LISTA 139
Warszawa, listopad 1943.
Nikt nie gra w teatrze. Wszyscy grają teatr.
Bojkot rejestracji się udał. Niemcy otworzyli jawne teatry, ale polscy aktorzy nie przyszli się zapisać. Więc oficjalnie nie istnieją. A skoro nie istnieją, nie mają kartek, nie mają pracy, nie mają prawa chorować.
I wtedy pojawiają się koperty.
Komitet wykonawczy Tajnej Rady Teatralnej dostaje co miesiąc przelew znikąd. Z Delegatury. Na początku to było 2,5 tysiąca złotych. Śmieszne pieniądze. Teraz, w 44-tym, to już 30 tysięcy miesięcznie. Szelest, który może cię zabić.
Jestem kasjerem. Tak mnie nazywają. Rozdzielam.
Mam dwie księgi. Nikt nie może ich zobaczyć razem, bo dopiero razem mają sens.
Pierwsza to "wydatki rzeczowe". Symboliczne. 50 złotych za udział w posiedzeniu TRT. 100 złotych za tajny wykład w szkolnictwie teatralnym. 200 złotych za audycję poetycką w mieszkaniu na Mokotowskiej, gdzie recytuje się Słowackiego szeptem, żeby sąsiedzi nie usłyszeli. Płacę pisarzom za sztuki, które nigdy nie będą wystawione. Płacę architektom za plany odbudowy teatrów, które jeszcze stoją, ale już wiemy, że spłoną. Płacę za nagrody w konkursach dramatycznych, w których nikt nie odbiera nagrody osobiście.
Druga księga to "opieka społeczna". To jest prawdziwa. To są ludzie, którzy już nie grają.
Rodzina aresztowanego - zasiłek. Aktor w Pawiaku - paczka. Aktor w Oświęcimiu - pieniądze dla żony, żeby przeżyła do wiosny. Aktor ukrywający się, bo ma złe nazwisko, albo złą przeszłość polityczną - schronienie.
W tej księdze są nazwiska, których nie wolno zapisać. Irena Solska. Aleksander Zelwerowicz. Starzy, zasłużeni, za duzi, żeby ich nie zauważyć. Stefan Jaracz. Edmund Wierciński.
W sumie 139 osób. 139 kopert. 139 powodów, żeby cię rozstrzelali na podwórku przy Szucha, gdybyś zgubił listę.
I właśnie o tę listę chodzi.
Ktoś w Delegaturze zaczął pytać, skąd prywatne pieniądze. Bo TRT to nie tylko Delegatura. To też zbiórki. Lekarze, aptekarze, adwokaci. Ludzie, którzy mają jeszcze coś do stracenia. Dają, bo kiedyś Jaracz grał dla nich "Hamleta".
Jaracz umiera w Otwocku. Gruźlica gardła. Gardło aktora. Potrzebuje sanatorium. Dostaje 5 tysięcy miesięcznie. Najwięcej ze wszystkich. Pięć tysięcy. Tyle, ile cała dotacja w 1940 roku. Wożę mu to osobiście, pociągiem, w pudełku po proszkach od aptekarza z Marszałkowskiej, który dorzucił się do zbiórki. Za każdym razem myślę: czy konduktor wie, co wiezie?
Wczoraj na spotkaniu Korzeniewski powiedział, że gestapo pytało w Otwocku o "aktora co kaszle krwią i płaci gotówką".
Paranoja zaczyna się wtedy, gdy zdajesz sobie sprawę, że 30 tysięcy miesięcznie zostawia ślad. Nawet jeśli dzielisz je na 139 kopert. Ktoś liczy. Ktoś patrzy, kto nagle ma na chleb, choć oficjalnie nie pracuje od trzech lat.
Dziś rano dostałem kopertę bez nazwiska. Tylko kwota. I dopisek: "Sprawdź, czy wszyscy z listy jeszcze żyją".
Nie wiem, kto to napisał. Czy to rozkaz z góry, żeby zaktualizować księgę opieki społecznej? Czy to test? A może ktoś z tych 139 już sypie, żeby ratować siebie?
Siedzę teraz nad dwiema księgami. Za oknem godzina policyjna. I nagle rozumiem, że Tajna Rada Teatralna nie finansuje teatru. Ona finansuje ciszę. Płaci ludziom za to, żeby nie wyszli na scenę dla Niemców. A każda cisza ma swoją cenę.
I boję się, że ktoś właśnie wystawił rachunek.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)