Pisząc to dzisiaj, ustawię sie zapewne na szarym końcu kolejki poruszających temat „waitergate”, czyli afery wywołanej nagraniami rozmów w warszawskiej restauracji. Jestem jednak zdania, że nie zawadzi trochę pomyśleć, zanim się coś powie, a ten temat daje mi wyjątkowo dużo do myślenia, stąd opóźnienie.
Tytuł tekstu nie ma nic wspólnego z kantem zasugerowanym prezesowi Narodowego Banku Polskiego, czyli dodrukiem pustego pieniądza w celu pośredniego wsparcia rządzącej partii. Bierze się stąd, że cała seria wydarzeń związanych z ujawnionymi nagraniami przywodzi mi na myśl następujące słowa: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Ich autorem jest niemiecki filozof Immanuel Kant (1724-1804), od którego zresztą pochodzi wiele innych mądrych i zaskakująco aktualnych cytatów (polecam Wikicytaty, pl.wikiquote.org).
Dlaczego akurat „prawo moralne we mnie” w kontekście nagrań udostępnionych przez „Wprost”? Ponieważ do tej pory byłem przekonany, że widziałem już wszystkie brudne numery, a w ostatnich dniach zostałem brutalnie wyprowadzony z tego błędu. Ponieważ arogancja i poczucie bezkarności osób wynajętych przez nas do zarządzania państwem (tak, to oni pracują u nas, a nie odwrotnie!) osiągnęły właśnie niespotykany wcześniej poziom. Ponieważ najlepsze nawet mechanizmy kontroli, tak w prywatnej firmie, jak i w parlamencie lub radzie ministrów, nie są w pełni skuteczne bez owego „prawa moralnego we mnie” – zbioru zasad i wartości, które każdy z nas ma i według których postępuje. Tymczasem żadna z osób, które do tej pory mieliśmy przyjemność podsłuchać, nie posiada moralnych kwalifikacji nie tylko do zajmowania aktualnego stanowiska, ale nawet do przyniesienia mi zakupów ze sklepu. Powie ktoś, że oni wszyscy tacy, więc trzeba wybierać z tego, co jest – nic bardziej błędnego, ale o tym nieco dalej.
Spróbujmy na początek zapomnieć na chwilę o nieistotnych szczegółach całej sprawy, którymi próbuje się nas zalewać od pierwszego dnia i „wydestylować” to, co najważniejsze. Nie zajmujmy się słownictwem rozmów, autorem podsłuchów, ani oczywistym faktem, że tak szkodliwe nagrania musiał ktoś „odpalić”. Oczywiście, że same się nie odpaliły – ale czy to jakkolwiek umniejsza karygodne rzeczy, które zostały wypowiedziane? Zastanówmy się, co słychać na ujawnionych nagraniach. Na jednym z nich prezes banku centralnego i minister spraw wewnętrznych rozmawiają między innymi o możliwości wsparcia przez NBP budżetu państwa na kilka miesięcy przed wyborami, które mogą przynieść zmianę władzy. Wzmocniony budżet stać będzie na chwilową obniżkę podatków lub dodatkowe świadczenia dla spragnionych dobrobytu wyborców. Upraszczając sprawę maksymalnie, jak tylko się da, rządzący zastanawiają się, jak oszukać, ale i okraść całą resztę, po to, aby kupić ich głosy. Dlaczego „okraść”? Wydrukowanie i wpuszczenie do obiegu banknotów nie pozostaje bez wpływu na te banknoty, które już mamy w portfelach – obniża ich faktyczną wartość, kiedy w obiegu znajdzie się nagle więcej pieniędzy, a jednocześnie nie przybędzie dóbr, zasobów, czy wykonanej pracy. Nasi rozmówcy omawiają zatem prosty zabieg socjotechniczny: dokonajmy emisji inflacyjnego pieniądza, stwórzmy wyborcom chwilową iluzję dobrobytu, wygrajmy kolejne wybory, a kiedy rynek wróci do równowagi i „zauważy” więcej papierków wyemitowanych przez NBP, ceny gwałtownie wzrosną, tyle że będzie już po wszystkim, my zaś będziemy mieli cztery lata spokoju. Nie przesadzę, kiedy powiem, że jest to dość ordynarne oszustwo na wielką skalę, do tego połączone ze złamaniem zasady niezależności banku centralnego (wpisanej do Konstytucji).
Staram się przedstawiać tu spojrzenie na bliskie mi sprawy ojczystego kraju zza Kanału La Manche, a konkretnie z Londynu. Tak też będzie i tym razem. Nie trzeba wiele wyobraźni, aby pokusić się o prognozę, co stałoby się, gdyby podobna afera podsłuchowa wybuchła nie nad Wisłą, a nad Tamizą. Jedynym nie do końca pewnym elementem takiej prognozy byłby dokładny czas i liczba złożonych dymisji. Głowy posypałyby się jednak na pewno. Szef banku centralnego oferujący dodruk inflacyjnego pieniądza na spełnienie obietnic rządzącej partii nie mógłby sprawować urzędu ani dnia dłużej. Minister spraw zagranicznych przyłapany na niepochlebnych wypowiedziach o sojusznikach zostałby zdjęty ze stanowiska natychmiast. Urzędnik w randze ministra, który usiłowałby użyć wpływów do ukrycia oszustw skarbowych żony, miałby kłopoty nie tylko z utrzymaniem pracy, ale także z prawem. Przywódca największej partii opozycyjnej, któremu przysługuje tu oficjalny tytuł Leader Of The Opposition, nie pozostawiłby na nagranych ministrach i posłach suchej nitki. Zagrożenie wotum nieufności dla całego rządu byłoby realne, ponieważ posłowie rządzącej partii nie zawsze zgadzający się z przywództwem, tzw. backbenchers, często wywierają realny nacisk w izbie niższej parlamentu, na przykład głosując przeciwko projektom rządzącej koalicji (lub grożąc, że to zrobią). Przy skandalu tego kalibru nie zawahaliby się dołączyć swoich głosów do opozycji, aby oczyścić własne szeregi. Wrzałoby wszędzie i na każdym kroku, przy czym nikt nie zajmowałby się językiem użytym w podsłuchanych rozmowach, nikt też – przynajmniej na wstępie – nie zajmowałby się legalnością zdobytych nagrań. Swoją drogą, mało kto zauważa, że nagrania ujawnione przez „Wprost” są akurat w świetle polskiego prawa legalne. Jeżeli ktoś chciałby sprawdzić, co dzieje się w brytyjskich rządach w dużo mniej drastycznych sytuacjach, wystarczy poszukać informacji o rezygnacjach takich osób, jak Patrick Mercer, Mark Menzies czy Maria Miller.
Skąd takie drastyczne różnice w konsekwencjach całego wydarzenia? Wiele razy przy takich okazjach słyszę, że „Zachód to Zachód, a w tej naszej bananowo-kartoflanej republice zawsze jest inaczej”. Za każdym takim razem protestuję. Nie wolno nieustannie mówić o sobie źle i poprzestawać na tego typu wytłumaczeniach. Jeżeli coś się dzieje „zawsze inaczej”, musi być tego powód. Czy po wysłuchaniu „taśm prawdy” (nie będacych zresztą taśmami) przeraża nas bezkarność podsłuchanych? Być może wydają się bezkarni, ponieważ tacy są? Skoro będąc w naszym kraju ministrem, można wydać rozkaz strzelania do pokojowej demonstracji, w wyniku którego giną ludzie, i nigdy nie zostać za to osądzonym, to czy nie jest tak, że już wszystko wolno? Skoro nawet w przypadku skrajnych nadużyć nie jesteśmy w stanie cofnąć mandatu posłowi, a rządy trwają pomimo licznych afer, to czy możemy się dziwić, że posuwają się coraz dalej i sprawdzają, na ile jeszcze mogą sobie pozwolić? Czy ci, których podsłuchaliśmy, wydają się nam aroganccy i pełni pogardy dla nas, czyli dla całej reszty? Cóż, pewnie po prostu tacy są i pewnie rzeczywiście nami gardzą. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że sami sobie na to pozwalamy. Kto z czytających te słowa napisał skargę do Prezesa Rady Ministrów na zachowanie podległego mu szefa MSW? Ile osób wysłało list do Kancelarii Sejmu ze skargą na szefa banku centralnego? Przywołując po raz kolejny własne angielskie podwórko, uprzejmie donoszę, że obywatelska skarga jest tu bardzo popularnym instrumentem. Znaczek pocztowy nie kosztuje znowu tak dużo, a poza tym ogromna większość z nas ma już dostęp do internetu i może wyrazić swoje niezadowolenie również w ten sposób. Przy tej okazji wypada zauważyć, że powyższe zarzuty i spostrzeżenia o bezkarności i wzgardzie w żadnym wypadku nie dotyczą tylko jednego ugrupowania i tylko obecnych wydarzeń. Jakiś czas temu z innej strony politycznej sceny również mieliśmy okazję usłyszeć, że „naród jest ciemny i to kupi”. To o Was wszystkich, mości posłowie, bez względu na tak zwaną przynależność.
Arogancja, pycha i pogarda dla nas ze strony „pań i panów z telewizji” nie powinna jednak tak naprawdę nikogo dziwić – mnie na chwilę zaskoczyła ostatnio tylko jej skala, ale nie sam fakt. „To nie kryzys, to rezultat” i z uporem godnym lepszej sprawy będę twierdził, że w obecnych okolicznościach po prostu nie może być inaczej. Czy nadal mają Państwo jeszcze złudzenie, że żyjemy w demokracji i wybieramy sobie reprezentantów, którzy następnie wyłaniają rząd do administrowania krajem? Zastanówmy się na chwilę, co by się stało, gdybyśmy mieli takiego idealnego kandydata na reprezentanta na osiedlu, w pracy albo w rodzinie. Sprawny organizator, urodzony przywódca, do tego ze sporą ilością fachowej wiedzy o zarządzaniu. Jeśli przekonamy do niego co drugą osobę w średniej wielkości mieście, w którym mieszkamy, czyli na przykład 50 tysięcy osób, czy będzie on mógł nas reprezentować w Sejmie jako Poseł Ziemi Jakiejś-tam? Rekordowe ilości głosów oddanych na kandydatów do Sejmu po 1989 roku sięgały 110 tysięcy głosów, czyli nasze 50 tysięcy powinno w zupełności wystarczyć. Zgłaszamy zatem naszego kandydata do Sejmu, 50 tysięcy osób oddaje na niego głos i mamy swojego reprezentanta, tak? Nie, nie tak. Z racji pięcioprocentowego progu wyborczego, musielibyśmy do naszego super-kandydata przekonać nie tylko pół naszego miasta, ale i 5% ludzi w kraju, którzy go kompletnie nie znają i których szczerze mówiąc guzik obchodzi, kto będzie Posłem Ziemi Jakiejś-tam, ponieważ są mieszkańcami Ziemi Zupełnie-innej. Mało tego, nasz kandydat musiałby znaleźć sobie kolegów, którzy zbiorą dla niego te 5% głosów w skali kraju, aby następnie wszyscy mogli brać udział w podziale sejmowych mandatów. Oczywiście każdy czytelnik puka się teraz w głowę i śmieje się po cichu z takiego nierealnego planu, i słusznie. Nawet najbardziej zdeterminowany kandydat nie zbuduje od zera takiej struktury, która pomoże mu się dostać do parlamentu. Jaka jest realna alternatywa? Dostać się na już istniejącą listę. Jak to zrobić? No cóż, chyba wszyscy wiemy, jak układane są listy kandydatów przed wyborami? Najpierw zbiera się nazwiska chętnych, układa się według alfabetu, drukuje się... Nie? Coś pokręciłem? Ależ oczywiście, taką listę musi jeszcze zatwierdzić szefostwo partii w Warszawie! No tak, nieistotny szczegół, o którym niemal zapomniałem. Nieistotny szczegół, który sprawia, że paru facetów decyduje o tym, kto może, a kto nie może znaleźć się na listach wyborczych w kraju. Paru facetów decyduje o tym, kto w Polsce ma bierne prawo wyborcze – mimo tego, że podobno według Konstytucji mamy je wszyscy. Rządy sprawowane przez wąską, zamkniętą grupę osób poprawnie nazywają się oligarchią, a nie demokracją. Mniejsza jednak o słowa zaczerpnięte z greki, nie one są tutaj najważniejsze, tylko praktyczny efekt tego, o czym napisałem. Skoro obecny ustrój nie ma zbyt wiele wspólnego z demokracją, lub bardziej po naszemu samorządem, a grupa dopuszczonych do rządów jest starannie wyselekcjonowana, to rzeczywiście nie mają się oni czego obawiać. Mogą narobić na głowę tym, z których żyją – bo jakże inaczej określić prowadzenie w ukryciu rozmów, które mieliśmy przyjemność podsłuchać – a obrobieni palcem nie kiwną w swojej obronie, nie mówiąc już o zdjęciu rządzących ze stołków i zastąpieniu ich kimś z resztkami moralnego kręgosłupa. Oczywiście tekst opublikowany na niszowym portalu nie ma służyć do podżegania do zrobienia tegoż, bo to kompletnie nierealne. Chodzi mi tylko i wyłącznie o to, abyśmy włączyli myślenie i przestali się dziwić oraz oburzać tym, jak nas traktuje Grupa Jeszcze Trzymająca Władzę, skoro sami się o to prosimy.
Dość jaskrawy przykład na to, że sami prosimy się o takie traktowanie, zostawiłem sobie na koniec. Kilka dni po opublikowaniu pierwszego artykułu o podsłuchanych rozmowach, na stronie głównej mojego Facebooka pojawił się wpis na ten temat, z komentarzami osób z mojej rodziny, ogólnie starszych o jedno pokolenie ode mnie, szanowanych w rodzinie, o poglądach raczej wyważonych. Komentarze przyprawiły mnie o szok, nawet nie ze względu na jakieś moje sympatie partyjne (których nie znają!) ale ze względu na to, że zawierały kompletnie niespodziewaną dla mnie reakcję na to, co się na naszych oczach dzieje. To znaczy, byłem świadom, że propaganda „bo przyjdzie PiS” zasadniczo działa na jakiś bliżej nieokreślony ogół, ale usłyszeć te same tezy od kogoś, blisko kogo się wychowywałem, to jednak co innego. Oto za jednym zamachem ujawnione zostaje, jak szkodliwi dla nas są ludzie, którym 3 lata temu daliśmy mandat wyborczy, i w jakim głębokim poważaniu nas mają, a tymczasem jedyne komentarze, jakie widzę, to takie, że aktualnie miłościwie nam panujący to mniejsze zło, a także jedyny gwarant spokoju i bezpieczeństwa. „O matko!” – chciałoby się napisać, ale akurat właściwsze będzie „o ciociu i wujku!” w tym przypadku. Nie znajduję innego tłumaczenia dla takich przekonań, niż posługiwanie się prostymi emocjami zamiast przemyśleń. Analizując na chłodno to, czego się ostatnio dowiadujemy, nie sposób logicznie połączyć aktualnie rządzących z bezpieczeństwem, spokojem, a nawet mniejszym złem. Szef MSZ podsłuchany na niecenzuralnych komentarzach o sojusznikach z NATO, zdradzający objawy niezrównoważenia, a przy tym mający wszelkie zezwolenia na dostęp do informacji niejawnych, to Waszym zdaniem bezpieczeństwo? Prezes banku centralnego, handlujący niedozwolonym dodrukiem pustego pieniądza – a zatem wyjmujący po kryjomu pieniądze z Waszego portfela – to dla Was mniejsze zło? Mniejsze zło, niż co, że tak zapytam? Wbrew dominującej propagandzie, w latach 2005-2007 nie działo się nic, do czego można byłoby przyrównać to, co dzieje się teraz. Fakt, poprzednia ekipa uderzała niekiedy w populizm, a plany podwyżki podatku dochodowego dla najbardziej pracowitych sprawiły, że utrzymuję nie polski rząd, a brytyjską monarchię. Bądźmy jednakże konsekwentni i nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli po tym, co się stało, ktoś jeszcze ma do tej bandy choćby resztki zaufania, to twierdzę, że ta banda teraz może z nim już wszystko. Zachodzę w głowę, czy jest to bardziej skutek propagandy „wszystko, tylko nie PiS”, czy syndromu sztokholmskiego, znanego w psychologii i polegającego na tym, że ofiara broni oprawcy i jest gotowa pójść za nim w ogień, ponieważ woli to, niż przyznać, że dobrowolnie dała się podle oszukać lub wykorzystać.
Obudźcie się, zanim będzie za późno. Nie po to, żeby następnym razem wrzucić do urny kartkę ze znaczkiem innej partii. Zmiana jednego sztandaru na inny nic nie da. Ktoś nie pozwala nam normalnie i dostatnio żyć i nie jest ważne, czy ma w klapie znaczek z niebieskim orzełkiem, czerwonym spinaczem, czy zieloną koniczynką. Nie chodzi o to, aby zmienić dżumę na cholerę, ale o to, żeby się wyleczyć.
Trzydzieści lat temu nikomu z nas nie przyszło do głowy, że może nastąpić zmiana ustroju, a jednak po kolejnych kilku latach się udało (trochę pozornie, ale o tym innym razem). Myśleliśmy jednak, że robota skończona, a tymczasem okazuje się, że ledwieśmy zaczęli. Mam nadzieję, że moje pokolenie doprowadzi tę sprawę do końca, żeby przynajmniej moje dzieci miały spokój.
Komentarze
Pokaż komentarze (2)