Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
14 obserwujących
42 notki
68k odsłon
  1787   3

Zanim wykopiecie zbyt płytkie groby - cz.I

Gdzieś na wschodzie Ukrainy, fot KH
Gdzieś na wschodzie Ukrainy, fot KH
Migawki z czasów wojny i pokoju

I.WPROWADZENIE

Byłem tam jedynie raz, w dodatku bardzo dawno temu. Zaplątałem się do miasta Marii wczesnym latem, włócząc się po mniejszych, większych i największych dziurach południowo - wschodniej Ukrainy,  od Odessy po Liwadię, Jałtę, Sewastopol i Mariupol właśnie a na deser po leżącą parę kroków dalej, gdzieś w połowie drogi między Mariupolem a rosyjskim Taganrogiem, grubą czarną linię, która oddzieliła Ukrainę od nie bardzo jeszcze to rozumiejącej na początku lat dziewięćdziesiątych Rosji. Szczerze mówiąc na początku dwutysięcznych też nie bardzo jeszcze rozumiała. Spodziewałem się tam Bóg wie czego, region zaś kojarzył mi się jako jednoznacznie prorosyjski, zsowieciały, wrogi i nieufny, a do tego bez wątpienia zacofany, gospodarczo i mentalnie z tyłu o co najmniej kilkadziesiąt lat, jeżeli nie pół wieku.

Byłem jednak w błędzie. Po wertepach i uderzającej biedzie w wielu miejscach na zachodzie kraju, południowo - wschodnia Ukraina przywitała mnie porządkiem i spokojem leniwego, upalnego popołudnia gdy jest tak gorąco, że nikomu nic się nie chce, ciężko nawet jest otworzyć piwo bez zadyszki. Już za Zbruczem a więc setki kilometrów wcześniej, tam gdzie po Traktacie Ryskim rozpoczynał się Kraj Rad (w tej części nazywany pogardliwie przez miejscowych Ukraińców i Polaków ruskim mirem lub Sowdepią), drogi stały się mniej wyboiste i dziurawe, prostsze i równiejsze; dalej – ku zdziwieniu - było coraz lepiej. Zaś od autostrady prowadzącej od Kijowa do Odessy, po jej wschodniej stronie, rozpoczęło się „naprawdę nieźle”. Było wprawdzie w tym coś niezbyt realnego, ten krajobraz zdawał się być zbyt porządny, wyciszony i poukładany, jakby podwieszony gdzieś pod brzuchem czasu, jednak wtedy nic nie zaburzyło mi odbioru, wszystko było tak, jak być powinno i na miejscu. Każde miasto i miasteczko wyglądało niemal identycznie: wokół betonowych bloków i walących się chruszczowek, wszystko kwitło kolorami i pachniało. Wysprzątane i polane wodą jezdnie i chodniki, pobielone wapnem drzewa i metrowe krawężniki, rachityczne ale kolorowe place zabaw - widać było, że na miarę możliwości ktoś próbuje o to wszystko zadbać. Wieczne ognie nie paliły się już wprawdzie u stóp betonowych i odlanych z brązu bojców wielkiej wojny ojczyźnianej, jednak u ich stóp gazony z kolorowym kwieciem wszelkiej maści pilnowały żeby wieczność upływała im przynajmniej w miłym otoczeniu. Tu i ówdzie straszył jeszcze Lenin ale bardziej chyba z zasiedzenia niż przekonań. Wcześniej szykowałem się przynajmniej na warunki jak w kołchozie jeśli nie północnokoreańskie i im głębiej zanurzałem się w tym świecie, tym coś bardziej wyło i zgrzytało – to odzywał się dysonans percepcyjny, i poznawczy. Stacja benzynowa przywitała mnie klimatyzacją, może nie najczystszą - ale działającą – toaletą (sprawną i wyposażoną w muszlę klozetową a nie dziurę w ziemi) i hot-dogiem, który smak i wygląd miał dokładnie taki sam, jak w Polsce na Orlenie, nie wywołał również błyskawicznej cofki i nie szczekał. Mój przyjaciel i towarzysz wielu dróg, żyjący na Zachodniej Ukrainie Aleks, z każdą chwilą spinał się i coraz bardziej tracił humor - wspominany już dysonans dopadł także (albo: przede wszystkim) jego. Żyjąc godnie i uczciwie ale w strasznej biedzie na Zachodzie był - jak wielu nie podróżujących zbytnio po swym kraju Ukraińców - przekonany, że im głębiej w las tym ciemniej i tym więcej drzew, tu zaś go czekała miła lub niemiła niespodzianka. Wszystko czego nie miał zachód Ukrainy, tutaj było - drogi były połatane albo w ogóle nie dziurawe, domy stały prosto, może brzydkie lecz zadbane, po ulicach nie walali się menele a do tego było czysto.

- I to w jednym kraju. - podsumował kiedy ruszaliśmy dalej.

Z tamtej trasy to mi przede wszystkim pozostało w głowie. Hot dog na przydrożnej stacji, pobielone krawężniki, identyczne, brzydkie lecz zadbane miasta i miasteczka i gieroje wielkiej wojny w kwiatach. W Kropywnyckim, który wtedy jeszcze był Kirowogradem zjadłem nieprawdopodobną zupę - do solanki, którą spotkać można wespół z pielmieniami chyba wszędzie w Ukrainie, ktoś dorzucił garść oliwek, mozarellę i suszone pomidory. Efekt był rewelacyjny. Jadłem tę solankę ja, jadł Aleks - coś tam bez przerwy mruczał i mamrotał ale uszy mu się trzęsły i poprosił o dokładkę. Cztery razy.

- I to w jednym kraju. - wybełkotał kiedy jeszcze żuł oliwki w serze.

***

Mariupola z tamtej trasy nie zapamiętałem. Zlał mi się z Odessą i Melitopolem, Kropywnyckym czy Chersoniem, może nawet i Symferopolem który (tak jak Cherson) wydał mi się wtedy wyjątkowo szpetny i przytłaczający. Bardziej chyba w pamięć zapadł mi w pamięci Armiańsk tuż przed Perekopem, gdzie Autonomicznej Republiki Krym i wjazdu do niej strzegł stojący na cokole w samym środku ronda, stary, dobry T-34. A przed czołgiem jeszcze Mikołajów. Mikołajów był potwornie rozkopany tamtej wiosny i tamtego lata a wjeżdżało się do niego od Odessy tylko i wyłącznie przez potężny, dwukilometrowy razem z dojazdami, przerzucony nad szerokim tutaj niemal na kilometr Południowym Bugiem, Warwaryjski, podnoszony Most. Przez podmokły teren, ujście Bugu a do tego jeszcze nie ułatwiającą sprawy drugą rzekę Inguł, która również tu się wije, wjazd do miasta od zachodu idzie właśnie i jedynie po tym moście. Niespodzianka. Most w remoncie i nieczynny. Zatem będzie objazd – dziewięćdziesiąt osiem kilometrów w górę rzeki, potem skręcić za krowami na pontony, które postawiło wojsko (jak nam podpowiedział uśmiechnięty chłopak w milicyjnej budce, pilnujący nieczynnego mostu), a następnie, obserwując drogę, którą właśnie przebyliśmy na przeciwnym brzegu, dziewięćdziesiąt osiem kilometrów nazad i jesteśmy już po drugiej stronie mostu czyli tam gdzie być chcieliśmy. Można śmiało stąd pomachać ręką chłopakowi, który pokierował nas na krowy. To być może tak zdominowało tamtą trasę, że niewiele więcej mi zapadło w pamięć. Wokół wspomnianego czołgu tuż przed Perekopem zrobiliśmy honorową rundę po gargantuicznym rondzie, zatrzymała nas milicja myśląc, że robimy sobie jaja ale Aleks szybko z nimi to załatwił i pojechaliśmy dalej. Melitopol, przede wszystkim zaś Mariupol, z każdej strony ciągnął rybą, smołą i nieokreśloną, metaliczną wonią morza, w której dominuje wciskająca się do oczu sól pokryta kurzem (może kurz pokryty solą?). Miasto stało na przetwórniach, hutach, kombinatach, przede wszystkim jednak portach i żurawiach. Mało malownicze a w zasadzie wcale, betonowe, z bloczyskami, silosami i magazynami, z poupychanymi między drzewa chruszczowkami, których mniejsze, większe i ogromne wysypiska rozrzucone były jakby całkiem przypadkowo i bez ręki architekta z każdej strony. O chruszczowkach później jeszcze będzie bo to nie są tylko robotniczo - chłopskie klatki do dziadowskiej egzystencji a niepodważalny symbol Związku Sowieckiego - lecz nie tyle jako państwa co koncepcji, siły sprawczej, są też metaforą i dowodem w sprawie. Te koszmarki budowlane powstawały przez dziesięciolecia od Kijowa, Mińska, Łucka albo Tarnopola po Chabarowsk z drugiej strony świata albo Taszkient z trzeciej. Budowane po sowiecku, już od pierwszych dni gdy wprowadzono do nich lokatorów wyglądały tak jak gdyby zaraz miały się zawalić. Często zresztą się waliły. Jeśli zobaczycie gdzieś chruszczowkę, z której odpadają płaty tynku, okna wyglądają na niemyte od dziesięcioleci, wokół się walają hałdy śmiecia, a w tym wszystkim bawią się wesoło dzieci, dotarliście do istoty homo sovieticus, jego mentalności i enklawy i stoicie właśnie u wrót metafory. Później to wyjaśnię.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka