Paweł Łęski Paweł Łęski
305
BLOG

Peryferia z wyboru. Dlaczego Paryż i Berlin nigdy nie zechcą Polski jako partnera

Paweł Łęski Paweł Łęski Polityka Obserwuj notkę 36

Peryferia z wyboru. Dlaczego Paryż i Berlin nigdy nie zechcą Polski jako partnera


Zmiana rządów we Francji czy w Niemczech budzi w Polsce zawsze tę samą nadzieję: może tym razem będzie inaczej. Może nowy kanclerz będzie bardziej empatyczny, może nowy prezydent Francji zrozumie wschodnią flankę. To jest złudzenie. Rządy się zmieniają, partie przychodzą i odchodzą, ale racja stanu pozostaje ta sama. A racją stanu zarówno Berlina, jak i Paryża jest utrzymywanie Polski jako kraju peryferyjnego, jako bufora, rynku zbytu i rezerwuaru taniej siły roboczej, nigdy jako równorzędnego partnera przy stole, gdzie podejmuje się decyzje.


To nie jest kwestia sympatii czy antypatii. To jest zimna geografia i ekonomia.


Niemiecka racja stanu od zjednoczenia jest niezmienna: Europa ma być zorganizowana wokół niemieckiego przemysłu. Model jest prosty i skuteczny. Centrum, czyli Niemcy, projektuje, daje kapitał, technologię i markę. Peryferie, czyli Polska, Czechy, Słowacja, montują, dostarczają półprodukty i pracowników, którzy jeśli są zbyt ambitni, po prostu wyjeżdżają do centrum. Każdy rząd w Berlinie, czy to chadecki, socjaldemokratyczny, zielony czy nawet AfD, będzie bronił tego modelu, bo na nim opiera się dobrobyt Niemiec. Polska partnerska, Polska suwerenna technologicznie, energetycznie i militarnie, to Polska, która przestaje być podwykonawcą i zaczyna być konkurentem. Tego żaden kanclerz nie zaakceptuje. Dlatego każda próba budowy przez Polskę własnej podmiotowości, od portu w Świnoujściu po elektrownię atomową bez niemieckich firm, spotyka się w Berlinie z tym samym oporem, niezależnie od barw partyjnych.


Francuska racja stanu jest lustrzanym odbiciem niemieckiej, tylko z innym akcentem. Paryż od czasów de Gaulle'a uważa się za politycznego lidera kontynentu. Francja nie ma już siły gospodarczej Niemiec, więc swoją pozycję buduje na idei Europy politycznej, scentralizowanej, zarządzanej przez biurokrację, w której głos decydujący ma oś Paryż-Berlin. W tej wizji Polska jest problemem. Jest za duża, by być posłusznym małym państwem jak Belgia, zbyt atlantycka, zbyt amerykańska, zbyt przywiązana do pojęcia suwerenności narodowej. Polska, która mówi o własnym interesie, rozbija francuski projekt Europy jako przedłużenia Francji. Dlatego każdy prezydent w Pałacu Elizejskim, lewicowy czy prawicowy, będzie dążył do tego samego: do wtłoczenia Polski w rolę grzecznego biorcy funduszy, który w zamian oddaje kompetencje. Paryż nie chce partnera z Wisły. Chce ucznia, który ma się uczyć europejskości zdefiniowanej nad Sekwaną.


Te dwie racje stanu, choć różne w metodzie, zbiegają się w jednym celu: Polska nie może stać się drugim centrum decyzyjnym w Europie. Mechanizmy peryferyzacji są już systemowe. To praworządność jako narzędzie politycznego szantażu finansowego. To polityka klimatyczna skrojona tak, by uderzać w polski przemysł węglowy i wymuszać kupowanie niemieckich technologii. To wspólna armia europejska, która w praktyce oznacza uzależnienie polskiej obrony od woli politycznej Berlina i Paryża. To wreszcie federalizacja Unii, czyli likwidacja zasady jednomyślności, która jest ostatnim bezpiecznikiem państwa średniego.


W tym układzie Polska traci suwerenność nie dlatego, że rządzą nami tacy czy inni politycy, ale dlatego, że cały system jest zaprojektowany do jej stopniowego odbierania. A Berlin i Paryż współpracują w tym dziele, bo im jest to na rękę.


Dlatego jedynym realnym scenariuszem, który mógłby ten proces powstrzymać, nie jest zmiana ekipy w Berlinie czy Paryżu, ale rozbicie samej osi. Dopiero ostry, strukturalny konflikt niemiecko-francuski, konflikt o dług, o energetykę jądrową, o relacje z USA i Chinami, o kształt przemysłu, mógłby sparaliżować maszynę centralizującą Europę. Historia uczy, że Polska zyskiwała podmiotowość tylko wtedy, gdy Paryż i Berlin nie mogły się dogadać. Gdy są zgodni, zawsze dogadują się kosztem Warszawy. Gdy są skłóceni, muszą szukać sojuszników, muszą iść na ustępstwa, a przestrzeń na suwerenność nagle się pojawia.


Nie łudźmy się więc, że wybory za Renem czy nad Sekwaną cokolwiek zmienią. Zmieni się ton, zmieni się uśmiech, zmieni się język. Nie zmieni się interes. Interesem Francji i Niemiec jest Polska peryferyjna. I tylko ich wzajemny konflikt może sprawić, że przestanie to być możliwe.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj36 Obserwuj notkę

There have been many comedians who have become great statesmen and vice versa.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (36)

Inne tematy w dziale Polityka