się palcem po tej krawędzi aż do samego narożnika osadzonego w łożysku metalowego trójkącika przytwierdzonego dwiema maleńkimi śrubkami do blatu biurka, poza tym właśnie - niczego więcej nie pamiętam.
Umiejscawiając zatem to w czasie i w przestrzeni, co z oczywistych względów czyni rzeczywistość bardziej uporządkowaną, muszę stwierdzić, że mój dziecięcy świat zaczął się w mej pamięci z chwilą przeciągnięcia wskazującym palcem po zielonkawym, chłodnym szkle, a zgasł w sekundzie, może nawet nie tyle w sekundzie co w jej ułamku, co w tysięcznym jej skrawku, kiedy cieniutki i drżący jak wyschnięta trawka sekundnik w zegarku marki Omega na ręku mego Ojca - ku memu przerażeniu - zatrzymał się!
Ulegając głosowi swej młodej natury, a w istocie ulegając zgubnemu przeznaczeniu ma młoda matka odnalazła się zupełnie gdzie indziej z zupełnie innym mężczyzną, pozostawiając nas z Ojcem swemu losowi.
I ten oto inny mężczyzna, który stał się drugim mężem drugiej żony - trzymając się terminologii tu stosowanej - obiektywnie rzecz ujmując, zburzył me pogodne dzieciństwo.
Odtąd przestało ono być pogodne. Stało się zagmatwane i poskręcane jak korzeń jałowca.
A pomimo tego chronię je w pamięci.
Co do drugiego męża drugiej żony, to Ojciec nie darzył go sympatią.
A szczerze mówiąc, nienawidził go serdecznie. Był bowiem drugi mąż mego Ojca antytezą.
Kiedy boleśnie pojawiłem się w plątaninie ulic nowego miasta, moja matka też nie darzyła drugiego męża już żadną sympatią. Ona też szczerze go nienawidziła nienawiścią jaką odczuwać potrafi tylko kobieta po rozstaniu.
Z obrazu jaki tu kreślę wynika jasno, że mój pozytywny stosunek do drugiego męża nie miał żadnej sensownej przyczyny i nie był niczym rozsądnym uzasadniony.
A jednak nasza przyjaźń trwała od samego początku do samego końca.
Tak jak mój dojrzały ojciec i ma młoda matka rozciągnęli mnie w czasie, naznaczając stygmatem nieadekwatności i wewnętrzną dysharmonią - tą niewidoczną i bolesną skazą, tak ów drugi mąż moje "nigdy dokładnie tak" - napełnił treścią.
Dzieki niemu me wątpliwości urosły, rozkwitły sprzeczności, dojrzały przeciwieństwa.
Był bowiem naturą niezwykłą.
Zarażał nietuzinkowym oglądem świata.
Otwierał nieznane.
Dzięki niemu wciąż coś odkrywałem.
Zyskiwałem - choć widywaliśmy się rzadko.
W Poznaniu, w szpitalu miejskim imienia Strusia, gdzie trzydzieści lat temu zabijała go białaczka, odwiedzałem go niemal codziennie. Żył zaledwie czterdzieści kilka lat.
Do dziś jestem jego dłużnikiem – i tak pozostanie.
Teraz przypadło mi w udziale użerać się z mą przyrodnią siostrą - a jego córką, i z mą matką - a jego żoną, o dobrą pamięć po nim.
Dobry Boże - Wielki Prześmiewco!
Czemu sprawiasz, że dobra pamięć pozostaje wcale nie tam, gdzie zostać powinna?


Komentarze
Pokaż komentarze (26)