Wczoraj, koło południa, dotarła do mnie sensacyjna informacja: pewien przedsiębiorca, co poczuł potrzebę blogowania, przeprowadził brawurowo blogerskie dochodzenie. Rozsławiające Salon24 w całym wirtualnym świecie. Doniosłość wydarzenia potwierdził podobno portal Gazeta. pl.
Chociaż w tym, że akurat ten portal tę domiosłosć potwierdził nic dziwnego nie ma; sezon ogórkowy się kończy, latoś Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego, jak się leniła, tak się leni, a Adam nadal nie może przeboleć, że nigdy nie miał kultowej koszulki z Che.
Dla niewtajemniczonych.
Chodzi o to, że wspomniany zmyślny przedsiębiorca kupił coś, czego kupić nie można i ma na to niezbity dowód w postaci faktury VAT. A faktura jest dla przedsiębiorcy tym, czym dla Pani Renaty Jarosław Kaczyński - kwintesencją.
Jeśli więc jest faktura, znaczy, że coś jest, choćby nawet tego czegoś w istocie nie było. To abecadło przedsiębiorczości.
Z początku myślałem, że chodzi o pochodzącą z jednej z byłych republik radzieckich, rakietę balistyczną z głowicą nuklearną. Ale nie, to były jakieś całkowicie oficjalne, bynajmniej nie tajne, sprawozdania sejmowe.
Trudno; na bezrybiu i rak ryba, a wśród ślepych jednooki królem. Co jednak zrozumiałe; moja ekscytacja sprawą nieco osłabła…
Jeszcze tylko z solidarności, acz lekko rozczarowany, poparłem odezwę mającą na celu ostateczne udowodnienie niedowiarkom, że się mylą - wzywającą Jednookiego do rychłego opublikowania faktury.
Cytuję: Pod apelem podpisuję się obiema upierścienionemi dłłońmi! Zdaje sobie sprawę, że po tym wydarzeniu świat już nie będzie taki sam. Najpierw na ułamek sekundy zamrze w bezruchu, następnie w opętańczym tempie pocznie kręcić się w przeciwnym kierunku, żeby w finale eksplodować i złożyć się w rozjaśniający kosmos - widoczny w najodleglejszej galaktyce- neon Wywczas publikacja faktur!
I czekałem… bo przecież nie taki dokument można zrobić w Photoshopie w przeciągu najwyżej kwadransa.
Wprawdzie istnieje pewne ryzyko, że ktoś nieufny zacznie węszyć i sprawdzać, ale, bądźmy szczerzy, nikt o zdrowym wzroku nie traktuje serio rewelacji niedowidzącego. Z prostego powodu. Nic specjalnie bulwersującego w nich nie ma.
Czekałem więc, kwadrans, trzy kwadranse, czekałem dzień cały i się nie doczekałem. Mnie tam rybka, Józka Monety tylko żal…
Mimo rozczarowania, dzisiaj jeszcze raz zajrzałem do naszego błyskotliwego śledczego. Z czystej ciekawości; jest w koncu ten skan czy go nie ma?
I wpadłem na trop nowej, naprawdę dużej afery. Otóż…
Zauważyłem, że kolega Jednookiego, niejaki Wytrawny*, posługuje się terminem „Dziobaki” z zaznaczeniem TM Piękne Myśli. Jak wiadomo TM, znaczy Trade Mark i jest oznaczeniem oryginalnego produktu chronionego prawem. Dla pewności, jeszcze raz sprawdziłem; wszędzie „Dziobaki (TM Piękne Myśli)”.
Kto, jak kto, ale Wytrawny, to nie Suchy*. To oczytany erudyta, znany globtroter, wreszcie to członek tutejszego Klubu Inteligencji, zatem z cała pewnością wie, co pisze! Zresztą, sam Autor tego niepowtarzalnego bon motu, nie ustaje w jego promocji….
I wtedy doznałem iluminacji; jakbym dostał zlecenie na dużego psa…
Trzeba wiedzieć, że od czasu, kiedy kilka lat temu, Gniewko zdemaskował wyjątkowo bezczelną plagiatorkę – nominowaną w ubiegłym roku do prestiżowej nagrody Wiktora; red. Elizę Michalik - jestem wyjątkowo wyczulony na kwestie naruszania prawa autorskiego.
Łyknąłem więc chiński specyfik na pamięć tudzież koncentrację i… Eureka w pakiecie z bingo!
Przypomniałem sobie wszystko ze szczegółami; chemika Lamę, który zarzekał się, że to siarkowodór, nie on i Gośkę Ludens chichrającą podczas moich zmagań się z jej haftkami i beczącą Jankę Paradowską, bo pani nie dała jej deklamować pierwszomajowego wierszyka… No nie, a ta skąd się wzięła?
Czyżby tak cudowne działanie miała dalekowschodnia para-medycyna? Jedna pigułka więcej, a pewnie przypomniałbym sobie, jak chodziłem na laski ze Zdzichem Marchwickim. Nie dziwię się, że środek ten polecany jest przez Krajową Radę Prokuratury. Nieważne…
Istotne, że przypomniałem sobie również red. Rafała Kalukina z Gazety Wyborczej. Dziennikarza, który ramach w retorsji na „Alfabet Leminga”, wymęczył wyjątkowo toporny „Alfabet Dziobaka”. Zaczynający się tak: „Dziobak dziobie, bo taka jego natura. Pojawił się nad Wisłą, żeby dać odpór lemingowi…”
Niemal tych samych słów użył ongiś - zaprzyjaźniony z Wytrawnym i przezeń lansowany - Piękne Myśli, kiedy dzielił się ze mną swymi przemyśleniami spisanymi „na kolanie”: „Dziobak dziobie, bo taka jego natura. Pojawił się w zakolu Wisły, aby dać odpór lemingowi…”
Dostrzegacie bliźniaczą urodę tych zdań? Różnią się jedynie zakolem…
Zatem, do dzieła Blogerze Śledczy Wywczas!
Nadeszła pora skopać d...pę mainstreamowemu gryzipiórkowi! Niechaj Moc będzie z Tobą!
*archaizmy; niejednoznaczne formy współczesnego i wygodnego w użyciu - Dry


Komentarze
Pokaż komentarze (53)