8 sierpnia 2004 roku. Godzina 21.30
Szpital. Żaluzje w oknach, jak przez więzienne kraty wpuszczają światło, nieco rozjaśniając strefę cienia. Magda leży w łóżku. Zapach butwiejącej bielizny, jak deja vu, oznaka, że wszelkie poznanie jest tylko przypomnieniem. Nawet we wspomnieniach nie chce wrócić do smrodu lat osiemdziesiątych. W ręku trzyma pilota. Na stoliku, pozostałości po znienawidzonych czasach i odrażającej estetyce, numer „Newswe-eka" z zakreślonym artykułem. W stanie wojennym trzysta tysięcy ludzi miało uczcić na Powązkach pamięć bohaterów Powstania Warszawskiego. Włącza telewizor. Traci niebiański spokój. Migawki z okresu stanu wojennego. Tłum ludzi wycofujący się pod naporem zomowców. Potem wojskowy samochód ciężarowy Star wjeżdżający na samotnie stojącą na placu osobę. Nieuniknione skojarzenie z placem w Pekinie. Zawsze ta sama scena jest bez komentarza. Lektor nie mówi czy osoba przeżyła. Zdjęcia sugerują, że nie. Filmujący scenę kamerzysta umiejscowiony gdzieś w oknie budynku. Mógłby nim być ubek dokumentujący manifestację, opozycjonista lub jeden z zagranicznych dziennikarzy, jakich w owym czasie pełno było w Polsce. Jakość zdjęć świadczy jednak o braku profesjonalizmu. Magda patrzy na filmowy zapis i jakby rozmawiała z ofiarą wypadku, jakby przeszłość wracała. Płyną łzy po policzkach, choć jest w tym wieku, kiedy wspomnienia sprawiają mniejszy ból niż teraźniejszość. Chce złapać oddech, coś powiedzieć. Rusza wargami, ale to tylko niezrozumiały szelest. Pielęgniarka patrzy na kobietę, chce odczytać coś z tego ruchu. Wyjmuje z jej rąk pilota i przełącza na inny program. Komercyjna stacja nadaje następne „Reality show". Kilka osób, przezmiesiące zamkniętych w jednym pomieszczeniu, podglądanych przez ukryte kamery. Magda czuje, jakby powróciła do rzeczywistości po długim okresie hibernacji.
1 sierpnia 1982 roku. Godzina 21.30
- Dzisiaj kończę pierwszego sierpnia osiemdziesiątego drugiego roku - powiedziała Magda. Tego dnia miedzy czwartą i piątą po południu, po południowej stronie nieba, na gwiazdozbiorze Lwa widać było setki Leonidów, płonących w atmosferze meteorów. Mieli po dwadzieścia parę lat, to w tym wieku ludzie się żenią, wybierają zawód, rodzą dzieci, decydują o całym swoim życiu w momencie, kiedy o nim nie wie się prawie nic. Pili bimber, który pomagał zniwelować stres, jaki wywołuje zamknięcie w piwnicy. W czwórkę przy kolacji, spożywali w bezmięsny poniedziałek, bez litości dla od dawna nie leczonych zębów, jak to mówią, wołowinę bez kości, miesięczny przydział kartkowy ośmiu osób, traktując to jako aktywną formę protestu. Rocznik 56, udany rocznik, dający ludzi o zdrowych wątrobach, skorych do poświęceń, z lekką nutką dekadencji. Matki z jakąś strategią wstrzymywały się by wydać właśnie te roczniki. Magda, na tle suszonej bielizny, jadła ukradkiem, żeby nikt się jej nie przyglądał podczas tej nieape-tycznej czynności. Bolał ją w żołądku nie strawiony kotlet.
Wiedziała, że nie jest to najzdrowsze pożywienie, przychylała się do poglądu, że powinna jeść ziemię, ziemia jest pierwszym ogniwem w łańcuchu pokarmowym - im sięgasz do coraz to dalszych, to zatruwasz się coraz większą ilością toksyn. Mówiła, że już najbardziej niebezpieczne jest jedzenie drapieżników i tych zwierząt, które skarmiane są innymi zwierzętami a przecież teraz podaje się mączkę kostną we wszystkich pegeerach. Z tego pojawi się jakaś choroba dla całej ludzkości. „Człowiek jest stworzony do jedzenia roślin, przecież uzębienie ma jak ro-ślinożerca do przeżuwania, długi przewód pokarmowy, dzięki któremu może strawić każdą roślinę a ten sam przewód jest zabójczy, gdy się je mięso, bo długie trawienie to czas na odłożenie wszystkich toksyn zebranych z całego ciągu łańcucha" -mówiła. Poza tym nie chciała dotykać kartek żywnościowych, bo one dawały jej te pieprzone uczulenie.
W latach przed stanem wojennym w domku letniskowym nikt nie mieszkał, przychodzili tu tylko ludzie, co to go sobie chwilowo przywłaszczali, wypisywali napisy, sikali na ściany, kochali się. Z piwnicy, strefy zimna betonowych bloczków i zapachu butwiejącej bielizny, można było wydostać się za potrzebą po wąskich schodkach (powodujących ból kręgosłupa), zakończonych metalową klapą, od zewnątrz zamaskowywaną poprzez każdorazowo układany parkiet i roje much. Mimo, iż nawykli do stosowania innych miar niż całe społeczeństwo to musieli głęboko skrywać niedogodności stanu wojennego. Dodatkowo najdłużej przesypiając z nadzieją, że gdy obudzi ich ssanie w żołądku to nastąpi jakaś zmiana w trybie życia. Chętnie braliby pastylki nasenne, po których budzisz się raz w tygodniu i stajesz się odporny na odważnie powracające w to samo miejsce, po części oswojone, lekko pijane muchy, a przede wszystkim rośniesz. Puchnęli na potęgę, gdy kartki na mięsoi cukier spływały jako dary dla walczącego podziemia i sierpniowego wysypu owadów. Zofia bała się o siebie i współtowarzyszy. Kończyła zootechnikę i czytała, że u zwierząt na stałe zamkniętych, brak możliwości zdobywania pokarmu prowadzi do powstania choroby niewolniczej. Na przykład drapieżnym ptakom nie podawało się granulatów i produktów paszowych tylko szczury, świerszcze i myszy, by zdobywanie pokarmu wymagało wysiłku. Choć naukowa ostrożność powoduje, że większość badaczy powstrzymuje się przed wyciąganiem wniosków na temat ludzi, na podstawie wiedzy o innych zwierzętach, to przecież nawet w więzieniach amerykańskich o szczególnym rygorze, jak Alcatraz, system zniewalania ludzipolegał na pozbawianiu więźniów pracy i jakiegokolwiek wysiłku oraz dawaniu, jak największej ilości dobrych posiłków tak by psychicznie i fizycznie nie byli zdolni do ucieczki i jakiejkolwiek większej aktywności, także po wyjściu z więzienia. Więźniowie najpierw tego nienawidzili, potem się do tego.przyzwyczajali a na końcu nie mogli bez tego żyć. Swoje teorie rozciągała na całe społeczeństwa, choć nawet idee naukowesą w ostateczności narzędziami obcowania z przypadkowym doświadczeniem. A jeżeli chodzi o podziemie polityczne to wierzyła w spisek junty wojskowej, która sprowadzając związkowców do piwnic i starając się, by mieli łatwy dostęp do kartek żywnościowych, chciała w ten sposób wyeliminować ze sceny politycznej. Z drugiej strony ten łatwy dostęp do kartek żywnościowych sprawiał satysfakcje bycia VIP-em, bo ważny był status członka grupy społecznej, która jako pierwsza jest w kolejce reglamentacyjnej i chleb może smarować masłem, i obkładać wędlinami z obu stron.
Stres powodował senność i pustkę w żołądku, systematycznie usuwane. Magda porównywała się do tych zwierząt,które mogą spać przez dwadzieścia jeden godzin na dobę, potem polują przez dwie i jedzą przez jedną. Twarze stawały się szare niczym betonowe bloczki, z których skonstruowane było ich schronienie, a gdyby zaczęły im wyrastać skrzydełka, rzekłbyś - wrastają w otoczenie. Ogarniał ich syndrom choroby, charakterystyczny dla wszystkich pracujących w podziemiu, a przez lekarzy zwany „piwnicznym smutkiem" lub „smutkiembetonowych bloczków". Domek letniskowy znajdował się na terenie zapomnianych działek pracowniczych, które dotąd byłyjedynie schronieniem dla gejsz z kraju kwitnącego ziemniaka, stróża cztero-gwiazdkowego idioty, o twarzy zresocjalizowane-go seryjnego mordercy, niedzielnych kochanków i dobrze zakonserwowanej Blondyny, nie na tyle jednak żeby się jeszcze mogła puścić. Blondyna miała ciało lekko zdeformowane, kiedyś brała udział w wypadku samochodowym, ledwo przeżyła i pozostał jej nawyk sprawdzania na podręcznym lusterku, czy przykładając sobie do ust pozostaje na nim para wodna, oznaka,że jeszcze żyje. Powiedziałbyś, przykładanie do ust miała we krwi. Żywiła się alkoholem i nie przyjmowała innych pokarmów, bo zaraz wymiotowała. Używała mocnego makijażu, także czasami przypominała aktorkę z teatru kabuki. Dalej rozpościerał się widok na pola ze swoimi strachami na wróble, dzięki którym dowiadywałeś się czegoś o chłopskiej bojaźni i małemiasteczko, na tyle, że strachy docierały aż po sam rynek, zamieszkały przez przedsiębiorczych rodaków, nie tłukących butelek, tylko zamieniających na następne, pełne.



Komentarze
Pokaż komentarze