Kilka ostatnich dni spędziłem na dorocznym spotkaniu organizowanym przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych "WallStreet 2007", w tym czasie wydarzyło się kilka ciekawych politycznie rzeczy, zgodnie z regułą, że gdy wydaje się, że już nic głupszego "...."* polityczne nie mogą wymyśleć, to jednak wymyślają.
Tymczasem zdarzyła się inna rzecz podobnej klasy jak tropienie czerwonych torebek u fioletowych stworków, łapanie lekarzy jako "myślozbrodniarzy" itp.
Otóż wiceminister Ireneusz Dąbrowski (doktor nauk ekonomicznych) okazał się wyjątkowo szczodry w podziale zysku spółki KGHM za 2006 rok i wypłacie dywidendy.
Uznał, że całość (a nawet więcej) wypracowanego zysku należy się akcjonariuszom. KGHM zarobił 3 395 130 230, 53 zł. Spółka ma 200 mln akcji, czyli z prostej matematyki wynika, że na akcję przypada 16,97565115265 zł.
Wiceminister uczony w szkole matematyki uznał, że wystarczy zaokrąglić całą kwotę do 16,98 zł. Tym samym okazało się, że spółka musi wypłacić więcej niż zarobiła o marne 869 769.47 zł. W sumie to tak drobna kwota, że nie ma się co nią przejmować.
Szczodrość miła. Niestety wygląda na to, że kariera pana ministra będzie już wyłącznie polityczna. Nie sądze by jakaś spółka prywatna w przyszłości zdecydowała się na tego rodzaju specjalistę.
* miało się tam znaleźć słowo "elity". Niestety jakoś mi nie pasuje do definicji.
PS. Wydarzenie zasługuje na to, by znaleźć się w zestawie bzdur związanych z naszym rodzimym rynkiem finansowym, które prowadzę od kilku lat


Komentarze
Pokaż komentarze (11)