Aglarion Aglarion
418
BLOG

O istocie komendariusza

Aglarion Aglarion Polityka Obserwuj notkę 0

Wstępując w ponury cień litery tego tekstu każdy czytający winien zdawać sobie sprawę z tego, że jest on niczym innym jak znamieniem i zarazem miarą upadku czasu dnia dzisiejszego. I o tym stanowi nie tyle nawet właściwie rozgrywające się w nim rozważanie, co sam jego horyzont; ten zakreśla nasze spojrzenie w przestrzeni wegetacji istoty podłej – komendariusza. Zdrowa kultura – ta, która nie rozwija się jedynie de nomine – nigdy nie koncentruje swojej uwagi na tym, co gorszące, co znaczy: wywołujące niesmak, lokujące myśl nie w dziedzinie wznoszenia i twórczości, lecz upadania i rozkładu. By jednak nie wykazać się intelektualną naiwnością: procesy gnilne są czymś pożądanym również na polu, pośród którego wszystko rozkwita i wzrasta – są one użyźniaczem gleby. Jednakże kiedy nawożenie staje się ważniejsze od owocowania – alegoryka aż nadto trafna dla dziedziny, która znajduje swe imię w łacińskim cultus agri – to widomy znak, że przestało być ono tym, co zalega u podstaw czegoś donioślejszego i stało się raczej cierniem w oku. W ten smak traktuję właśnie tematyzację komendariusza; dostatecznie już odstręczająca w afirmatywnej optyce szarotęczowej, staje się przeraźliwie niepokojąca jako przedmiot w dłoni intelektu istot szlachetnych, mądrych i pięknych.

Jedno z pierwszych, wyraźnych uderzeń tego dzwonu o ponurej tonacji stało się udziałem Fryderyka Nietzschego; przepowiadał on nadejście dnia ostatniego człowieka, tegoż właśnie komendariusza, roztaczając przy tym duszną wizję jego stadnej dominacji : "Żadnego pasterza, sama trzoda! Każdy jest równy, każdy chce działu równego. Kto inaczej czuje, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych". Czy nie brzmi to aż nadto znajomo? Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, że Nietzsche – podobnie jak autor tych słów – nie był krótkowidzem estetyczno-intelektualnym; komendariusz to postać w kulturze – pojmowanej, w szerokim sensie, jako czasoprzestrzeń istot rozumnych – stale obecna; widać to chociażby w tym już wcześniej przedłożonym przeze mnie, agrarnym obrazie. Jednakże rola, którą zawłaszczył sobie u zarania czasu dnia dzisiejszego ustawiła go w patologicznej dlań pozycji twórcy, co znajduje odzwierciedlenie w światoobrazie, który możemy obecnie podziwiać. Kim jednak jest (czy może raczej – kim pozostaje) komendariusz i czemu zawdzięcza on miejsce, które przyszło mu obecnie zajmować?

Nie jest to miejsce na niełatwą ontologiczną, czy też raczej etyczną (w źródłowym, to jest pozamoralnym rozumieniu tego pojęcia znajdującym swe korzenie w greckim ethos) analizę tej postaci, tak więc ograniczę się jedynie do bardzo subtelnego szkicu, który pozwoli na lepsze zrozumienie aporii, jaka stała się jego udziałem wraz z osadzeniem go na pozycji architekta kultury. Swoje miano komendariusz uzyskuje w okresie wczesnofeudalnym i wiąże się ono cywilnoprawnym aktem komendacji, czyli oddania się osoby wolnej w poddaństwo w zamian za opiekę; już sama ta informacja mogłaby być wystarczającą dla zrozumienia, z jakim to rodzajem istoty przychodzi nam tutaj obcować. Co oczywiste – i co również już zostało wspomniane – słowem „komendariusz” nie opatruję tutaj grupy osób związanych z konkretną epoką historyczną, lecz pewną duchową dyspozycję do wyrzekania się wolności oraz w jej cień kroczącej odpowiedzialności. Komendariusz jest w swej istocie egoistą, a więc egoistą w rozumieniu substancjalnym; zwierzęciem obżerającym się własnym tłuszczem. Wiecznie zadowolony z bycia tym, czym jest, pożąda jedynie spokoju. Nie pragnie niczego nowego, niczego Piękniejszego i Wznioślejszego. Atrybutem komendariusza jest lustro, które w sposób możliwie najdokładniejszy pozwala mu na kontemplację jego własnej physis. Nie dąży on do władzy ani wiedzy: z jednym i drugim wiąże się bowiem odpowiedzialność, zaś samo ich zdobywanie jest aktem wolnym i twórczym, więc: nieegoistycznym. I z tejże racji komendariusza przerażającym. W zdrowej kulturze rola komendariusza sprowadza się do prokreacji i wykonywania swoich obowiązków względem Pana; ten ostatni pełni właściwą rolę architekta, twórcy kultury, Artysty. Warto w tym miejscu pokusić się o dokonanie pewnej demitologizacji: komendariusz nie jest takim z winy Pana, on po prostu nie pragnie stać się czymkolwiek innym. Co więcej, sama taka perspektywa budzi w nim przerażenie; stąd spogląda on na wszystko co wyższe i Piękniejsze od niego samego tak z nieufnością, jak i z nabożnym strachem. Jest bowiem komendariusz istotą religijną, co wynika wprost z jego potrzeby poddaństwa: spoglądanie w górę daje mu poczucie bezpieczeństwa – w końcu ktoś czuwa nad jego marnością – ale wcale nie przydaje mu chęci do wznoszenia się. Szczęściem jest dla niego, że istnieje nieboskłon oddzielający go od przerażającej Gwiazd dziedziny.

Co więc stało się przyczynkiem dla destrukcji tego kosmosu? Można tego szukać, moim zdaniem dosyć paradoksalnie, w nieświadomości co do istoty komendariusza, jaka stała się udziałem niektórych myślicieli. To ona właśnie znalazła się u podstawy szeroko ujętego socjalizmu, a osiągnęła swoje apogeum w dziełach młodoheglistów. Można powiedzieć, że tezy głoszone przez Feuerbacha, które stały się jedną z głównych inspiracji Karola Marksa ujmowały w sposób doskonale subtelny kwestię religijności komendariusza, jednakże przy tym najzupełniej lekceważyły jego perspektywę oraz możliwość jej ewolucji. Młodohegliści – uniwersalizując swój arystokratyczny punkt widzenia – uznali, że naczelnym celem którego realizacja winna stać się ich udziałem jest wzbudzenie zalegającej głęboko w nieświadomości komendariuszy chęci emancypacji rozumianej nie jako uwolnienie się o d czegoś, lecz d o czegoś; Marks śnił przecież wprost o społeczeństwie artystów, istot wolnych, które mogą rano polować, po południu łowić ryby, wieczorem paść bydło, a po jedzeniu krytykować. Zrozumienie tego, jak bardzo i nie uwzględniającym swego rodzaju ontologicznego perspektywizmu myśleniem były koncepcje młodoheglistów i socjalistów w ogóle, stało się chyba najszybciej udziałem Dostojewskiego, który w trakcie swojej zsyłki na Syberię (kary za udzielanie się w konspiracyjnych spotkaniach Koła Pietraszewskiego) dostrzegł nienawiść, jaką tzw. poczwa – lud, rosyjscy komendariusze – żywiła względem socjalistycznych rewolucjonistów jako burzycieli boskiego porządku; byli oni im podwójnie obcy, po pierwsze – jako Panowie, po drugie – jako ci, którzy chcieli poprowadzić ich w sferę, która budziła ich przerażenie: w przestrzeń wolności.

Zaślepienie, z jakim socjaliści dążyli do realizacji idei emancypacyjnych wywołało tak zwaną katastrofę wieku dwudziestego, którą osobiście uznaję jedynie za dosyć tragiczne, ale wciąż jeszcze li tylko preludium. Poczynając od blankistowskiej rewolucji w Rosji, a kończąc na traktacie z Maastricht dokonało się ostatecznie rozwiązanie kulturalnego porządku Europy; w zamian za to powołano opartą na powszechnej komendacji równinę. Spójrzmy na bieg wydarzeń biorąc za pryzmat perspektywę komendariusza: okazało się, że dla utrzymania jego wegetacyjnej egzystencji Panowie nie są w ogóle potrzebni. I rację mieli w tym wszyscy socjaliści; okazało się jednak, wbrew mrzonkom Marksa, że nieuprawiana gleba wcale nie wydaje owoców: jest po prostu gnijącym, porośniętym chaszczami bagnem. Komendariusze zamiast sięgnąć gwiazd – strącili je w błoto, co można zresztą podsumować w upiorny wprost sposób przywołując słowa pewnego wybitnego rewolucjonisty: „Zaproś chłopa do domu, a on położy nogi na stole”. U źródeł tego wszystkiego tkwi pewne bezimiennie przewijające się pośród litery tekstu mojego rozważania odczucie, charakterystyczne dla istoty komendariusza, które wspominany już Nietzsche określał jako resentyment. Jest to nie tyle zawiść, co wypełzający z egoizmu wstręt do wszystkiego, co wyższe i Piękniejsze, czyli tego, co zawsze stanowiło o kulturowej ewolucji. Dopóki jawiło się to komendariuszowi jako tak niedostępne, jak i – z racji religijnego usposobienia jego istoty – stanowiące gwarant bezpieczeństwa, nie miał on odwagi podnieść przeciw temu ręki, zbrukać tego swą nieczystością. Nie miał odwagi zahamować rozwoju kultury. Nawiasem: szokujące stają się w tym kontekście obrazy z życia Jezusa Chrystusa; zdają się one swego rodzaju zwierciadłem drogi, którą przebyła cywilizacja Zachodu. By rozwiać wątpliwości – jesteśmy gdzieś w okolicach dwunastej stacji drogi krzyżowej.

Jak wygląda – w uproszczonym, lecz szeroko zakreślonym ujęciu – czas dnia dzisiejszego? Kultura jest właściwie martwa, czy też inaczej: przypomina jedną, wielką, ropiejącą ranę. Komendariusz przyjął nową (bardzo zresztą dlań charakterystyczną) religię: hedonistyczny kult materii, który jest prostą emanacją cechującego go egoizmu. Hasła wyznaczające obecnie horyzont istnienia zawierają się w czwórmianie: życie, żarcie, kopulacja, ochlokracja; dokładniejszy jego opis nie stanowi rzeczy tej rozprawy. Najistotniejszym jest fakt, że czwórmian ten stanowi swego rodzaju pancerny klosz nałożony na niedobitki Panów, osób o mentalności arystokratycznej, kulturotwórczej. Grupa ta – całkiem możliwe, że nie stanowiąca nawet dwudziestej części społeczeństwa – stała się, używając modnej obecnie terminologii, najbardziej bodaj wykluczoną z życia społecznego; jest to jednak marginalizowane, gdyż jako zbiór mniej lub bardziej wyrazistych indywiduów nie stanowi ona jednolitego, kolektywnego organu. Jako taka nie ma ona już właściwie możliwości żadnego wpływu na realną zmianę ochlokratycznego ustroju politycznego, gdyby zaś nawet jakimś cudem miała się ona dokonać, to z konieczności musiałaby być nietrwała – z racji braku stabilnego gruntu, na którym mogłaby się ona utrzymać.

Kończąc te rozważania na temat stanu kultury czasu dnia dzisiejszego – spróbuję choćby na chwilę ukazać to, o czym mówiłem ogólnie w przestrzeni konkretu. Wielu udzielających się na forum publicznym konserwatywnych liberałów nie jest, jak się wydaje, w stanie pojąć, jak możliwym jest utrzymywanie się tak „złodziejskiego” oraz jawnie gardzącego sprawiedliwością systemu politycznego, jaki mamy w Polsce. Wielu z nich – i całkiem słusznie – szuka przyczyn czy to w propagandzie medialnej, czy to w mentalności postpeerelowskiej. To jednak zdecydowanie za mało; problem tkwi bowiem w samej istocie komendariusza, która nie jest specyficznie „polska” i wspomniane warunki lokalne są dla niej co najwyżej jedynie ugruntowaniem dla warunków ogólnych, dla piętna obecnego czasu. Oglądający telewizję osobnik opisywanego rodzaju, widząc politycznego złodzieja X z partii Zielonej wcale nie bulwersuje się jego złodziejstwem; o furię przyprawia go to, że sam nie jest na tyle dobrym złodziejem, by być ministrem konstytucyjnym RP. Jest to jednakże złość płytka, widzi bowiem, że ów X jest takim samym jak on ludzkim zwierzęciem, takim samym komendariuszem. Idąc do wyborów – albo zdąży on zapomnieć o politycznych grzechach X-a i ponownie poprze go swym głosem, albo zagłosuje na inną, podobną mu bestię. To bowiem, co obecnie jest „rządem”, nie ma nic wspólnego z „panowaniem”: rządzący jest po prostu bardziej tłustym od przeciętnego pożeracza własnego tłuszczu wieprzem. Gdyby jednak ów oglądacz telewizji dostrzegł na szklanym ekranie (co jest wydarzeniem wprost unikatowym) istotę Piękną i Szlachetną, to – będąc istotą ireligijną sensie klasycznym, zaś dewotyczną w sensie religii współczesnej – gotów by był zebrać zgraję sobie podobnych i zrobić dosłownie wszystko, by owego nierozważnego Arystokratę wciągnąć w błoto – co przy obecnym porządku społecznym nie wymagałoby od niego wcale wielkiego wysiłku; to nie jest świat dla pięknych ludzi, dokonując ponuro-szyderczej parafrazy.

Czy jest jakakolwiek droga wyjścia, powrotu do kultury jako ewolucji, nie zaś stale postępującego regresu, zezwierzęcenia? Można powiedzieć, że trudno znaleźć w moich słowach jakiekolwiek tchnienie nadziei. Wydaje mi się jednak, że już nawet potencjalny niepokój, jaki budzi rozważanie tego rodzaju kwestii, niepokój wypływający z tematyzacji – brudnej i ponurej – istoty komendariusza może mieć pewien oczyszczający charakter. Przede wszystkim powinien się on przysłuży niełatwemu zadaniu, jakim jest zjednoczenie pozostałych w społeczeństwie jednostek twórczych; tych zaś rolą winno być stworzenie komendariuszom nowej religii, która zaburzyłaby stanowiący o ich stadnej dominacji kult materii; dominium substancjalistycznego egoizmu.

Aglarion
O mnie Aglarion

Znudzony filozof. Nie mylić z urzędnikiem z dyplomem filozoficznym.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka