Oj, obrywało się nam nieraz. Mnie oraz moim braciom i kuzynostwu. Czasem nawet boleśnie. Najbardziej od naszej ukochanej babci Marylki. Łza się w oku jeszcze kręci...
To za ognistego kankana odtańczonego na mocno sfatygowanych deskach okrawających starą studnię. To za namiętne popalanie skubniętych wujowi Carmeników. W kryjówce sprytnie wydrążonej we wnętrzu słomianego stogu. Dym jest zdradliwy. Nie powiem... Gorąco było!
A to, za buszowanie w cudzym ogrodzie. Babcia uznała za nieposzanowanie cudzej własności event polegający na tym, że wyśmienite, dorodne owoce jabłoni - chlubę sąsiada - zastąpiliśmy smętnie zwisającymi z drzewa ogryzkami. Co do jednego… Paszczami tego dokonaliśmy… Wymagało to sporej zręczności. Ech… Tyłki piekły nas chyba z godzinę. Bitą godzinę!
Dostało się nam za szlifowanie na jądrach byka (do czasu solidnie zacumowanego na łace) technik uderzenia pałkarzy Boston Red Stockings. Jedno perfekcyjne trafienie sprawiło, że cała okolica doświadczyła uroku prawdziwej corridy… Bez paszportów i wiz. Za komuny!
Babci szaleństwo Hiszpanów niespecjalnie przypadło do gustu, podobnie turniej ku czci bohatera narodowego Helwetów… Z 6 letnią kuzynką w poważnej roli młodego Tella. Co oczywiście miało swoje konsekwencje…
Również niedzielne zboczenie nad jezioro, z prostej drogi wiodącej do kościoła przyniosło podobne skutki. Może nie tyle samo zboczenie (zboczenia Babci wisiały i powiewały, wtedy nikt się nimi nie chlubił), co narracja: „ jakże Babciu, na mszy byliśmy, słowo! Ksiądz mówił o tym, że kłamstwo niszczy godność… I takie tam różne... Pięknie mówił.”
Teraz zastanawiam się tylko, czemu to nam wszystkim, w końcu tak bestialsko maltretowanym, zaszkliły się oczy, gdy Babcia odeszła? Najdziwniejsze, że tym z nas, którzy wycierpieli najwięcej najtrudniej było ukryć żal. Coś z nimi nie tak? Czyżby syndrom sztokholmski?


Komentarze
Pokaż komentarze (44)