30 obserwujących
2025 notek
504k odsłony
60 odsłon

Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się – na próbę. (JPII)

Wykop Skomentuj

Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się – na próbę. (JPII) 


Motylkowy szpital


Oczekiwania nasze w stosunku do kina są znacznie większe niż jego możliwości. Nie da odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące naszych problemów. Może jednak zmienić ich postrzeganie. Dlaczego tak się stało? Czy mogliśmy temu zapobiec? Pytają rodzice nieprzygotowani, zaskoczeni przerwanym oczekiwaniem, chorobą czy śmiercią dziecka. Często spotykają się ze społecznym brakiem przyzwolenia na przeżywanie żałoby. Zmagają się po stracie, chcą wyrazić to co czują, podzielić się bólem, nawet jeżeli jest to filmowiec i jego kamera.


Niezwykłym, emocjonalnym świadectwem, wzruszającą, wymagającą wielkiej cierpliwości i delikatności przy realizacji, opowieścią o osobistych przeżyciach stał się film kilkunastoletniego chłopca, ucznia drugiej klasy liceum Mateusza Buławy, "Motylkowy szpital", wyróżniony na festiwalu filmów młodzieżowych.


Początkowo miał to być obraz o niezwykłym kapelanie dziecięcego szpitala onkologicznego, jednak tak jak przy wielu realizacjach dokumentalnych zastana rzeczywistość sprawia, że twórcy dokonują nowych wyborów. Ksiądz i jego pełna poświecenia praca schodzi na plan dalszy. Zainteresowanie twórcy skierowane zostaje ku małym pacjentom. Rozpoczyna się równoległa opowieść o dwóch chorych dzieciach, z których tylko jedno wychodzi zwycięsko z walki z rakiem.


 Tak mówi reżyser: ” Poprosił mnie tata Oskara, chłopca, który nie widział i nie mówił, bym towarzyszył im z kamerą w przygotowaniach do Pierwszej Komunii Świętej, udzielanej przez księdza Darka. Zyskałem niezwykle bliskie relacje z ludźmi, którym towarzyszyłem miesiącami. Oprócz Oskara pojawił się drugi, kontrastowy bohater, Mikołaj. Jeden w niezwykle ciężkim stanie, drugi pełen życia. I w ten sposób powstała historia codzienności oddziału szpitalnego, gdzie dramatyzm spotyka się z niezwykłym ciepłem ludzi, tragedia przeplata się z nieskończonymi pokładami miłości rodziców. Gdzie nie ma łatwych happy endów. Jeśli w ogóle są...”



Mateusz twierdzi, że ma tak „przepracowany” ten temat, że staje się on niemal jego obsesją. Nie wie też, czy nie przekroczył jakichś barier intymności. Jego wrażliwość widać na filmie, ale czy ludzie chcą oglądać filmy o cierpieniu?


„Pierwszy raz na oddziale pojawiłem się we wrześniu 2012 roku. Ks Darek nie uprzedzając mnie zabrał mnie na czwarte piętro "Jurasza". Sam obawiałem się swojej reakcji na widok tego miejsca. Nie byłem pewien co tam zobaczę i czy widok dzieci pozbawionych włosów oraz fizycznie wycieńczonych, nie będzie dla mnie bolesny. Zdziwiło mnie to , że każdej napotkanej osobie ksiądz tłumaczył po co tu jestem i jaki cel ma mój filmowy projekt. W szpitalu każdy lekarz, pielęgniarka czy ksiądz stara się stworzyć poczucie bycia w drugim domu. Nawet korytarze są ozdobione malunkami po to by nie przypominać oddziału onkologii. Czwarte piętro jest miejscem gdzie trafiają osoby na diagnostykę i które nie wiedzą jeszcze na co i czy w ogóle są chore. Ksiądz zabrał mnie też na trzecie piętro gdzie dzieci otrzymują chemioterapię. Jest to zdecydowanie spokojniejsze miejsce niż oddział piętro wyżej. Wśród pacjentów są małe dzieci ale też osoby które mają już ponad osiemnaście lat. Zdziwiło mnie to, że zobaczyłem w tym miejscu tyle życia, wprawdzie część pacjentów przypięta jest do stojaka pełnego kroplówek ale jednak co chwilę ktoś krąży po oddziale. Pierwsza wizyta pozwoliła mi poczynić pewne założenia do filmu a mnie samego napełniła dziwnym uczuciem spełnienia i radości. Wychodząc ze szpitala byłem napełniony nadzieją , że następne miesiące będą niezwykłe a mój projekt odniesie sukces. „



Choć według mnie powinien ubiegać się o miano najlepszego filmu festiwalu, projekt Mateusza odniósł duży sukces nawet jeżeli otrzymał „tylko” specjalne wyróżnienie . Nakręcony obraz, niosący ze sobą wartości również poza filmowe, udowodnił dużą świadomość i dojrzałość realizatorską.



.....

image


Jasna świadomość śmierci jest wymiarem radości życia. / Max Fischer/


„Mam 34 lata. Ważę 56 kg przy wzroście 171 cm. Urodziłam pięć lat temu przez cięcie cesarskie chłopczyka. Od kilkudziesięciu godzin mam raka."


Tak zaczynała swoją opowieść dwuletniego zmagania się z rakiem znana w całej blogosferze „Chustka” działaczka kampanii Rak’n’roll: „zbierania na cycki, nowe fryzury i dragi”. Matka kilkuletniego Giancarla oraz Nieżona swego ukochanego Niemęża. Pisała jakby na przekór, bo śmierć staje się dziś czymś wstydliwym, od której odcinamy się murami szpitalnymi, hospicjami, maskami tlenowymi, plątaniną kabli, ideologiami oświeconych. Jej blog przełamywał tabu związane z "upierdliwym towarzyszem podróży", nowotworem.


 Przypadkiem wpadła na kontrolne badania, by załatwić to szybko, bo zajęcia, bo weekend na Mazurach, może by jakąś pastylką szybko pozbyć się bólu brzucha. "Niepokój lekarza podczas badania USG sparaliżował mnie. Dalsze badania - przeraziły!"

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale