Michał Zienkiewicz Michał Zienkiewicz
329
BLOG

Moja chata z kraja, czyli dobro wspólne

Michał Zienkiewicz Michał Zienkiewicz Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Weźmy do ręki dwie gazety, polski i brytyjski dziennik, na przykład z jednej strony „Rzeczpospolitą” lub „Gazetę Wyborczą”, a z drugiej strony „The Times” albo „The Independent”. Następnie porównajmy częstotliwość występowania słowa wspólnota i community (lub wyrazów im bliskoznacznych). Ciekawe, jaki będzie wynik tego eksperymentu?

Bywając w Polsce na spotkaniach rodzinnych dość często słyszę sformułowania dotyczące zrobienia czegoś przez bliżej nieokreślony ogół. Dla przykładu, poważnym problemem na osiedlu, gdzie odwiedzam rodzinę, jest dotkliwy brak miejsc parkingowych. Osiedle złożone z kilku bloków zostało zbudowane w okolicy roku 1975 i utworzone wtedy niewielkie parkingi pod każdym z bloków przez wiele lat nie były zapełnione. W tej chwili miejsca do parkowania samochodów bardzo brakuje i nie należy do rzadkości spacer na sam dół osiedla do samochodu zaparkowanego poprzedniego dnia wieczorem, najczęściej niezupełnie legalnie. Co słyszę od rodziny, kiedy tam jestem? „Spółdzielnia mieszkaniowa powinna powiększyć parking”. Dlaczego spółdzielnia, skoro większość lokali na osiedlu jest własnościowa, co znaczy, że mieszkańcy są współwłaścicielami osiedla? Ano właśnie! Bo od tego typu spraw zawsze była spółdzielnia. Bo parking to przedsięwzięcie wspólne, więc dlaczego ja mam się za nie zabierać?

Inny przykład, tym razem z życia polskiego i brytyjskiego kierowcy. Wyobraźmy sobie, że jedziemy dwupasmową drogą, w radiu muzyczka, we włosach wiatr (lub jakoś podobnie) i w pewnej chwili natrafiamy na zamknięcie jednego z pasów. Oczywiście na zamkniętym pasie momentalnie tworzy się korek, natomiast pasem przejezdnym cały czas suną samochody. Co jakiś czas od kolejki na stojącym pasie odrywa się samochód ze zniecierpliwionym kierowcą i zmienia pas na ten bardziej przejezdny.  Kiedy wreszcie po długim czasie dotrzemy po zakorkowanym pasie do miejsca zamknięcia, spędzimy zapewne drugie tyle, czekając na możliwość wjazdu na jedyny pozostały pas. Oczywiście, w zależności od natężenia ruchu możliwy jest korek na obu pasach lub brak korka, ale dość często sytuacja będzie wyglądała tak, jak powyżej. Do czego ona prowadzi? Przede wszystkim do dużego opóźnienia, jeśli mieliśmy nieszczęście jechać po pasie, który został zamknięty. Niestety, również jeżeli jechaliśmy po drugim pasie, nasza podróż może ulec znacznemu wydłużeniu. Przez to, że każdy myśli wyłącznie o tym, aby samemu przejechać jak najszybciej, kierowcy z zamkniętego pasa dobrze wiedzą, co się dzieje w miejscu jego zamknięcia i to stąd biorą się te nieregularnie „odrywające się” samochody. Tworzy to chaos, który powoduje, że nawet na otwartym pasie będziemy narażeni na częste hamowanie i w konsekwencji przejazd przez zwężenie drogi zabierze nam sporo więcej czasu.  A gdyby tylko przez chwilę pomyśleć, co można zrobić, aby wszyscy szybciej przejechali... Zapewne bardzo szybko kierowcy wpadliby na to, aby w miejscu zamknięcia przejeżdżać na zmianę, to jest po jednym samochodzie z każdego pasa na przemian.
 
Co do tego ostatniego przykładu, to nie twierdzę, że na angielskich drogach jest różowo, lub że w Polsce nie zdarzają się przypadki zadbania przez kierowców o to, „by jechało się lepiej, wszystkim”. Posługuję się tu kompletnie subiektywną metodą pomieszania statystyki z obserwacją, czyli „wydaje mi się, że tu częściej, a tu rzadziej”. Jeśli ktoś dysponuje statystykami poprawnymi metodologicznie, chętnie zmienię zdanie. Zanim to jednak nastąpi, mam ochotę zastanowić się, co sprawia, że zamiast pomyśleć o jadących przed nami, za nami i obok nas, w takiej sytuacji myślimy wyłącznie o sobie? A może inaczej: co za diabeł siedzi w głowach angielskich kierowców (lub ich widocznej większości), że tak notorycznie przepuszczają innych?
Myślę, że całą rzecz można dość prosto wytłumaczyć trzecią zasadą dynamiki Newtona. Oczywiście, że to kawał, ale nie do końca. Trzecia zasada dynamiki Newtona głosi, że jeśli ciało A działa jakąś siłą na ciało B, to ciało B działa na ciało A taką samą siłą, tyle że przeciwnie skierowaną. Na lekcjach fizyki tłumaczono mi tę zasadę tak: Janek bije Franka, Franek bije Janka. Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że tutejsi kierowcy są głęboko przekonani, że dobry uczynek do nich wróci. Czyli: dziś ja przepuszczę ciebie, jutro ty przepuścisz mnie. Kto wie, może właśnie to jest klucz do zmiany, „by żyło sie lepiej, wszystkim” – zacznijmy tę zmianę od siebie, bo nikt za nas jej nie przeprowadzi, a już na pewno nie ten od billboardów z zacytowanym powyżej zdaniem.
 
Jestem dostatecznie posunięty w latach – chociaż nie wyglądam – żeby dobrze pamiętać PRL. Co prawda stan wojenny zastał mnie w wieku przedszkolnym („już za chwilę, drogie dzieci, podpalimy komitecik”), a Gomułki nie pamiętam wcale, ale nie mam najmniejszych problemów z przypomnieniem sobie, jak to jest, kiedy wszystko jest niczyje, a nic nie jest własne. W tamtym czasie nie było niczego pośrodku skali, pomiędzy tym, co należy do mnie, a tym, co należy do nikogo (a i tego pierwszego było, oględnie mówiąc, niewiele). Żadnej wspólnoty mieszkaniowej, do której w całości należy trawnik dookoła bloku, żadnego majątku własnego pojedynczej wsi czy gminy, o który wypadałoby się zatroszczyć we własnym gronie, po prostu niczego, co należałoby do wspólnoty, grupy, garstki ludzi, którzy są przez to trochę od siebie zależni.  Od wspólnych rzeczy zawsze byli jacyś „oni” od trawnika pod blokiem (i całej reszty bloku) – spółdzielnia mieszkaniowa, od sprzątania – PRSP, na wczasy jeździło się tam, gdzie wysłał Fundusz Wczasów Pracowniczych, przykłady można mnożyć długo. Nie dość, że pokolenie moje i starsze nie miało się gdzie nauczyć robić coś wspólnie z innymi, to jeszcze na dodatek najprawdopodobniej cały ten czas dość mocno obrzydził nam pojęcie wspólnoty i dobra wspólnego.
 
Jestem daleki od stawiania moich obecnych współmieszkańców za wzór Polakom, bo ani oni tutaj wcale nie są tacy świetni, ani z nami nie jest tak źle. Jednocześnie myślę, że nie jest takim złym pomysłem podpatrywanie innych i uczenie się od nich dobrych rzeczy (nie zapominając, że na innych polach oni mieliby się czego uczyć od nas).  Ilekroć odwiedzam wspomnianą na początku rodzinę, kiedy już wreszcie znajdę miejsce dla samochodu o trzy bloki dalej i wrócę z dalekiej podróży mającej na celu zaparkowanie, zwykle proponuję (a tak, żeby się podrażnić) żeby może zrobić jednak coś na rzecz rozbudowania parkingu. Skąd wiadomo, że rozbudowa będzie droga, skoro nie zrobiono ani jednej wyceny? Uzyskanie kosztorysu od firmy budowlanej to pewnie jedno popołudnie i parę telefonów lub e-maili. Tyle można chyba zaryzykować, nawet jeżeli nie ma pewności, czy brak miejsc doskwiera wszystkim, czy tylko nielicznym. Kiedy już otrzymamy dwie albo trzy wyceny, pozostaje podzielić średnią kwotę przez liczbę mieszkań w bloku, dodać obowiązkowo 25% (zawsze będą niezainteresowani i dodatkowe koszty) i sprawdzić, czy pomysł ma przy tych kosztach szanse powodzenia. Jeśli ma – świetnie, jeśli nie ma – to właśnie ukończyliśmy znakomite ćwiczenie z pracy na rzecz wspólnoty i możemy rozejrzeć się za kolejnym pomysłem. Oraz sprzedać auto i kupić rower albo bilet miesięczny na autobus.
 
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że przed takim aktywistą parkingowym, lub innym, stoi cała masa problemów. Na początek wymieńmy bycie kojarzonym z pomysłem (tym bardziej, im bardziej on później nie wypali) przy jednoczesnym braku ochotników do pomocy przy nim. Zaraz potem pojawi się problem indywidualnych płatności: po pierwsze jak je skutecznie ściągnąć, a po drugie jak obejść problem niezainteresowanych, którzy nie chcą ponosić kosztów wspólnego przedsięwzięcia, i których nie wolno do tego przymuszać. W polskich realiach miałbym obawę, że brak udziału nawet jednego mieszkańca we wspólnym projekcie mógłby przynieść lawinowe wycofanie składek przez tych, którzy się już zgodzili – „co ja będę płacił, jak on nie płaci a potem i tak będzie korzystał”. Brytyjczycy, trochę jakby bardziej zaprawieni w bojach, mają swoje sposoby: a to zaproszą na grilla lub zaczepią przez płot, żeby jeszcze raz obgadać pomysł, a to wybiorą się do nieprzekonanego sąsiada całą grupą przekonanych, a to wreszcie zrobią tak, żeby z nowego udogodnienia mogli korzystać tylko ci, którzy się złożyli. Często zdarza się, że sąsiad-sknera napatrzy się wystarczająco długo na nową rzecz, przeliczy pieniądze jeszcze raz, machnie ręką i po jakimś czasie, grubo po fakcie, w końcu zapłaci. Poza tym, w obu krajach istnieją gotowe rozwiązania prawne, niczego nie trzeba wymyślać od nowa. Jeżeli projekt dotyczy wspólnej nieruchomości, mamy wspólnotę mieszkaniową (a właściwie: jesteśmy wspólnotą mieszkaniową) która ma prawo podejmować decyzje przez głosowanie, może też wspomóc się firmą administracyjną, która za drobną opłatą będzie odwalać brudną robotę. W celu zrealizowania innego wspólnego projektu (na przykład placu zabaw dla dzieci na nieużywanym kawałku ziemi) można założyć stowarzyszenie.
 
W każdej sytuacji, kiedy grupa ludzi będzie chciała, lub będzie skazana na dokonanie czegoś razem, na jeden sposób, który będzie musiał zadowolić wszystkich, będzie pod górkę. Wiem, sam sprawdziłem. Mimo tych wszystkich trudności, które na bank wystąpią, jestem zdania, że koniecznie trzeba próbować. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie na powrót, małymi kroczkami, nauczyć się współpracować ze sobą i robić coś wspólnie. Tylko w ten sposób możemy odzyskać wiarę w to, że całkiem sporo od nas zależy. Ostatnie zdanie brzmi dosyć patetycznie, ale czyż nie jest tak, że kiedy pomyśleć na przykład o tym nieszczęsnym parkingu, to czujemy, że jesteśmy na czyjejś łasce? Że jeżeli nie przyjdzie ktoś i za nas nie załatwi (ktoś „weźmie i zbuduje”, zrobi się samo, stanie się cud, niepotrzebne skreślić) to do końca świata pod naszym blokiem będzie jedno miejsce parkingowe na dwanaście mieszkań? Otóż nie, nie musi tak być. Weźmy sprawy w swoje ręce, może uda się nam jedną popchnąć do przodu, a może uda się nam kogoś w otoczeniu zawstydzić, że my próbujemy, a on nie, i się nawróci.  Już Michael Jackson (nie żebym był wielkim fanem) uczył nas, że jeśli chcemy zmiany na świecie, powinniśmy spojrzeć na człowieka w lustrze i zacząć od niego.

Pisząc na blogu, trzymam się sprawdzonych faktów i staram się ograniczać do własnych obserwacji i doświadczeń. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, możesz skomentować mój wpis, pod jednym warunkiem (poniżej). Szanuję Twoje odmienne zdanie i oczekuję od Ciebie tego samego. Warunek dopisywania komentarzy: List do Efezjan 4, 29

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości