5 obserwujących
53 notki
22k odsłony
  285   1

Też otarłem się o FOZZ

Opowiem anegdotę: - agentura wojskowa strasznie się nie lubiła, bo walczyła o prymat, z cywilną esbecją. Gdy w sierpniu 1980 roku byłem współorganizatorem przystąpienia marynarzy do strajku, to właśnie wojskówka poprzez zaufanego człowieka, poinformowała, że mamy w komitecie strajkowym kapusi i konkretnie, kto to jest. Dzisiaj, po 40 latach muszę powiedzieć, że mają się oni dobrze, a na fali bohaterów Solidarności, zrobili dobre kariery w Gdyni.

Przejdę teraz do afery FOZZ, a to, co napisałem powyżej, w pewnym sensie wiąże się z tym potężnym przekrętem.

Jest w pełni zrozumiałe, że jak w każdym zamkniętym środowisku, a takim przecież jest załoga statku w czasie rejsu, nawiązują się przyjaźnie, lub wprost przeciwnie, istnieją animozje i niechęci. Normalnie, jak to w życiu.

A czasami nawet te okrętowe relacje przeradzają się w stałe dobre stosunki na lądzie i dwie rodziny prowadzą klasyczne życie towarzyskie.

Tak też było ze mną i gościem, kompletnie nowym na morzu i nie związanym z WSM, którego zamustrowano w długą morską podróż.

W rezultacie później spotykaliśmy się na regularnych imprezach towarzyskich, odwiedzaliśmy się wzajemnie i po prostu, lubiliśmy się.

Gdzieś tuż po roku 90-tym, nazwijmy to małżeństwo Jaś i Małgosia, zadzwonili alarmująco wieczorem, już po 10-tej. Powiedzieli, że koniecznie natychmiast musimy się zobaczyć i że przyjadą do nas. Cóż robić, przygotowałem kawę i herbatę, plus jakieś ciasteczka.

Gdy już zakończyliśmy zwyczajowe powitalne paplanie, Małgosia przeszła do sedna. Wiedzieliśmy, że w tym małżeństwie to ona jest spiritus movens, inspiratorką. Przedsiębiorczą i pomysłową. Jasiu wolał zajmować się górami i sportem wyczynowym. To co wtedy powiedziała zaszokowało nas i zdenerwowało.

Nigdy nie byłem człowiekiem tak zwanego biznesu. Kultura wyniesiona z domu rodzinnego nauczyła mnie, że pieniędzy potrzeba tylko tyle, by dobrze i godnie żyć. Bogacenie i różne interesy, to nie tylko coś, na czym się nie znałem, ale także było tym, co wzbudzało w całej mojej rodzinie pewną pogardę. W rezultacie w epokę transformacji wszedłem goły i wesoły. Co nie znaczy, że w banku nie cieszyłem się zaufaniem, albo gdzie indziej potrafiłem pieniądze pożyczyć.

Małgosia oznajmiła, że odwiedzają dzisiaj paru przyjaciół, bo jest okazja, która kończy się jutro. Jest do kupienia, w niedalekim od Trójmiasta mieście, zakład pracy, przedsiębiorstwo – znane i solidne. Nowoczesny park maszynowy, kilkuset zatrudnionych, produkcja w pełnym toku, do tego warsztaty i duże magazyny, bocznica kolejowa, a nawet zakładowe osiedle mieszkaniowe. Do kupienia do jutra w południe.

Szoku doznaliśmy pełnego, gdy oznajmiła ile jeden udziałowiec, a nie będzie ich więcej niż czterech ma wyłożyć kasy, by formalnie i legalnie to kupić. To były jakieś drobne na dobry samochód. Powiedzmy w przeliczeniu na dzisiaj, jakieś sto tysięcy, aby kupić przedsiębiorstwo warte chyba z miliard. Oczywiście w skali dzisiejszych realiów.

Nigdy nie byliśmy prawdziwymi hazardzistami, chociaż dla rozrywki, a więcej z ciekawości, po kasynach zdarzało nam się włóczyć. Nie wierzyliśmy także w totolotka i jakiś spadek z Ameryki, po zmarłym wujku – milionerze. Co mieliśmy, to sami zarabialiśmy. I tyle.

Wysupłać 100 tysięcy do jutra w południe dalibyśmy radę. Ale po minięciu szoku – zgodnie odmówiliśmy. I to bez późniejszych wzajemnych żali i rozważań, co by było gdyby. To nam po prostu nieprzyjemnie pachniało.

Gdynia duża nie jest, więc po pewnym czasie poznaliśmy sens niedoszłego interesu.

Po pewnym czasie dotarła do nas wiadomość, jako że wcześniej nie interesowału nas rodzinne koligacje, że stryj Małgosi, to onegdaj prominentny członek Biura Politycznego PZPR, a obecnie cień Leszka Millera, gdyż zawsze go widać za plecami komunistycznego wodza. I to ten stryj podrzucił taką biznesową okazję.

Po nitce do kłębka i w tle ukazała się afera FOZZ, o której już co nieco wiedziałem, a może nawet coś więcej, jak przeczytałem "VIA BANK I FOZZ" Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy.

W mojej głowie dołączyła też wprost bandycka akcja służb "ŻELAZO" o którą się też prawie otarłem w Hamburgu i Antwerpii. Nie zauważyłem opracowania, bądź tylko tekstu, w którym by te dwie paskudne afery służb PRLu łączono. Nic już nie powie, ten, który zapewne wiedział wszystko – generał MO Mirosław Milewski, bo już ponad 10 lat nie żyje, tak jak gen. Kiszczak, który też pewnie wszystko wiedział. Ale jest ciągle sporo komunistycznych aparatczyków, którzy by nam dużo opowiedzieli, gdyby ich tylko odpowiednio zapytać.

Ten biznes, który w pewną noc oferowali Jaś i Małgosia, to fragment operacji finansowych służb specjalnych związanych z FOZZ, zarówno cywilnych, jak i wojskowych, może prania brudnych pieniędzy, ale bezspornie rozkradania majątku narodowego.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale