Gdańsk, listopad 1979.
Lektor ma na imię Piotr L. To nie jest ważne nazwisko. Ważne jest pismo. Równe, partyjne, wyuczone na szkoleniu w Wyższej Szkole Nauk Społecznych. Niebieski długopis, kratka urzędowa.
Siedzi w pokoju 214 w Komitecie Wojewódzkim. Za oknem pada. W Stoczni strajk już się skończył, ale smród spalonych kabli jeszcze wisi nad miastem. Na biurku trzy teczki.
Teczka 1: KOR. Teczka 2: WZZ. Teczka 3: Kościół.
Przegląda notatki ze spotkania z towarzyszem z SB, Wydział IIIA. Pada nazwisko, które do tej pory było w rubryce "margines".
" katolik. Krzykacz. Nie KOR-owiec, nie inteligent. Nasz człowiek z ludu. Pobity przez milicję w grudniu '70, więc ma legitymację. Ludzie za nim pójdą."
Piotr L. zapisuje. Podkreśla dwa razy słowo "katolickich". Bo katolickie to znaczy kontrolowane. Bo katolickie to znaczy, że biskup zadzwoni, jak będzie za głośno.
I wtedy dopisuje to zdanie. Sucho. Jak wytyczną do referatu.
" z katolickich związków zawodowych, może być użyteczny".
Użyteczny. Nie groźny. Nie wróg. Użyteczny.
I w tym momencie czuje, jak robi mu się zimno w karku. Bo rozumie, co właśnie zrobił. On nie opisał rzeczywistości. On wydał dyspozycję.
W paranoi PRL nie chodzi o to, kto jest agentem. Chodzi o to, że każdy jest potencjalnie użyteczny. System nie niszczy charyzmy. System ją hoduje. Podlewa. Daje jej mikrofon w świetlicy, daje jej parę dni aresztu, żeby miała bliznę. A potem, kiedy przyjdzie sierpień, tłum już będzie wiedział, za kim iść. Za tym, który jest użyteczny.
Piotr L. zamyka notatnik. Wstaje. W korytarzu słyszy, jak ktoś zamyka jego teczkę. Ktoś, kogo nie zaprosił do pokoju.
Wraca do biurka. Notatnik leży otwarty na tej samej stronie. Ale pod jego zdaniem ktoś dopisał ołówkiem, innym charakterem:
"A my będziemy użyteczni dla niego".



Komentarze
Pokaż komentarze