15 obserwujących
81 notek
108k odsłon
304 odsłony

Jak to biedny Wielki Elektor musiał pomagać Szwedom w czasie potopu

Wykop Skomentuj7


Nadeszły ciężkie czasy, ale co ciekawe widać tu dużą dwoistość spowodowaną obecną sytuacją. Część ludzi jest na przymusowych urlopach i siedzi w domach i się setnie nudzi. Inni zaś mają pracy jak nigdy, tak związanej z potężnymi perturbacjami w gospodarce (działające firmy pracują w dużej części przez całą dobę) jak i pomysłami naszej władzy kochanej jak nauka zdalna w domach. A ponieważ jestem w właśnie w tej drugiej grupie, to z czasem w ostatnich tygodniach krucho. Temu też w internecie bardziej mnie nie ma niż jestem i dosłownie parę dni temu, nadrabiając ogromne zaległości, natrafiłem na bardzo frapujący tekst zamieszczony przez wspominanych tu już kilka razy autorów facebookowego profilu „Narodowości Pruskie”, już ponad dwa tygodnie temu. No i skrobiąc po kawałku napisałem ten tekst.


Gdy rok temu pochylałem się nad fenomenem tego typu popularyzatorskiej aktywności w internecie zwracałem uwagę na bardzo wyrafinowany poziom manipulacji, jaki stosują właśnie autorzy tego profilu w prezentacji swojej wizji historii. Tak się jakoś złożyło, że tego wątku mocniej nie pociągnąłem, obiecując sobie w duchu, że  przy najbliższej okazji to nadrobię. No i zeszło prawie rok, ale teraz natrafiłem na tekst, nad którym muszę się pochylić, by ten obraz był dokończony.

Jak kogoś sam wątek twórców tych treści interesuje to polecam swój tekst sprzed roku (a zwłaszcza ciekawe komentarzu samych twórców "Narodowości", którzy objawili się na moim blogu):
My naród z fejsa
 
Na portalu prowadzonym przez wspomnianych twórców profilu Narodowości Pruskie zamieszczono tekst pt. „Prusy - długa i kręta droga ku samodzielności” opowiadający o losach Prus Książęcych w dobie potopu szwedzkiego. Kto śledzi mojego bloga ten wie, że akurat wątki wojen polsko-szwedzkich są mi niezwykle bliskie, więc z gorącą herbatą zasiadłem do wnikliwej lektury, zaś po tej do tworzenia niniejszego tekstu...

Ale najpierw link do źródła:
Prusy - długa i kręta droga ku samodzielności


O tym, że będzie to ciekawy artykuł można się przekonać czytając już drugi, bardzo krótki akapit: „Wobec nierealności roszczeń rewindykacyjnych do tronu szwedzkiego, które podtrzymywał król Jan II Kazimierz, pretensje zamorskiego monarchy względem państwa nad Wisłą nie wydają się dziwne”.

W tym miejscu (ani w sumie w całym tekście) nie ma ani słowa więcej, ani o co chodzi z tymi roszczeniami Wazów, ani kim był ów „zamorski władca” i jakie konkretnie miał pretensje. Każdego, kto ciut bardziej interesuje się historią nowożytnej Europy zastanowi owe, dość ahistoryczne wartościowanie konfliktów spowodowanych sporami dynastycznymi. I dość zastanawiający brak wiedzy, że owe „nierealne roszczenia” były niezwykle mocną kartą przetargową w negocjacjach ze Szwedami, z której skorzystano jeszcze w trakcie ustalania zapisów pokoju oliwskiego. To, że Szwedzi ostatecznie (mimo sukcesów odniesionych w potopie) zgodzili się na zachowanie przez Jana Kazimierza tytułu króla Szwecji przy jednoczesnym zrzeczeniu się przez niego pretensji do realnej władzy w tym kraju, najlepiej świadczy, że coś w tym miejscu, w tej narracji, mocno nie gra.


Sformułowania te zdają się mieć jednak jasny cel – ustawić tak cały wywód by jasnym było kto był winny późniejszych zdarzeń.  W kolejnym akapicie anonimowy autor podkreśla jeszcze ten fakt używając mocniejszego stwierdzenia: wojna polsko-szwedzka to „absurdalny spór o szwedzki stołek”.

Żeby była jasność. Gdyby tego typu zwroty pojawiły się w jakimś pisanym, z przymrużeniem oka i dużą tolerancją dla historycznych faktów, materiale w stylu Wojtka Drewniaka z „Historii bez cenzury”, purysta mógłby się tylko skrzywić i machnąć jednak ręką. Ale tu mamy rozbudowany tekst (z bibliografią!) bez dwóch zdań pretendujący do poważnej publicystyki popularyzatorskiej, więc stwierdzenie, że spór dynastyczny Wazów był „absurdalny”, zaś Karol X Gustaw miał jakieś „nie wydające się dziwnymi” pretensje do Rzeczpospolitej zapala w głowie lampkę ostrzegawczą.


Czytamy kolejne akapity o negocjacjach polsko-szwedzkich i roli w niej księcia pruskiego Fryderyka Wilhelma.  Z kolejnymi stwierdzeniami, że Jan Kazimierz podtrzymywał nierealne roszczenia, że jego stanowisko w momencie objęcia tronu przez Karola X Gustawa się usztywniło i... Zaraz, zaraz. Ani słowa o tym, że między Rzeczpospolitą a Szwecją od dwóch dekad panował rozejm, który miał obowiązywać aż do 1660 roku. I jeszcze w początkach 1654 roku nikomu ani w Sztokholmie ani w Warszawie nawet się nie roiło, że oba kraje sięgną przed tą datą za broń, zaś toczące się negocjacje miały zapobiec by ów rozejm przekształcić w stały pokój.

A dalej zaczyna być wesoło.

„Ponowienie pretensji do tronu szwedzkiego i kwestionowanie praw sukcesyjnych Karola Gustawa doprowadziło do zerwania rozejmu. Jako że Rzeczpospolita była krajem >>miłującym pokój<<, wdała się w maju 1654 roku w kolejną wojnę, tym razem polsko-rosyjską, co skłoniło Karola Gustawa do podjęcia działań zbrojnych”.


Abstrahujmy już od faktu czy Rzeczpospolita była, czy nie była krajem „miłującym pokój”, bo to akurat wyjątkowo niezręczne użycie propagandowego chwytu z czasów nieboszczki ZSRR. Zwłaszcza, że uczeń polskiej podstawówki się dowiaduje, że w XVII wieku nasz kraj w jednych wojnach się bronił, a w drugich był agresorem. Ale ta nieukrywana pretensja do Rzeczpospolitej, że „wdała się” w wojnę polsko-rosyjską w 1654 roku... No takich rzeczy to nie pisali nawet autorzy pesudohistorycznych prac z czasów minionych, którzy stawali na głowie by wykazać, jako to złą Rzeczpospolitą ukarali prawi Kozacy i dobry car. Wiele rzeczy można napisać o tym konflikcie, ale to, że władze w Warszawie miały w 1654 roku jakikolwiek wpływ na to, że Rosjanie zaatakowali, to fantazji trzeba niezłej.


Dalej mamy dość obszerny opis negocjacji z 1654 i 1655 roku między Szwecją, Brandenburgią i Rzeczpospolitą, z którego wynika jasno, że lojalny lennik Fryderyk Wilhelm stawał na głowie, by powstrzymać wojnę Polaków ze Szwedami. W podsumowaniu tego wywodu czytamy zaskakujący passus: „Niestety, głupota i naiwność polityczna Jana Kazimierza wyobrażającego sobie, iż Szwecja za cenę tytułu królewskiego wyrzeknie się wojny z Polską i zawrze z nią sojusz przeciwko Moskwie, ograniczyła elektorowi swobodę manewrów politycznych”.


Zaraz, zaraz. To jednak powodem wojny nie był „absurdalny spór o stołek szwedzki”? Król Jan Kazimierz był gotów zrzec się tytułu za pokój ze Szwedami? To jakie były prawdziwe powody szwedzkiej agresji? Niestety pozostają one słodką tajemnicą autora naszego artykułu. Najważniejsze, że w tym momencie polskiego władcę mamy już mocno obsadzonego w roli naiwnego głupca, który sam był sobie winien temu, co się wkrótce stało.


Dalej mamy ciekawy fragment o tym, jak doradcy księcia Fryderyka Wilhelma już w roku 1654 wskazywali mu na liczne korzyści, jakie może wynieść z tworzącej się sytuacji politycznej. Konkluzja autora jest taka, że mieli oni ponoć doradzać władcy neutralność i walkę o poluźnienie zależności od Warszawy. Co ciekawe w kontekście wiążących Polskę i Prusy zależności nie ma ani cienia refleksji nad tym jaką rolę w decyzji o szwedzkiej inwazji odegrały negocjacje Berlina ze Sztokholmem, toczone w pierwszej połowie 1655 roku, choć z zamieszczonego opisu jasno wynika, że władca prusko-brandenburski nie tylko deklarował neutralność w nadchodzącej wojnie, ale po prostu ustalał warunki sojuszu. No i do podpisania sojuszu w tym momencie niby nie doszło, a z artykułu się dowiemy nawet, że:  „Celem zabezpieczenia został podpisany traktat z Holandią, który miał za zadanie pokrzyżować ekspansywne plany Szwecji i postawić elektora w dogodniejszej pozycji wobec Karola Gustawa pod warunkiem, że Polacy zdobędą się na zbrojny opór wobec Szwedów”.

Czyli czytając literalnie te wywody: W celu zapobieżeniu wojnie elektor brandenburski negocjuje  ze Szwedami sojusz, a gdy jego warunki nie są satysfakcjonujące zabezpiecza się umową z Holendrami, licząc, że Polacy odeprą szwedzki najazd... Pytanie dla uważnego czytelnika: Jeśli tak, to Karol X Gustaw był czy nie był przekonany, że Polacy mogą liczyć na wsparcie swojego pruskiego lennika w tej wojnie? Czy takie negocjacje zachęcały, czy zniechęcały szwedzkiego króla od inwazji?  Być może coś by tu wyjaśniało jasne opisanie jej powodów, ale to dalej pozostaje słodką tajemnicą autora tekstu.


Następnie mamy dość skrótowy opis szwedzkiej inwazji z 1655 roku, kapitulację pod Ujściem i ugodę w Kiejdanach. Oraz wywód na temat tego, jak twarde warunki szwedzkie: „ (…) dostarczenia 10 000 wojska, rezygnacji z sojuszu z Holandią, zgody na swobodny werbunek żołnierzy we wszystkich krajach Hohenzollerna, obsadzenia Kłajpedy na czas wojny przez załogę szwedzką, zaprzysiężenia komendanta Pilawy na imię króla szwedzkiego i przyznania Szwecji połowy dochodu z ceł pruskich”, usztywniły stanowisko elektora. I jak to doszło do „niewypowiedzianej wojny szwedzko-brandenburskiej” i układu w Ryńsku z Prusami Królewskimi.

Co ciekawe nie ma tu najmniejszej refleksji na temat tego, że inwazja na Rzeczpospolitą i błyskotliwe zwycięstwa szwedzkie spowodowały, że Karol X miał niezwykle mocną pozycję, zaś elektor płacił właśnie cenę za wcześniejsze kunkatorstwo. Szwedom sojusznik był potrzebny przed inwazją (a także po tym jak sytuacja w Polsce zaczęła się komplikować), a nie zaraz po jej sukcesie. W każdym razie z przedstawionego opisu wynika jasno, że elektor w swoim najlepiej pojętym interesie powinien podjąć walkę. Dalej mamy chyba najciekawszy fragment w całym tekście.


Otóż 12 listopada 1655 roku w Ryńsku przedstawiciele Prus Królewskich oraz Księstwa Pruskiego podpisali układ o wspólnym stawieniu oporu Szwedom. „Królewiacy” gotowi byli oddać dowództwo elektorowi, a nawet wpuścić jego żołnierzy do własnych twierdz, dając w zamian własne, nie tak małe siły (choć dużo słabsze i od szwedzkich i od pruskich) oraz rzeczone twierdze, której jak się okazało były dla Szwedów poważnym wyzwaniem. Powiem szczerze znając ideologię przyświecającą autorom „Narodowości Pruskich” o tym, że istniały i istnieją jedne Prusy, w granicach dawnego państwa krzyżackiego, liczyłem, że ów akt, będący wspólnym dziełem obu części Prus poddany zostanie jakiejś dogłębnej analizie, a może nawet jakiejś próbie mitologizacji.


Ale nie. Przedstawiono pokrótce jego postanowienia, a potem mamy rzewną opowieść o historycznym determinizmie:
„Na przełomie listopada i grudnia główne siły szwedzkie dowodzone osobiście przez Karola Gustawa wkroczyły do Prus Królewskich i Warmii, co było równoznaczne z podjęciem kroków wojennych wobec Fryderyka Wilhelma. Przyparty do muru wzbraniał się przed zajęciem wyraźnego stanowiska tak długo, jak było to możliwe. Jego wojska nie stawiając oporu wycofywały się w kierunku Królewca. W końcu grudnia wojska szwedzkie stanęły u bram stolicy Prus Książęcych. Przebywający w otoczonym przez Szwedów Królewcu Fryderyk, pozbawiony jakichkolwiek widoków na pomoc swojego suzerena Rzeczypospolitej, zdecydował się na podjęcie rokowań. Rozmowy dotyczące kapitulacji z pozycji szwedzkiej siły zostały rozpoczęte 2 stycznia 1656 roku przy pośrednictwie francuskiego ambasadora, a zakończyły się 17 stycznia”.


Przeczytajmy jeszcze raz i streśćmy: Król szwedzki postawił elektorowi tak ciężkie warunki, że ten był gotów na wojnę. W tym celu zawarł sojusz z Prusami Królewskimi i zgromadził dość silną (około 20 tys.) armię. Gdy jednak Karol X wyciągnął szablę z pochwy i ruszył na Prusy Królewskie oblegając Toruń, książę-elektor nagle zaczął się „wzbraniać przed zajęciem stanowiska” i wycofał swoje siły (którymi miał bronić Prus Królewskich) by potem „w otoczonym przez Szwedów Królewcu” podjął rokowania i ostatecznie zawał ze Szwedami sojusz.


A teraz popatrzmy na fakty. Armia szwedzka, która w 1655 roku dokonała inwazji na Rzeczpospolitą nie była zbyt liczna, liczyła maksymalnie około 30 tysięcy ludzi. W listopadzie i grudniu 1655 roku była rozrzucona na wielkiej przestrzeni. Atak na Prusy Królewskie przeprowadził tylko korpus generała Steinebcka, liczący najpewniej ledwo koło 10 tysięcy ludzi. Toruń bronił się tydzień, ale w reakcji na bezczynność elektora zdecydował się na kapitulację. Dalej Szwedom poszło już o wiele trudniej. Co prawda dzięki ostrej zimie (zamarzły jeziora otaczające zamek) zajęli po krótkim oblężeniu drugą, najważniejszą twierdzę pokrzyżacką, czyli Człuchów, ale sam Malbork okazał się już orzechem nie do zgryzienia i wojska szwedzkie utkwiły pod nim do marca 1656 roku. To, w połączeniu z niekorzystnym rozwojem sytuacji na południu Polski, spowodowało, że nie doszło nawet do próby zajęcia Gdańska czy Pucka. Co prawda wojewoda Wejher sam Malbork musiał Szwedom oddać, gdy skończyły się zapasy, ale w zamian całą załogę wyprowadził do Gdańska i kontynuował antyszwedzkie działania wojenne.


Zatem popatrzmy na mapę. Gdzie Malbork, gdzie Królewiec? Sama armia elektorska pewnie dorównywała (jak nie przewyższała, przynajmniej liczebnie) w tym momencie  siłom szwedzkim jakie ci mogli wyprawić do walki w Prusach, a w sojuszu z, obsadzającymi niezłe twierdze Prus Królewskich, siłami podległymi polskiemu władcy? Wystarczyło zrealizować układ ryński podpisany ledwo kilka tygodni wcześniej i najpewniej Szwedzi nie byli by w stanie zająć nawet Torunia. A przypomnijmy, że już pod koniec grudnia sytuacja szwedzka się komplikuje, bo armia koronna zdecydowanie zrywać zaczyna współpracę ze Szwedami, a tuż po świętach Litwini zawiązują konfederację w Tyszowcach.


Nic dziwnego, że nie tylko w polskiej, ale zwłaszcza w pruskokrólewskiej pamięci to zachowanie Fryderyka Wilhelma traktowano nie tylko jako zdradę, ale jako wręcz podstępną próbę sparaliżowania obrony Prus Królewskich.  Że właśnie od tego obłudnego złamania układu ryńskiego datuje się zdecydowana wrogość elit Prus Królewskich do Hohenzollernów. Ale w omawianym tekście dowiemy się jedynie, jak to w oblężonym ponoć Królewcu elektor zmuszony został do sojuszu beznadzieją swego położenia...


W tym kontekście brzmi jak dość ponury żart stwierdzenie, że prusko-szwedzki układ to „spore osiągnięcie negocjacyjne” elektora.

Zaś potem mamy niezwykle ciekawy fragment omawiający udział elektora w walkach z Rzeczpospolitą. Mimo szwedzkich porażek Fryderyk Wilhelm pozostaje sojusznikiem Szwedów bo: „Zamiast gruszek na wierzbie, Fryderyk  zdecydował się na przyjęcie realnych korzyści, które dawał mu sojusz militarny ze Szwecją(...). Szwedzi, chcąc go ułaskawić, w zawartym w Malborku 25 czerwca 1656 roku układzie przyznali Hohenzollernowi w udzielne i dziedziczne władanie cztery województwa wielkopolskie: poznańskie, kaliskie, łęczyckie i sieradzkie wraz z ziemią wieluńską”.


Przypomnijmy, że już pół roku wcześniej w słynnej scenie sportretowanej przez Sienkiewicza, gdy podobnie w swej treści nadania król szwedzki obiecywał „Sobiepanowi” Zamoyskiemu, to ten jakimś cudem nie chciał potraktować ich jako „realne korzyści”, wybierając „gruszki na wierzbie”, czyli lojalność wobec swojego władcy.


Swoistym mistrzostwem oględności jest tu też sformułowanie: „Udział w planowanym rozbiorze Rzeczypospolitej, który został uzgodniony w układzie z księciem siedmiogrodzkim Rakoczym, zawartym w Radnot na Węgrzech, nie przeszkodził dyplomacji Fryderyka w rozmowach z królem Polski, szczególnie że Fryderyk nic nowego dzięki układowi nie zyskiwał, a był jedynie figurantem”.  Tak, Fryderyk w negocjacjach nad tym traktatem czynnego udziału nie brał, ale zabezpieczał on jego „realną” władzę w Wielkopolsce, a co istotniejsze, ujęcie go w jego postanowieniach ośmieliło Jerzego Rakoczego do niszczycielskiego, acz wręcz samobójczego ostatecznie, najazdu na Rzeczpospolitą.

Zaś chyba najbardziej charakterystyczne są wywody na temat polsko-tatarskiego najazdu na Prusy Książęce.

Zacytujmy: „Czarną kartą historii tego czasu są wyprawy oddziałów polsko-litewsko-tatarskich na teren Prus Książęcych. Po bitwie pod Prostkami Gosiewski (ten, który rok wcześniej w Kiejdanach podpisał akt uznania za swojego pana Karola Gustawa) wysłał poselstwo, które 13 października przybyło nad Pregołę i przedstawiło propozycję powstrzymania najazdu, jeśli elektor porzuci stronę szwedzką. Wkroczenie wojsk Rzeczypospolitej do Prus było zbrojną demonstracją, formą nacisku na lennika, szkoda że tak łupieżczą i krwawą. Fryderyk, jak twierdził rezydent szwedzki na jego dworze, znalazł się w trudnej sytuacji i miał moment wahania, tym bardziej, że docierały do niego supliki stanów pruskich z żądaniami dotrzymania wierności Janowi Kazimierzowi. Wobec bliskiej perspektywy spustoszenia kraju, w tajemnicy przed rezydentem szwedzkim, posłał do Gosiewskiego pułkownika Sey >>prosząc, aby się dalej nie posuwał, ponieważ ma nadzieję prędkiego pokoju z królem, do którego już wyprawił swego radcę<<. Niestety, na niewiele się to zdało i żądne krwi oddziały zaczęły pustoszyć ziemię pruską”.

 I dalej: „Do połowy lutego 1657 roku spalonych zostało 13 miast pruskich: Ełk, Olecko, Pasym, Orzysz, Węgorzewo, Gołdap, Giżycko, Działdowo, Ryn, Dąbrówno, Srokowo, Pisz i Wielbark. W popiół obrócono 249 wsi i 37 kościołów. 23 tysiące osób zostało zamordowanych. 34 tysiące Prusaków uprowadzono w jasyr na Krym. Pozbawieni domostw, żywego inwentarza i zboża mieszkańcy umierali z głodu i epidemii dżumy, które pochłonęły 80 tysięcy ludzkich istnień. Jakim zdziczeniem wsławiły się wojska polsko-litewskie, niech nam unaocznią przykłady: dziedzica Kamionki pod Mrągowem poćwiartowano, a burmistrza Gołdapi żywcem na rożnie upieczono”.


Czy są tu jakieś kłamstwa, albo nie zgadzają się fakty? Ależ nie. Ale każdego ciut lepiej orientującego się w całej tej historii dziwi, dlaczego właśnie spustoszenie Prus Książęcych ma być tą „czarną kartą tej historii”? A nie spustoszenie przez Szwedów Prus Królewskich zdradzonych przez elektora? Albo Mazowsza i Warszawy pustoszonych właśnie przez wojska elektorskie? Albo środkowa Polska niszczona przez Siedmiogrodzian? Jakie znaczenie miały obłudne prośby elektora, skoro walczył z Rzeczpospolitą jeszcze przez kolejny prawie rok? Nie ma co ukrywać tak właśnie, krwawo i okrutnie, wyglądało większość ówczesnych wojen. Armie, nawet w czasach pokoju, żyły na koszt miejscowej ludności, o czym wiedzieć powinien każdy czytelnik sienkiewiczowskiego „Potopu” (kompania Kmicica się tu kłania), a co dopiero popularyzator historii. W tym miejscu raczej oczekiwać by można jakiejś refleksji nad polityczną konsekwencją elektora, którego nie wzruszyły te ofiary i czekał (skutecznie) na pojawienie się z polskiej strony atrakcyjniejszej oferty negocjacyjnej. Albo nad losem ludności cywilnej, której przychodziło płacić straszną cenę za realizację politycznych planów własnych władców.

 Ale nie, dowiadujemy się jedynie, że to przykład nadzwyczajnego zdziczenia wojsk Rzeczpospolitej, które, tak na tle swojej zwykłej praktyki, jak i na tle wszystkich (także elektorskiej) innych armii zachowywała się w Prusach Książęcych dość standardowo, jak to bywa w kraju wroga...

Na tym tle aż zaskakujące jest dość suche przedstawienie postanowień traktatów welawsko-bydgoskich, kończących cały artykuł...


Tak szeroko omówiłem ten artykuł, gdyż jest on pięknym przykładem wyrafinowanej manipulacji mającej oddziaływać na emocje czytelnika. Nie jest to łopatologia polegająca na ordynarnym fałszowaniu faktów, albo wychwalaniu, lub odsądzaniu od czci i wiary niektórych z bohaterów historycznych wydarzeń. Tu mamy do czynienia z sprytnym naszkicowaniem pewnych procesów. Władca polski jest głupcem wplątującym kraj w niepotrzebną wojnę. Elektor zaś sprytnym i zapobiegliwym gospodarzem, który ustępuje pod wpływem biegu wydarzeń.  Zaś gdzieś w tej całej opowieści ginie najciekawszy element tej historii. Choć autorem jest (a może są, bo kto wie, czy to nie praca zbiorowa?) piewca zjednoczonych Prus, nie raz i dwa podkreślający swoje przywiązanie do tradycji Prus Królewskich, to w żadnym miejscu nie widać odwołania do tej właśnie perspektywy. Nie dowiemy się bowiem,  jak to się stało, że dysponujący znaczną armią elektor Fryderyk  stanął pod ścianą, czując się oblężonym w Królewcu, przez słabsze siły szwedzkie, oblegające w rzeczywistości odległy o dziesiątki kilometrów Malbork, bo decydenci z Prus Królewskich na czele z braćmi, wojewodami Wejherami, mającymi o wiele skromniejsze siły zdecydowali się stawić Szwedom opór i jakoś w sytuacji bez wyjścia się nie poczuli.


Trudno nie odnieść wrażenia, że mimo deklarowanej w innych miejscach niechęci do elektorów brandenburskich i tamtejszej linii Hohenzollernów, to w omówionym tekście zwyciężyła chęć tradycyjnego (dla autorów  tego portalu i facebookowego profilu) pokazania, jaki fatalny wpływ na dzieje Prus miały polskie rządy, czego najjaśniejszym przykładem było zdziczenie wojsk Rzeczpospolitej pustoszących włości elektora, który przecież nie uczynił nic ponad zdradę i czynnym udziałem w pustoszącym od ponad roku najeździe na Rzeczpospolitą...










Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka