1 września. Wypadałoby pokazać jakis mądry film o historii.
Przypomina mi się jeden, który nie tak dawno mogliśmy oglądać (w godzinach sporej oglądalności ok.17) w naszej publicznej TVP2 (31 lipca 2010). Może ten by się nadał na taką ważną w końcu okazję, spełnia podstawowe kryteria: film o wojnie, fabularyzowany dokument, produkcja zdaje się brytyjska, ale nie ręczę, film o heroizmie, o niezłomnej walce o przetrwanie, o poświęceniu i odwadze, pt. "Rodzina, która wygrała z Hitlerem". Ale czy na pewno o tym?
Pamiętam go jak dziś, bo wzbudził moje żywe emocje. A oto dlaczego.
Film opowiada historię żydowskiej rodziny, która cudem, cała (rodzice i 2 córki), ocalała czasy wojny i okupacji. Cud ten nie miałby miejsca, gdyby nie poświęcenie i odwaga polskich sióstr zakonnych, które w sierocińcu ukrywały dwie małe żydowskie dziewczynki, jak i gdyby nie heroizm zwykłych Polaków.
Dziewczynki, dziś dwie nobliwe starsze panie, zadbane, uczesane, z nienagannym uzębieniem i w eleganckich garsonkach, opowiadają w filmie swoją historię i historię swoich rodziców, przedwojennych mieszkańców Warszawy.
Ma się wrażenie, że kobiety te dokonały rzeczy niemożliwej, niemal heroicznej, i w tym duchu jest utrzymany cały film: oto stały się bohaterkami.
Eh, więc pewnie słusznie zasłużyły sobie na starość w luksusie - obie pokazane są na tle swoich stumetrowych mieszkań - na Manhatanie i w Paryżu - i inkrustowanych mebli, i wielkich okien na całą ścianę i tych zatykających dech w piersiach widoków ... (Czy to przemawia zazdrość czy to raczej bunt na jawną niesprawiedliwość dziejową?)
Panie nie zdają się nawet czuć zażenowane tym, że uchodzą za bohaterki. Może i są nimi? Spieszą opowiadać swoje cudowne ocalenie, nie bez łzy w oku i nie bez ciężkich westchnień. Trudno się dziwić... Przeszły getto. Później jedną z nich, 3-letnią, młodszą, przygarnął na prośbę matki Polak, katolik, zatrudniony przed wojną jako kierowca ojca dziewczynek. Drugą (a później obiema) zajęły się siostry zakonne, choć 9-letnia już dziewczynka miała tak charakterystyczne rysy, że ryzyko było spore. Ryzyko utraty życia oraz narażenia innych żydowskich dzieci. Bo w końcu tak brutalne środki represyjne - śmierć - groziły za udzielenie pomocy lub schronienia Żydom (zarządzenie H. Franka z 15 X 1941r.), o czym chyba warto by było nie zapominać.
Tym "cichym" bohaterom nie poświęca się jednak zbyt wiele uwagi. Zainteresowanie spoczywa na matce bohaterek, która wykazła się zmysłem "przetrwania" w tych okrutnych czasach, potrafiła przewidzieć niebezpieczeństwo i w porę zapobiec tragediom. Podobnie i ojciec zapewnił dziewczynom po wojnie bezpieczny byt, wysyłając je do szkoły w Anglii, tak by uniknęły "nasilających się w Polsce antysemickich nastrojów...". Poświęca się też sporo uwagi ich dalszym losom, ogólnym spostrzeżeniom i uwagom. Treść utrzymana jest w nastroju rodzinnego szczęścia ze spotkania po latach wojny, cudownego spotkania całej rodziny, radości nie ma końca...
Tak na prawdę dopiero pod koniec filmu budzę się z uśpienia tą wzruszającą historią, gdy jedna z bohaterek mówi najciekawszy chyba fragment z całej tej hostorii (cyt. z pamięci, ale na prawdę nic nie przekręcam co do treści):
"Nie przeżyłybyśmy, gdyby nie szczęście, poświęcenie mamy i trochę pieniędzy. To jednak nie wszystko. Najważniejsi byli jednak dobrzy ludzie, którzy wyciągali do nas pomocną dłoń, to im zawdzięczamy życie. Obecnie oskarżamy, my wszyscy, o tę straszną wojnę całe narody. Lecz nie powinniśmy tak czynić. Uważam, że każdy naród jest zdolny do okrucieństwa. Oskarżamy teraz Niemców i Polaków, ale przecież mam wielu wspaniałych przyjaciół Niemców i oni też są ofiarami tej wojny, tak jak i my. A co do Polaków...też nie można ich winić! Bo czyż można winić naród, któremu wmawiano z ambon kościelnych przez całe lata, że to Żydzi zabili Chrystusa? Jeśli ludziom wmawia się takie brednie, to nie można ich potem winić, że ulegają temu co im mówiono... Ja ich nie winie." Tyle pani Friedmann.
We mnie się gotuje. Więc zaraz, chwileczkę, za kogo ma nas świat? Za kolaborujące faszystowskie świnie!? Pośród których, owszem, znajdowały się dobre, jak w każdym nardzie, jednostki zdolne do poświęceń...? Na to wygląda.
Z tego bólu i wściekłości nasuwa mi się pytanie: o czyim bohaterstwie należałoby nakręcić ten film, kręcić filmy w ogóle? (ale nie filmy pt. "Czas honoru" ... proszę..) Gdzie w tym filmie były te siostry zakonne, ten Polak, którzy zdolni byli do niesłychanych poświęceń, by ratować małe żydowskie dzieci... by ratować ŻYCIE ludzkie i ludzką godność? Czy mają z czego żyć? Czy ktoś poszukał ich grobów, jeśli już nie żyją, zapalił znicz....?
Jaki obraz Polaków wyłania się z tego paszkwilu?
Tak, nikt się nie burzy. Film trafia na nasze polskie ekrany i do naszych obojętnych głów.
Najwyraźniej coś mamy do udowodnienia światu - Niewinność. Brzmi paradoksalnie, bo tylko winny się tłumaczy, ale w dobie pomieszania pojęć, znaczeń i "właściwej proporcji zdarzeń" prawda się sama nie obroni.
Wciąż się wzdrygam na myśl o tych słowach pani Freidemann, która chyba nie wyciągnęła lekcji z własnej historii. A może to my nie wyciągneliśmy...?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)