Kibice ŁKS-u pod bramą w Wodzisławiu / zpierwszejpilki.pl
Kibice ŁKS-u pod bramą w Wodzisławiu / zpierwszejpilki.pl
kbls kbls
471
BLOG

Poświęcenie

kbls kbls Rozmaitości Obserwuj notkę 1

Tekst powstał dla portalu zpierwszejpilki.pl

Ile jesteś w stanie poświęcić by obejrzeć mecz ukochanej drużyny? Kto będzie wraz ze swoim klubem zawsze i wszędzie, niezależnie od pogody, terminu, czy konformistycznej presji środowiska? Czy rządowy zakaz potrafi złamać fanatyka? Donald Tusk i jego świta, PZPN oraz policja zadecydowali się zabronić uczestniczenia w widowisku sportowym grupom kibiców gości. Łamiąc konstytucyjne prawo do swobodnego poruszania się po obszarze RP, wychodząc naprzeciw prawdziwej armii ludzi zdeterminowanych by osiągnąć swój cel, tak prozaiczny i banalny, a jednak nabierający prawdziwie symbolicznego znaczenia walki z niesłusznymi decyzjami i zwyczajnym idiotyzmem. Kibice to jednak grupa silniejsza od handlarzy dopalaczami – nie ugina karku i nie klęka, zawsze mając swoje zdanie, zdanie, którego gotowa jest bronić aż do skutku.

Wyjazd do Wodzisławia Śląskiego wraz z fanatykami ŁKS-u mieliśmy w planach już około miesiąca temu, gdy zaczęła się na dobre polityczna rozgrywka z kibicami w roli głównej. Niejednokrotnie media opisują sympatyków jeżdżących za swoim klubem jako barbarzyńską hordę niszczącą wszystko co staje jej na drodze. Postanowiliśmy sprawdzić, czy obiegowa opinia nie jest jedynie kolejnym mitem wyolbrzymiającym i demonizującym piłkarskich fanów.

Transport i pierwsze problemy

Wszystko było już mniej więcej dopięte i zaplanowane, gdy kolaboracja rząd-policja-PZPN zapragnęła solidnie dopiec kibicom i załatwiła ogólnopolski zakaz uczestniczenia w meczach wyjazdowych zorganizowanych grup fanatyków gości. Skomplikowało to również moją sytuację – spodziewałem się bowiem, że bez żadnych problemów pojadę na mecz autokarem razem ze wszystkimi kibicami i w ten sposób opiszę od środka jak wygląda wędrówka po Polsce za ukochaną drużyną i przede wszystkim z jakimi problemami i trudnościami spotykają się fani podróżując na mecz. Przez chwilę wyjazd stanął pod znakiem zapytania, lecz osoby decyzyjne z ŁKS-u zarządziły, iż do Wodzisławia wybierzemy się niezorganizowaną grupą. Znalezienie transportu nie było wcale proste – wobec zakazu wyjazdowego i niepewności co do możliwości wejścia na stadion, niewielu śmiałków zdecydowało się wyruszyć na Śląsk. Na szczęście poprzez znajomego członka grupy UŁŁ, Piotrka, udało się znaleźć pewną i w miarę tanią furę do Wodzisławia. Przejazd pociągiem, który był przez moment rozważany trwałby około 24 godzin, w które zaliczylibyśmy aż sześć przesiadek (po trzy w każdą stronę). Wyjazd samochodowy jest więc wygodniejszy i na pewno ciekawszy niż pociągowa eskapada. 2/3 ekipy z mojego auta poznaję więc dopiero w sobotę w momencie wyjazdu – poza Piotrkiem, który jest moim wieloletnim znajomym jedzie ze mną dwóch innych fanatyków, którzy także wyraźnie przebijają mnie stażem na stadionach piłkarskich. Wyruszamy dość wcześnie, około godziny dziesiątej by wyminąć wszelkie roboty drogowe oraz ewentualne niebezpieczeństwa w postaci śląskiej policji, która samochody z Łodzi mogłaby zawracać z trasy. Objazd dość szerokim kolanem to jedno, a inna sprawa, iż wcześniejszy wyjazd był również związany z charakterem wycieczki – podziwianie widoków, postoje na kolejne „piwko”, czy żurek w przydrożnej knajpie – całość przeciągała się i ostatecznie do Wodzisławia dotarliśmy zaledwie półtorej godziny przed meczem. Kolejne odwiedziny w miejscowym sklepie oraz przegrupowanie się z docierającymi coraz liczniej łodzianami i możemy ruszać na stadion. – Podróż minęła spokojnie, ale tak jest zawsze. Kilka przystanków przy sklepach i na stacjach, przyjemna trasa – do Wodzisławia dotarliśmy w świetnych nastrojach. – komentuje Piotrek, jeden z ultrasów Łódzkiego Klubu Sportowego. Kto jak kto, ale on akurat wie co mówi. Wodzisław był jego jubileuszowym, czterdziestym wyjazdem. Ja ze swoimi pięcioma wyglądam blado.

You shall not pass.

Widzieliście kiedyś Gandalfa na moście w Morii, który zatrzymuje całą swoją potęgą rozszalałego Balroga? W Wodzisławiu w ochronie pracuje przynajmniej dwudziestu Gandalfów i ze trzy Gandalfki. Zachowajmy jednak chronologię wydarzeń – do meczu mamy coraz mniej czasu, pod stadionem jest nas już około 30-40 osób czas więc wejść wreszcie na sektory. W tym celu udajemy się kulturalnie do kas biletowych i… pierwsze gigantyczne zdziwienie oraz zniesmaczenie. Pani w kasie wprawdzie starała się być sympatyczną, ale słowa „ludziom z Łodzi nie możemy sprzedawać biletów” musiały zabrzmieć tragicznie, nawet wypowiadane w najdelikatniejszy sposób. Jak to? Dlaczego? Przecież to niezgodne z prawem, z konstytucją! Nie i koniec. Z drugiej strony ulicy pełno policji, część z nich cały czas filmuje nasze zachowanie, wobec czego wzajemnie ganimy się nawet za przeklinanie – znając gorliwość stróżów prawa wobec kibiców mandaty wiszą w powietrzu. Wobec nieugiętości pań z kas biletowych, podchodzimy porozmawiać z ochroną obiektu, która niestety potwierdza nasze najgorsze obawy – zalecenie policji jest takie, że ludzi z Łodzi i okolic na stadion wpuszczać nie wolno. – Próba kupna biletów na sektory gospodarzy się nie powiodła, choć niekiedy daje się w ten sposób ominąć zakazy. Najgorsze jest to, że jedynym rzekomym powodem było nasze miejsce zamieszkania. Nikt nie był w stanie nam zresztą wyjaśnić, jaki był właściwie motyw takiej decyzji. Nie mieliśmy na sobie ubrań mogących wskazywać na jakąkolwiek przynależność klubową, nie byliśmy też grupą zorganizowaną, bo wszyscy kibice z Łodzi dotarli na własną rękę. – ubolewa mój towarzysz podróży z UŁŁ. – Dziwna sytuacja, w sumie po raz pierwszy zdarzyło mi się, że nie chciano mnie wpuścić na mecz bez żadnego konkretnego powodu. – dodaje. Ja sam ruszam z kolei w wir wydarzeń typowo dziennikarsko, wiedząc, że pyskata bezczelność czasem przynosi największy efekt. Na widok dyktafonu wszyscy nabierają jednak wody w usta – wywiadów wobec tego wykonać się nie udało – policja odsyłała nas do swojego rzecznika, ochrona do kierownika do spraw bezpieczeństwa, kierownik ochrony do komendy wojewódzkiej policji. Wokół nas rozpętywała się coraz większa wrzawa, bowiem bramka wejściowa odrzucała już nawet fanów Odry spoza Wodzisławia. Na mecz nie udało się wejść również sympatykowi futbolu niezwiązanemu z ŁKS-em, który pochodził z… Warszawy. O ile bilet udało mu się kupić, zatrzymała go bezwzględna ochrona. W międzyczasie dociera do nas informacja, iż Odra prowadzi 1:0. Następuje także jedyny tego wieczór nieprzyjemny incydent, który mógł zakończyć się poważniejszymi konsekwencjami. Jeden z naszych kłócąc się z ochroną zostaje przez nich siłą odepchnięty, na co reaguje jeszcze większym oburzeniem – szef ochrony zaczyna nadawać przez swoje walkie-talkie coś o szczególnie agresywnym kibicu. Paranoja z każdą chwilą przekracza wszelkie możliwe granice absurdu.

Rozpoczęły się poważniejsze negocjacje – osoby decyzyjne rozmawiają z kumatymi ludźmi z Odry, zostaje nam również wręczone pismo z decyzją o zakazie wpuszczania łódzkich kibiców. - Fani Odry próbowali pomóc, ale byli bezsilni. Mimo wszystko to miły gest z ich strony, widać i czuć było, że bardzo zależy im, żebyśmy wszyscy razem znaleźli się na stadionie. – przedstawia ze swojej perspektywy Piotrek. Ja również robiłem co mogłem - zadzwoniłem do siedziby klubu pytając jakim prawem zakazuje się dziennikarzom spoza województwa prawa do wykonywania swojego zawodu – moim zadaniem była przecież relacja z trybun. Odpowiedź? Standardowa, to nie nasza decyzja, ubolewamy i jest nam przykro. Telefon do kierownika ds. bezpieczeństwa na stadionie Odry również nie przybliżył nas do rozwiązania problemu, podobnie zresztą jak rozmowa z policjantami. Wodzisławianie proponują nam swoje wejściówki, ale nawet z biletami nie mamy wstępu na stadion, odbijając się od ściany złożonej z ochrony. Tymczasem dociera wieść o tym, iż jest już 1:3, a nas omija jeden z lepszych meczów ŁKS-u w tym sezonie. Część z nas zrezygnowała wobec tego z dalszych prób przedostania się na stadion, pewien promil z kolei cudem przecisnął się przez bramkę i mecz obejrzał z wysokości trybun. Ja zaś wpadłem na kolejny fortel i spróbowałem użyć swojej stałej akredytacji na mecze ŁKS-u na stadionie przy al. Unii. Zgodnie z przewidywaniami nikt nie zauważył, że karnet jest wydany przez Łódzki Klub Sportowy i obowiązuje tylko na obiekcie tego ostatniego, byłem więc już o krok od wejścia na stadion. Kierownik ochrony zabrała mi moją akredytację i zniknęła na dwadzieścia minut, podczas których – wedle jej słów – rozpatrywali możliwość wejścia na trybuny. Ostatecznie niestety otrzymałem odmowę z argumentacją godną przedszkola, biorąc pod uwagę, iż moja akredytacja formalnie mogła mnie upoważnić jedynie do wejścia do Biedronki. „Nie zaanonsował pan odpowiednio wcześniej swojego przybycia, więc pańska akredytacja nie zyskała ważności”. Nigdy jej nie miała na Waszym stadionie, ale nie będę Was wyprowadzał z błędu, drodzy szefowie ochrony. Udałem się więc do pozostałych kibiców oglądających mecz spod bramy, skąd zresztą widok na boisko był wcale niezły. – Ja byłem tam już od dłuższej chwili, widoczność naprawdę nie była wcale taka zła. Oczywiście cały czas kręcili nas panowie z policji. Tutaj nachodzi też taka refleksja – czy nie szkoda pieniędzy podatników, by łódzka policja jechała 600 kilometrów po to by nagrać mieszkańców Łodzi stojących pod stadionem w Wodzisławiu? Na kibiców wydaje się mnóstwo pieniędzy, dla mnie o wiele za dużo. – przyznaje Piotrek, który mecz oglądał mniej więcej od dwudziestej minuty, podczas gdy ja wciąż walczyłem o wejście. Wynik, gdy doszedłem pod bramę? 5:1. Psiakrew.

Wszystkich trzeba sprawdzić

Zawiedzeni całą sytuacją obserwujemy mecz spod bram co jakiś czas akcentując swoją obecność krótkimi okrzykami „piłka nożna dla kibiców”, czy „jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz ŁKS gra”. Dopingu nie prowadzi zresztą także Odra, która przyłączyła się do ogólnopolskiego protestu. W przerwie udajemy się do sklepu Smudy, by po raz kolejny uzupełnić płyny, ja zaś ponadto postanawiam sprawdzić jakie zdanie o kibolach mają przypadkowi wodzisławianie spacerujący po sklepie oddalonym o 50 metrów od stadionu, na którym gra właśnie dwukrotny mistrz Polski, lider pierwszej ligi, z trzeciego co do liczby mieszkańców miasta w kraju. Odpowiedzi takie jak wszędzie, gdzie do tej pory miałem okazję prowadzić research. Dają się we znaki? A gdzie tam. Czuć w ogóle ich obecność? No widać, że sporo takich rozśpiewanych i roztańczonych, ale co to komu szkodzi. I nie obawia się pani, widząc tu nas dziesięciu drących się wniebogłosy, iż klubem Łodzi jest ŁKS? A skąd, lepiej jak macie taką pasję, niż jakbyście mieli tylko po osiedlach grasować bez celu. Panie ochroniarzu, czy nie obawia się pan, że splądrujemy Biedronkę? Skąd, przecież widzę, żeśta wesołe chłopy, ładną gotówkę w kasie zostawiacie, co my tu mamy się obawiać. Gdybym był prawdziwą dziennikarską hieną, byłbym naprawdę zawiedziony. Mimo, że nie wpuszczono przed momentem na stadion całkiem sporej grupy kibiców, absolutnie nikt nie czuje się zagrożony obecnością rozbrykanych fanatyków „na mieście”. Nawet podjeżdżająca do nas policja przymyka oko na rozstawione pod kołami samochodów butelki, prosi jedynie o spokój i dyskrecję. Generalnie słychać i czuć, że tak naprawdę wodzisławianie – może za wyjątkiem niespotykanie nieprzyjemnej kierownik ochrony – chcieliby nam pomóc, ale przez głupie zakazy zwyczajnie nie mogą. Wracamy pod stadion, gdzie nasz klub strzela już szóstego gola. Z trybun dochodzi do nas kilka okrzyków „ŁKS! ŁKS!”, świadczących o tym, iż niektórzy fani z Łodzi mimo wszystko znaleźli dobrą drogę na sektory. – Przed stadionem było trochę plakatów z hasłem przewodnim „piłkarskie święto”. To miała być promocja meczu z nami, ja jednak tej świątecznej atmosfery jakoś nie mogłem poczuć, nie było głośnych śpiewów, cały czas obserwowały nas policyjne kamery. To nie jest klimat, który może przyciągnąć na stadion nowych kibiców. – podsumowuje Piotrek.

Po końcowym gwizdku na ładny gest zdobyli się łódzcy piłkarze. Cała ekipa wybrała się pod bramy stadionu w miejsce gdzie stała nasza grupa akcentując co jakiś czas swoją obecność głośnymi okrzykami. Piłkarze doceniają wyjazdowiczów, bowiem często to dzięki ich wsparciu odnajdują siłę na niegościnnym, obcym terenie. Tak było i tym razem, gdy przybili z nami piątki i podziękowali, że mimo wszelkich trudności udało nam się dotrzeć na ich spotkanie. Z oczywistych względów, doping nie dodawał im skrzydeł, jednak świadomość, że mają dla kogo grać na pewno dodawała im otuchy i siły na strzelanie kolejnych goli. My tuż po tym jeszcze raz zahaczamy Biedronkę po raz kolejny uzupełniając zapasy soku z Gumijagód i innych specyfików i wracamy w długą drogę do domu. Czas podróży znacznie wydłużył przystanek w Tychach – kibice z tego śląskiego miasta to nasza zgoda, a jeden z nich wspomagał nas w Wodzisławiu. Ów delikwent ma na swoim koncie niemal trzydzieści wyjazdów w ŁKS-em i kolejne dziesiątki na swój GKS Tychy. Zapakowaliśmy się w fury i – podobnie jak w stronę Śląska – wyruszyliśmy w rozsypce w kierunku Łodzi. My podróżowaliśmy w 9 osób dwoma autami, pierwszy postój planując właśnie w „Mieście Sypialni”. 

„Nie wiem czy to się nadaje do pisania”

Postój w Tychach dla mnie był czymś nowym i do tej pory nieznanym. Co prawda słyszałem niezliczone historie o zgodowych imprezach, gdzie zaprzyjaźnione grupy kibiców do rana „umacniały więzy przyjaźni”, lecz nigdy nie miałem okazji w czymś takim uczestniczyć. O tym ile znaczy międzymiastowa i międzyklubowa sympatia przekonaliśmy się już w momencie wysiadania z auta. „Łódzki ŁKS, Tyski GKS, nasza zgoda najlepsza w Polsce jest!” – powitaliśmy w swoim stylu tyszan, którzy natychmiast dołączyli do nas i zaczęli słynne „goszczenie”. Kebab, kolejny sklep osiedlowy, następne browary i wszędobylscy mieszkańcy tego uroczego miejsca poklepujący po plecach i zapewniający, iż „klubem Łodzi jest ŁKS!”. – O Tychach? No co ja ma Ci powiedzieć o Tychach, bardzo miło wspominam i zawsze z przyjemnością tu wracam, a szczegóły nie nadają się do napisania na poważnym serwisie. – skomentował Piotrek, dając jednocześnie odpowiednią wizję o tym, jak spędziliśmy pracowite sześćdziesiąt minut w mieście zdominowanym przez GKS. Niewątpliwym hitem wyprawy była rozmowa z właścicielem baru z kebabem, który okazał się być zagorzałym fanem… Fenerbahce Stambuł. Po krótkiej wymianie poglądów na tematy kibicowskie wróciliśmy do samochodów. Wszystko co dobre, kiedyś się jednak kończy, więc zostawiliśmy zgodowicza w Tychach, niemalże siłą wyrwaliśmy chłopaków ze sklepu i ruszyliśmy do Łodzi. Zapakowany już jako jedynak na tylnim siedzeniu, przymknąłem na parę godzin oko, by obudzić się już obok Centrum Zdrowia Matki Polki

Tysiące kilometrów za Tobą przejechane, czasem tylko po to by zobaczyć główną bramę

Czy rząd, policja i PZPN wygrali z kibicami? Właściwie nie mnie oceniać, lecz jeśli na chwilę mogę zdobyć się na dziennikarski obiektywizm w miejsce kibicowskich emocji – nie, nie wygrali. Mimo, iż widziałem tylko jedną z dziewięciu bramek, mimo iż całość konkretnie uderzyła mnie po kieszeni, mimo iż nie widzieliśmy całej lewej strony boiska – pojechaliśmy wspierać ŁKS i to nam się udało. Chwile przeżyte w Tychach, czy w tej nieszczęsnej Biedronce, ten tani żurek, czy zeschłe chipsy to rzeczy, których nigdy nie zrozumie żaden policjant, polityk, czy obserwator PZPN-u. - Zaliczyłem jubileuszowy 40 wyjazd na mecz ŁKS-u. Czy było warto? Oczywiście, że tak, bo przecież najważniejsza jest świadomość, że nawet pomimo wielu przeciwności jest się tam gdzie gra ukochany klub! – ja zaliczyłem wyjazd numer pięć. Tak, było warto.


Przygotował Jakub Olkiewicz

kbls
O mnie kbls

Bez wątpienia rozkochany w Łodzi i futbolu, coraz mocniej wierzący w możliwość przemian, zlokalizowany i zadeklarowany na prawym skrzydle. Popisujący dla różnorakich portali, studiujący, niepalący.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości