Żeby być na bieżąco w kwestii stanu umysłów, czytuję rozmaite opracowania dotyczace sporu politycznego publikowane w Polsce i za granicą i zaintereoswał mnie zbiór tekstów opublikowanych pod egidą stowarzyszenia Inkubator Umowy Społecznej (IUS).
Pierwszy rozdział ksiązki zatytułowany jest "Rzeczposplita naszych marzeń" rozpoczyna się konsekwentnie od często zgłaszanego postulatu "Wyobraźmy sobie nową, lepszą Polskę!" I dają upust swojej wyboraźni.
Co jest zdaniem autorów złego w obecnej Polsce ?
W Polsce trwa wojna polsko-polska, stwierdzają, i zagraża ona państwu polskiemu. Od razu widać mistyfikację. Jeżeli mamy dwa obiekty, z których jeden jest określany jako ":polski" i drugi określany jako "polski" to są to obiekty identyczne o identycznej tożasmości, co wyklucza jakąkolwiek różnicę i konflikt między obiektami, bo "polski"= "polski" tak jak 100=100.
Jezeli więc ktoś mówi o wojnie polsko-polskiej to dokonuje mistyfikacji, której celem jest zamazanie prawdziwej natury konfliktu, który rzeczywiście ma miejsce.
Za chwilę autorzy i tak odkryją karty i i zaprzeczą tej tezie wskazując na "różnice między Polakami". Ale jak ustaliliśmy wyżej jest to sprzeczność, bo konflikt oznacza, że jeden obiekt jest polski a drugi niepolski. Stwierdzenie, że Polacy są "różni" jest nieprawdziwe. Prawdziwe jest twierdzenie że "ludzie są różni", podczas gdy kategoria "Polacy" odnosi się do obiektów tożsamych a nie różnych.. Tu nie mówimy o szerokiej kategorii "ludzi", lecz o zawężonej do wspólnej tożsamości kategorii "Polacy".
Przejdżmy teraz do kwesti wizji nowej, lepszej Polski. Tu pojawia się kolejny problem z ową lepszą Polską. Można też przypomnieć powiedzenie, że lepsze jest wrogiem dobrego..
Hola, stop, panowie. To tak jakby dyskutować o nowych, lepszych szatach króla, ignorując fakt, że jest on nagi i dlaczego nagi. Lepszą Polskę ? Lepszą od czego ? I tu żeśmy przyłapali autorów..
Widać wiec już na samym początku wyraźny brak autentycznej dobrej woli. To przekonanie pogłębia się, gdy autorzy przechodzą do listy tych, którzy występowali z postulatami takiej nowej lepszej Polski i tu wymieniają Platformę Obywatelską a potem nagle twierdzą, że w kontrze do Plaformy pojawił się ruch Palikota.
W kontrze do Platformy ? Proszę mnie nie rozśmieszać, o jakiej kontrze tu mowa, to wprost przeciwnie, chodziło o powiększenie postkomunistycznego elektoratu Platformy o środowiska bardziej radykalne, które mógł przyciągnąć Palikot, a który mógł odstraszać bardziej konserwatywnych zwolenników Platformy, gdyby taka integracja przebiegała pod wspólnym parasolem Platformy. Trzeba więc było powołać przybudówkę. Jedną z wielu kolejnych, jak Nowoczesna, Hołownia.
Od razu widzimy tu ukryte intencje autorów ksiązki, bo o naiwność polityczną nie śmiałbym ich posądzać.
I dalej w tym samym guście, autorzy wymieniają inne pseudoinicjatywy polityczne, ktore mogłyby wzmocnić czy poszerzyć antypisowską platformę działania. Autorzy narzekają, że pomimo takich szczytnych haseł, niewiele się w polskiej polityce poprawia. Dlaczego ich zdaniem się nie poprawia? No i tu autorzy nie mogą wykroczyć poza banał - bo liderzy są egocentryczni. "Gigantyczne pokłady egocentryzmu" to jest ten czynnik, który odkrywają autorzy, akademicy i intelektualiści, i to ma służyć za wyjasnienie. Takie swoiste podejście do socjologii. Widać, że Inkubator to stowarzyszenie zdominowane przez prawników.
Ten egocentryzm ma się objawiać w demonstrowanej przez polityków, zdaniem autorów, postawie "Zrobię to lepiej". Odkąd jednak chęć zrobienia czegoś lepiej miałaby być politycznym grzechem ? Ale tu, ich zdaniem, nie chodzi o to by "coś zrobić lepiej", lecz "jak to zrobić”, czyli, ich zdaniem, problem leży głębiej, w strukturze ustrojowej Polski, która pomimo wielu osiągnięć. z tego właśnie powodu generuje konflikty. Problem, ich zdaniem, nie leży w kwestii poszczegó«lnych celów polityki lecz w tym, w jaki sposób będziemy wspólnie podejmować decyzje. Dochodzą więc autorzy do stwierdzenia systemowej przeszkody, ale nadal nie dokonują analizy realnych stosunków społecznych, zatrzymując się na abstrakcyjnej strukturze ustrojowej.
Autorzy stwierdzają, że o tym aspekcie demokratycznych reform politycznych mówiono niewiele, a - i tu może być pewne zaskoczenie - najszerzej wypowiadał się w tej kwestii Jarosław Kaczyński, jednak i tu takie nieprawomyślne stwierdzenie skontrować należy innym twierdzeniem, że czynił to w sposób nader ogolnikowy i skłaniający polskich jak i zagranicznych badaczy prawa i polityki do uznania, iż celem polityki PIS jest wprowadzenie miękkiego autorytaryzmu.
Jak państwo widzą, zaczyna się ekwilibrystyka.
Mamy oto tym sposobem paru kandydatów na winowajców polskich problemów:
1.egocentryzm polityków, wyrażający się w postawie "ja zrobię to lepiej"
2. wada strukturalna polskiego ustroju polegająca na jakimś niewłaściwym trybie podejmowania wspólnych decyzji
3. za trzeciego winnego można uznać dość mgliście określony cel PISu: wprowadzenie miękkiego autorytaryzmu
Za chwilę jednak okaże się, że autorzy znajdą lepszego kandydata na winowajcę, bowiem "problem jest w nas - Polkach i Polakach! Mówiąc inaczej, słabością naszego ustroju jest nie to, jak radzi on sobie (bądź nie) z przywarami polityków, tylko to, jak radzi sobie (a raczj nie radzi sobie) z nami - wyborcami! "
Problem polega na tym, że " jesteśmy różni. Polki i Polacy są narodem bardzo zróżnicowanym, co więcej, zróżnicowanym w sposób wyjątkowo podstępny, bo niewidoczny." I w ten oto sposób wrócliliśmy do opisanej wyżej mistyfikacji z kategoriami tożsamości/nietożsamości.
Niewidoczny dla nas biednych małych żuczków. Ale nasi akademicy i intelektualiści, wiadomo z której setki rankingu, wyposazeni w mędrca szkiełko i oko nie tylko takie niewidoczne rzeczy potrafią wykrywać.
Zdaniem autorów w takich krajach, ja USA, Szwajcaria czy RFN, w których różnice są widoczne gołym okiem, obywatele nauczyli się nimi "zarządzać". My tu w Polsce zarządzać nimi nie umiemy, bo są niewidoczne i tu przedstawię mój osobisty, a nie autorów wniosek, że skoro nie potrafimy tym zarządzać, to zgodnie z przekonaniem sąsiadów ze wschodu i zachodu wymagamy zarządzania przez nacje o większej kulturze politycznej.
I tu zróbmy małą dygresję,
Jak widzimy pojawiło się, nie bez przyczyny, magiczne słówko "zarządzać", "zarząd" a najlepiej " za-rząd". I już wiadomo, że Polsce nie jest potrzebny rząd, która to teza ma dość długą tradycję z czasów I RP wyrażającą się frazą "Polska nie rządem stoi". Polsce wedle tej wizji potrzebny jest "za-rząd" i do tej funkcji wyznaczony został Donald Tusk, który jak nikt inny nadaje się do "zarządzania" bo rządzić, co udowodnił, nie potrafi. I taka właśnie rola jest przeznaczona dla Polski w niemieckim schemacie federalizacji Europy, zapośredniczonej tezą o konieczności dalszej integracji europejskiej..
Jak widać mamy wyraźną werbalizację i rewitalizacją importowanej do Polski starej tezy o Polakach nie potrafiących zarządzać sobą, w związku z czym trzeba im zarzadzanie zorganizować za nich, za rząd. Zawsze znajdzie się jakiś Starszy Brat czy Wielki Brat, który łaskawie zgodzi się nami, niedołęgami, Irokezami Europy, zarządzać.
Tego rodzaju propaganda robiąca z Polaków niedołęgów wymagających troski mocarstw ościennych jest celowo wzmacniana przez propagandę prounijną, która głosi, że bez dotacji unijnych nie dalibyśmy sobie rady, co dosyć głośno jest podnoszone przy okazji środków z KPO. Środki z UE są wprawdzie przydatne, ale ich udział w polskim PKB jest mało istotny, czego zresztą dowodzi to, jak dobrze radzi sobie rząd bez owych mitycznych środków z KPO.
Ale wróćmy do przerwanego wątku "różnic".
Skąd te różnice się wzięły ?
Pochodzą one, zdaniem autorów, z przeszłości, z nieumiejętności zarządzania różnorodnoscią, która przejawiła się już w I RP, co doprowadziło do jej upadku. I te różnice pogłębiły się wskutek rozczłonkowania Polski na trzy zabory, kazdy o innej państwowej kulturze politycznej. A po II wś doszły do tego przesiedlenia powodujące kolejne różnice.
Ta teza o różnicach między Polakami, różnicach wyjątkowych, a do tego niewidocznych, jest więc niesłychanie podejrzana, więc piłujmy ją dalej. Pojawia się zaraz pytanie, jak owe niewidoczne różnice generują niezwykle wysoki poziom emocji, kłamstw i nienawiści. Jeżeli sprawiają to różnice, to, zamiast je pielęgnować i wynosić na piedestał, należy je, jako szkodliwe, eliminować.
Autorom nie wpadnie jednak do głowy, że tego rodzaju różnice należy likwidować w procesie integracji, a nie nimi "zarządzać" by je utrzymywać. Bo to by było niezgodne z obowiązującą politpoprawnością.
I tu widać fałsz analiz, które stały się podstawą do formułowania projektu IUS. Opieranie całej konstrukcji projektu na tak wątłych i wątpliwych założeniach jest teoretycznym i praktycznym nieporozumieniem, co czyni dalsze rozważania bezprzedmiotowymi.
Sprawdżmy jednak czy mój zarzut o chęć pielęgnowania różnic, niezależnie od tego czy są one funkcjonalne czy dysfunkcjonalne, jest zasadny czy nie.
Jeżeli odwołamy się do teorii ewolucji i teorii gier, to wynika z nich teza o priorytecie interesu grupy nad prywatnymi interesami jednostek, bo tylko grupa zapewnia możliwośc biologicznego przetrwania. Z tej tezy wynika przewaga interesu wspólnoty nad interesami partykularnymi. Zatem postulat jedności wydaje się bezkonkurencyjny. Ale skonkretyzujmy kwestie jednosci. Jedność polityczna wyraża jednolitą naturę danej zbiorowości, wyrażającą się we wspólnym języku i bazującej na nim kulturze.
Jeżeli przyjmiemy, za autorami, że różne części Polski różnią się co do natury tożsamości, to proponowana jedność mimo różnic, jest absurdem nie mającym żadnego uzasadnienia. Jedność wynika bowiem z tożsamości, a nie z różnic.
Są kraje, jak Szwajcaria czy USA, w których występuje jedność polityczna pomimo różnic kulturowych, ale wynika to z ich historii. Bowiem motywem jednosci Szwajcarów było zagrożenie górali ze strony ościennych mocarstw jak Niemcy, Francja czy Austria, które przeważyło nad różnicami. A w USA głównym motywem było zagospodarowanie nowych terenów w warunkach wolności i braku realnej konkurencji.
W przypadku Polski nie mamy do czynienia z różnicami funkcjonalnymi, tożsamościowymi jak język czy odrębności kulturowe w poszczególnych kantonach szwajcarskich, co pokazuje patriotyzm Kaszubów. W Polsce różnice mają charakter wtórny, ideologiczny, dysfunkcjonalny, na co wskazują sami autorzy nawiązując do różnic wymuszonych przez politykę zaborców. Czy chęć pielęgnowania różnic powstałych w wyniku polityki prowadzonej przez zaborców jak np. powstanie antypolskiej warstwy komuny po r. 1945 można uznać za racjonalną ?
Spróbujmy jednak przejść do diagnozy jaką stawiają autorzy.
Wychodząc od tezy o niezbywalnej różnorodności, przywołują mapki preferencji wyborczych by skonstatować istnienie głębokich różnic aksjologicznych i ideologicznych między progresywną Polską północno-zachodnią a konserwatywną Polską południowo-wschodnią. Te różnice powodują najrozmaitsze kontrowersje, które uniemożliwiają efektywne dzialanie państwa polskiego. Zamiast dominacji prowadzącej do tego, że wygrywająca wybory opcja polityczna działa wedle zasady "zwycięzca bierze wszystko", autorzy proponują umowę społeczną przewidujacą zmianę struktury wladzy w Polsce i zwiększenie roli samorządu, szczególnie wojewódzkiego i gminnego, tak, by odmienne regiony Polski mogły realizować swoją własną specyfikę bez ulegania dominacji drugiej strony sceny politycznej.
Dla zilustrowania efektu regionalnego zróżnicowania ideologicznego przedstwaiają autorzy parę rozdziałów poświęconych szkicom lekko zbeletryzowanego funkcjonowania województw marzeń: pomorskiego progresywnego województwa marzeµ, konserwatywnego podlaskiego województwa marzeń, zachodniopomorskiego lewicowego województwa marzeń, podkarpackiego chadeckiego województwa marzeń i liberalnego wielkopolskiego województwa marzeń.
I tu już widać parę fałszów. Po pierwsze warto obejrzeć owe mapki preferencji nie tylko w skali województw, lecz także w skali powiatów i gmin, a wtedy okaże się że mamy do czynienia z dynamicznym procesem narastania przewagi sił konserwatywnych na całym obszarze Polski. Propozycja petryfikacji, zamrozenia wcześniejszych różnic w poszczególnych województwach oznaczałaby chęć odwrócenia naturalnego procesu społecznej integracji. A do tego, w jakim trybie oceniano by preferencje w danym województwie i co robiono by z mieszkańcami przeciwstawiającymi się takim manipulacjom ? Przesiedlano by ich do innych województw ?
W proponowanym projekcie główną rolę pełni województwo, na którego szczeblu połączone zostają instytucje marszałka i wojewody w jeden urząd wojewody samorządowego niezależnego od władz centralnych. Oprócz tego i oprócz tradycyjnego sejmiku wojewódzkiejo powołany zostaje senat wojewódzki składający się z wójtów, burmistrzów i prezydentów z danego województwa, dysponujących głosami ważonymi.. Na szczeblu centralnym powolano by nowy Senat skladający się z wojewodów samorządowych dysponujących głosami ważonymi.
Tej zmianie strukturalnej samorządu towarzyszy inna zmiana - zwiększenie roli prawa miejscowego i przeniesienie wielu decyzji z poziomu centralnego na poziom samorządowy tak, że instytucje samorządowe stanowiłyby dwuizbową legislaturę wojewódzką, wyposażoną w uprawnienia prawodawcze dotyczące całej sfery administracyjnej województwa. Przeniesienie wielu takich decyzji na poziom samorządowego województwa pozwoliłoby lepiej dopasować regulacje prawne do potrzeb mieszkańców mających odmienne preferencje i wartości. Sprzyjałoby to obniżeniu temperatury sporu politycznego.
Żeby jednak samorząd wojewódzki mógł pełnić te wszystkie nowe funkcje potrzebuje zwiększenia dochodów. tak by mógł działać niezależnie od centrali. W tym celu ściąganie podatków (CIT, PIT) stanie się prerogatywą samorządów wojewódzkich , a do tego projekt przewiduje uposażenie samorządu w majątek spółek skarbu państwa, z wyjątkiem spółek strategicznych w dziedzinie energetyki i obronności, w pierwszym rzędzie tych zlokalizowanych na terenie samorządu. Ponadto samorządom przekazano by grunty, mieszkania, lasy, szkoły wyższe i instytucje kultury znajdujace się na ich terenie.
Dotychczasowy tryb finansowania samorządów, był zdaniem autorów, zbyt niski, bo w zasadzie polegał na transferach z kasy centralnej, a udział w podatkach CIT i PIT oraz tzw własne dochody (od nieruchomości) nie pokrywały wydatków, więć finansowanie zależało w dużym stopniu od dobrej woli władz centralnych, a jeśli te były z innej opcji, to mogło dochodzić do "głodzenia" niepokornego samorządu.
Zerknijmy na sposób dzielenia majątku Skkarbu Państwa. 44 spółki publiczne pozostałyby w gestii centrum, podczas gdy samorządom przydzielono by udziały w 23 spółkach publicznych (giełdowych) i 400 niepublicznych.
Autorzxy nie zdają sobie zapewne sprawy ze skali ryzyka takiej finansowej decentralizacji majątku skarrbu państwa. Oznaczałoby to marginalizację tych firm, utratę przez nie pozycji czempionów gospodarczych, obniżyłoby automatycznie rating firm i byłoby sprzeczne z obecną tendencją wzrostu roli wielkich, silnych korporacji na rynku globalnym.
Jeżeli chodzi o przykre doświadczenia z przekazywaniem lokalnym samorządom pewnych instytucji, to wystarczy wymienić skandale, jakie miały miejsce w Gdańsku, takie jak zaniedbanie terenu Wetserplatte, spór miasta z Solidarnością w kwestii ECS i sprawa programu dominującego w Muzeum II WŚ. Wszystkie te instytucje miały poważne problemy z uwzględniemim polskiej narracji jako podstawy ich funkcjonowania.
Zamysłem reformy jest decentralizacja państwa w celu zmniejszenia temperatury sporu politycznego i wzmocnienia bezpieczników demokratycznych przez przeniesienie części uprawnień rządu i codziennych sporów politycznych na poziom samorządowy. Centrum pełniłoby w tym projekcie rolę strategoczną i zostałoby przekształcone z Polski resortowej w zespół 7 superresortów takich jak Ministerstwo Bezpieczeństwa Krajowego, Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Zabezpieczenia Społecznego, Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Zrównoważonego Rozwoju i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Tym zmianom strukturalnym towarzyszyłyby zmiany zwiększające kompetencje i motywacje urzędników w nich zatrudnionych.
Jezeli chodzi o dochody centrum, to po utracie dochodów z podatków CIT i PIT, które stanowią niewielką część jego dochodów, centrum nadal dysponowałoby sporymi dochodami z podatków pośrednich jak VAT i akcyza, składki ubezpieczeniowe i inne.
Jaki byłby bilans dochodowy po takiej reformie ? Jak wskazują autorzy , nowe uprawnienia i nowe zadania jakie będzie miał do wykonania samorząd nie tylko da nowe dochody,ale spowoduje też nowe koszty, tak, że luka deficytowa, choć mniejsz, nadal pozostanie i będzie wymagała tranferu z centrum, a ponadto, z uwagi na różny poziom gosodarczy w różnych województwach, ta luka może być znaczna i może prowadzić do pogorszenia poziomu w niektórych województwach z uwagi na konkurencję między województwami. Na taką okoliczność zostaje powolany Narodo0wy Fundusz Spójności, który rekompensowałby deficyt dotykający poszczególne województwa uzgadniający swoje decyzje z nowym Senatem. Skąð brałby pieniądze ten Funusz ? Z podatków pośrednich ściąganych przez centrum.
Dodajmy jeszcze jeden aspekt, który autorzy pomijają. Powiększenie skali zadań województw, choć z jednej strony odchudzić ma centrum, to z drugiej strony będzie wymagało znacznego zwiększenia kadr zarzadzających województwami. To oznacza, że we wszystkich województwach zwiększone zostaną kadry niezbędne do wykonywania podobnych zadań jakie występują w każdym województwie. To sprawi, że odchudzenie centrum doprowadzi do niesłychanego rozdęcia aparatu administracyjnego nieporzebnie powielającego te same zadania na szczeblu województw, które uprzednio wykonywało centrum. Miała być oszczędność, będzie marnotrawstwo, złożone jako ofiara na ołtarzu bożka różnorodności, różnorodności dysfunkcjonalnej.
Wyobraźmy sobie potencjalne konsekwencje możliwości uchwalania podatków przez każde województwo - co województwo to inna polityka podatkowa. Zamiast jednego problemu politycznego w centrum problem zaczyna się mnożyć i mamy 17 lokalnych, wojewódzkich problemów do rozwiązania.
Do tego dodajmy kolejne osłabienie roli centrum, które po utracie dochodów z podatków bezpośrednich (CIT i PIT) będzie jeszcze musiało dofinansować Narodowy Fundusz Spójności, nad którym nie ma kontroli z pośrednich podatków, które mu pozostały. To są skutki mrzonek o efektywności systemu, który nie ma sensu społecznego.
W tym projekcie nie chodzi tylko o realizację odmiennnego projektu politycznego, chodzi także o specyficzną perspektywę oglądu realiów spolecznych jaką charakteryzują się środowiska prawnicze. Jak prawnicy wyobrazają sobie budowę państwa ?
Siadają, kreślą ramy ,dzielą kompetencje między rząd i samorząd i między urzędy. I gotowe, a następnie budujemy państwo. A to nie tak. Budowanie państwa to nie to samo co projektowanie państwa.
To tak jak z budową domu. Normalnie dom buduje ekipa z kierownikiem budowy na czele, jedna ekipa, która stawia zewnętrzne ściany nośne, następnie wewnętrzne ściany nośne a następnie ścianki dzialowe, tak dopasowane by odpowiadały konkretnej rodzinie oraz wszelkiego rodzaje instalacje. I nawet żaden projekt dla dobrych budowlańców nie jest potrzebny, dobrzy fachowcy zbudują nawet bez projektu. Na placu budowy dziala jedna ekipa, z podziałem na zasadnicze, kolejno uruchomiane przez kierownika funkcje: murarze, instalatorzy, aranżatorzy wnętrz. Trzeba też dobrze rozpoznać działkę i grunt na którym dom ma być stawiany.
Jak budują dom prawnicy ? Oczywiście piszą precyzyjny projekt zwany konstytucją. Następnie angażują dwie ekipy, z których jedna będzie realizowała struktury rządowe a druga struktury samorządowe i wpuszcza je obie na plac budowy jednocześnie i obie sobie przeszkadzają. Ignoruje się przy okazji fakt, że struktura rodziny i społeczeństwa będą się z czasem zmieniać i utrwalać, a zatem będą się zmieniać ich potrzeby, do których trzeba będzie dostosować rozkład domu.
Tak więc jest rzeczą ryzykowną angażować prawników do budowy państwa. Państwo powinni budować historycy, etnografowie, kulturoznawcy, psychologowie ewolucyjni, a rola prawników może być wyłącznie doradcza.
W r. 966 budowano państwo od zera, podobnie działo się w r. 1918 i podobnie powinno być w r.1989. Nie można więc w takiej sytuacji stosować gotowców, jakie narzucił Polsce po II wś Stalin, a po r.1989 liberałowie do spółki z komunistami..
Priorytetem jest więc stworzenie struktur państwa czyli proces jego integracji zwany też centralizacją.Nie można jednocześnie integrować i dezintegrować, centralizować i decentralizować.Dopiero po dłuższym procesie stabilizacji państwa można rozsądnie myśleć o modyfikacji struktur i stworzeniu struktur samorządowych.
Nie stawia się wozu przed koniem tylko konia przed wozem.
Co się stało w Polsce po r. 1989 ?
Projektanci zapomnieli, że budowa odbywa się na zywym materiale, który ma własne charakterystyki. A budowa nie odbywa się na pustym terenie, lecz na działce uprzednio zabudowanej przez komunę. Papierowe rozwiązywanie i likwidacja starych struktur nie następuje automatycznie, bo żywy materiał ma swoiste cechy i trwałe struktury, które nie poddają się papierowym instrukcjom, rozwijają się, modyfikują się w ciągłym procesie wchodząc w interakcje z nowymi procedurami i modyfikując, korumpując nowe środowiska.
W 1989 r. nie było jeszcze nowych struktur opozycyjnych, demokratycznych, Za to istniały struktury komunistyczne, w dużym stopniu uprzywilejowane dzięki umowie magdalenkowej i posiadanej wiedzy na temat istniejących struktur i kontaktów i ten fakt dawał im znaczną przewagę w procesie transformacji ustrojowej. I ten podstawowy fakt jest ignorowany jakby tzw. III RP budowano na terra incognita. Bzdura.
Umowa magdalenkowa doprowadziła do odrzucenia postulatów solidarnościowych i zastąpiła je postulatami liberalnymi, które stworzyły Dzikie Pola do penetracji dla najbardziej zdemoralizowanych elementów, bo przecież trudno podejrzewać komunistów o posiadanie wartosci demokratycznych. Chyba wszyscy pamiętają rozmaite afery z lat dziewięćdziesiątych, gangsterów panoszących się na ulicach, porachunki mafijne, instalowanie alarmów w samochodach i nasłuchiwanie czy ten alarm, który właśnie się włączył, to nie alarm z naszego samochodu, bo kradzieże były na porządku dziennym.
W takim kontekście społecznym dokonano po r. 1989 pewnych zmian strukturalnych i kadrowych na poziomie makro, państwowym, natomiast na poziomach niższych, lokalnych i gospodarczych przetrwały stare struktury, które się zmieniały i adaptowały do zachodzących zmian jednocześnie zwalczając nową, niezależną i słabą konkurencję. W ten sposób powstał na niższych szczeblach, nie żaden samorząd, lecz uklad postkomunistyczny, oparty na kadrach opisanej jakości, który wraz z rządami lewicy i z poparciem prezydenta Kwaśniewskiego opanował struktury centralne tworzac system postkomunistyczny, który doskonale się rozwinął po r. 2007 za rządów Tuska.
Jak działał uklad postkomunistyczny, ograniczając się do Gdańska ? Weźmy najbardziej spektakularny przykład - śmierć Pawła Adamowiczad będąca skutkiem efektywności działania gdańskiego państewka z dykty stworzonego przez niego samego,aferę ze spuszczeniem ścieków do Motlawy, co przypopmina Czajkę Trzaskowskiego w Warszawie, weźmy etykietki przypisane Gdańskowi: republika deweloperów czy Mała Sycylia, aferę defraudacyjną w spółdzielni Ujeścisko, aferę pedofiliską w Zatoce Sztuki w Sopocie, aferę z Europejskim Centrum Solidarności, gdy wyrzucono z nego organizację niepełnosprawnych by na jej miejsce zameldować organizaję LGBT i dodajmy do tego afery sopockie z głównym bohaterem Prezydentem Karnowskim.
Podsumujmy te kwestie; to nie jest samorząd, to jest przyczółek dla przetrwania ukladu postkomunistycznego na wypadek gdy utraci władzę w centrum państwa.
Struktury postkomunistyczne weszły w ścisłą symbiozę z mecenasami zagranicznymi, zamieniając Moskwę na Waszyngton a następnie Berlin, po wejściu do UE. A UE postawiła na ograniczenie rządu centralnego w Polsce i regionalizację czy landyzację województw.
Cała niemal sfera medialna została przejęta przez system postkomunistyczny, a niepokornych dziennikarzyu wurzucano z pracy i zajęło parę lat zanim powstały niezależne tygodniki jak Do Rzeczy czy Sieci. Na szczęście pojawiło się Radio Maryja, wokół którego zaczęła się integrować opozycja, która coraz śmielej zaczynała ujawniać prawdę o kulisach transformacji i tego nie dało się już zatrzymać.. I to jest powód dlaczego ojciec Rydzyk jest najbardziej znienawicdzonym przez komunę i postkomunę człowiekiem w Polsce, poza może Jarosławem Kaczyńskim.
I to jest właśnie zabawne w mentalności postkomunistyczno-liberalnej. Centralizacja unijna a nawet centralizacja i federalizacja pod batutą Berlina im nie przeszkadza, za to przeszkadza im centralizacja na poziomie Warszawy. Nie ma w tym żadnej logiki poza interesem grupowym i niechęcią do polskości.
Takie jest prawdziwe tło, taki jest materialny background, od którego należy wychodzić rozpatrując rozmaite postulaty i warianty dalszego rozwoju Polski. Bez mistyfikacji suflowanych przez postkomunistów pragnących powrócić do władzy. Do grupy takich mistyfikatorów należą prawnicy, którym się wydaje, że przy pomocy tricków i kruczków prawniczych da się oddziaływać na żywą materię społeczną, nawet jej nie rozpoznawszy. U podstaw bytu społecznego leży moralność. na podstawie której tworzy się prawo stanowione, a bez zasad moralnych diabli wezmą wszystkie pomysły.
Niektórzy z autorów, uznani przez IUS za ekspertów, narzekający na polaryzację polityczną, nie zauważyli chyba, że sami padli ofiarą tej polaryzacji i formułują opinie zupełnie mijające się z realiami. Uznają np. instytucję samorządu (który ja określam jako układ postkomunistyczny) za taki sukces, że można mu śmiało powierzyć politykę rodzinną, a wtedy uniknięto by takich chybionych ich zdaniem projektów jak 500+ lub prowadzenie polityki gospodarczej, w ramach której nie pozwolono by na "sprzedaż części Lotosu kapitałowi związanemu z Federacją Rosyjską".
Ręce opadają, tacy to eksperci. Na tym więc kończę tę recenzję, bo szkoda miejsca i czasu na referowanie i cytowanie kolejnych podobnych głupstw, które zostały oparte na przyjętych na samym początku projektu fałszywych załóżeniach.
Można zrozumieć, że oszolomy z problemami psychicznymi jak Babcia Kasia, mogą mieć problemy z percepcją rzeczywistości, ale trudno zrozumieć, że podobną perspektywę prezentują, tyle że w białych rękawiczkach, akademicy i intelektualiści. A to dowodzi upadku systemu liberalnego albo wręcz cywilizacji Zachodu.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)