„[...] A więc znak krzyża, znak wielowiekowej tradycji w Europie, stanowiący wartość już nie tylko religijną, ale także narodową, miałby zniknąć [...]"
Przed laty, przed moim rodzinnym domem rosła smukła, przepiękna jarzębina. Bardzo ją lubiliśmy, podobnie jak ptaki, które zimą zajadały się jej czerwonymi, smakowitymi owocami. Pod nią stała ławka, która była miejscem bardzo intensywnego życia towarzyskiego. Rano siadały tam nasze babcie i robiąc na drutach ustalały zasady i porządek kolejnych dni, po południu zasiadały mamy, starając się nieco ten porządek skorygować, a wieczorem my - podwórkowi "rewolucjoniści", którzy ten porządek często burzyliśmy. Ale z umiarem, bez przesady. W końcu to były nasze rodziny. Jak któryś z nas miał kłopot w zrozumieniu tych zasad, to wkraczali do akcji ojcowie i dziadkowie, by męską twardą ręką udzielić lekcji. Skutecznie. Jarzębina była symbolem tego miejsca, które było często początkiem, a czasem i końcem wielu naszych życiowych spraw, decyzji, planów; radości i dramatów. Tu pulsowało życie, a czasem zawitała i smutna pani-śmierć. Kilka metrów stąd zmarł mój ojciec, kiedy miałem siedem lat. Moja mama często siadała w cieniu tego drzewa, które otulało ją swoim łagodnym cieniem i cichutko szeptało do ucha szelestem gałązek i liści. To było szczególne miejsce. Wszyscy to podkreślali.
Jakiś czas później jarzębina zaczęła usychać. To był dla nas dramat, szok. Szukaliśmy przyczyny pojawiania się licznych białych plam na ziemi, wokół jej pnia. W końcu odkryliśmy (miejscowi "rewolucjoniści") tajemnicę powolnej jej śmierci. W nocy wychodził ze swojego domu z kubłem w ręku miejscowy prostak, cham do kwadratu (jak go określaliśmy) i wylewał wodę z solą. Musiał to robić systematycznie, od dłuższego czasu. Jarzębina była już właściwie martwa, wyschnięta niemal na wiór. Nasi ojcowie i dziadkowie sprali mu mordę. Nie mogli już jednak uratować tutejszego drzewa-symbolu. Zapytali go - Dlaczego to robisz?! Usłyszeli w pijackim bełkocie odpowiedź, wycedzoną z satysfakcją przez zęby - Bo to mnie wkurwia!
Mógł wziąć siekierę i próbować ściąć. Bał się tych, którzy ją tak cenili. Postanowił zniszczyć korzenie, po cichu, bydlacką metodą.
Wkrótce to miejsce opustoszało. Ławka stała nadal. Ale brakowało czegoś, co łączyło tutejszych mieszkańców. Znaku, symbolu, szczególnej aury... Na coraz bardziej zniszczonej ławce gromadziły się za to okoliczne szumowiny, moczymordy, z zabójcą drzewa na czele.
Europa oparta jest od wieków na wrastających w naszą cywilizacyjną glebę, korzeniach. Są nimi wartości, które były szanowane i bronione z wielkim męstwem i odwagą, w przeświadczeniu, że bez nich rozpadnie się ona jak domek z kart. Jedną z podstawowych wartości był i jest znak krzyża, symbol chrześcijaństwa.
Polski wkład w jego obronę był ogromny. 12 września 1683 roku wojska polsko-austriacko-niemieckie, dowodzone przez Jana III Sobieskiego, powstrzymały marsz armii Imperium Osmańskiego pod dowództwem wezyra Kara Mustafy, stanowiący zagrożenie dla chrześcijańskiej Europy.
W 1920 roku polskie wojska pod dowództwem Józefa Piłsudskiego zatrzymały marsz bolszewików na Europę. Gdyby nie było zwycięstwa, w Warszawie, Berlinie, Paryżu, a może także w Madrycie i Lizbonie w kościołach byłyby spichlerze, kina, kluby sportowe z czerwonymi gwiazdami na wieżach. Krzyże wywalono by do piwnic, przetopiono metalowe na szyny kolejowe, rozbito marmurowe w drobny mak, lub wyłożono nimi przedsionki domów notabli partyjnych.
Wydawałoby się, stare to dzieje. Europejskie drzewo kwitnie w objęciach m.in. przepełnionej humanizmem Unii, a korzenie...
W połowie marca br. w Wielkiej Izbie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu zapadł wyrok uznający, że obecność krzyży w klasach szkolnych nie ogranicza wolności religijnej uczniów, ani prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.
Kto w tym wypadku starał się "kubełkiem wypełnionym wodą z solą" niszczyć korzenie cywilizacji europejskiej? Pewna Finka - Soile Lautsi, mieszkająca we Włoszech w pewnej niewielkiej miejscowości w pobliżu Padwy i walcząca od lat z tym krajem o zdjęcie krzyża ze ściany szkoły, do której uczęszczało dwoje jej dzieci. Przegrała we Włoszech, skierowała sprawę do Strasburga. Proces trwał dziewięć lat, a w obronie krzyża (czyt.: w tym, wartości Europy) stanęły jak jeden mąż, obok Italii: Armenia, Bułgaria, Cypr, Grecja, Litwa, Malta, Monako, San Marino, Rumunia i Rosja. Ktoś zapyta - a Polska, gdzie była? No cóż, zajęta była usuwaniem krzyża z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie, który był dla rządzących, a także (doprawdy, zadziwiające!) niektórych hierarchów kościelnych problemem, "z którym należało zrobić porządek".
- Miejsce krzyża jest w kościele, a nie na ulicy - pokrzykiwano, przy tej okazji "nie zwracając uwagi" na bydlaków gaszących papierosy na plecach modlących się przed nim starszych kobiet, sikających pod krzyżem odmóżdżonych "medialną papką" chłystków. Sobieski z Piłsudskim zapewne w grobie się przewracają, ale oni to już tylko w zakurzonych podręcznikach historii. Absens carens, a może inaczej - obecni coś ważnego tutaj tracą.
"Chrześcijańska symbolika to integralna część tożsamości wielu narodów. Krzyż jest obecny na wielu flagach państwowych, nie przez przypadek widnieje także na karetkach pogotowia. Jest obecny w sztuce i architekturze. Jak można odcinać się od własnych korzeni?"* Te słowa wypowiedział adwokat, obrońca zachowania krzyża w szkole w Abano Terme koło Padwy - Joseph H.H. Weiler**. Nie tylko w szkole, konsekwencją zwycięstwa Soile Lautsi mogłyby być o wiele poważniejsze. Krzyż jest przecież na wielu flagach państwowych, np. Szwajcarii, Szwecji, Norwegii, Grecji i wielu innych. W Wielkiej Brytanii kościół jest kościołem państwowym, a królowa Elżbieta II, podobnie jak jej poprzednicy, jego zwierzchnikiem. Podobnie jest np. w Danii (luteranizm). A więc znak krzyża, znak wielowiekowej tradycji w Europie, stanowiący wartość już nie tylko religijną, ale także narodową, miałby zniknąć? A co z królową...
Joseph H.H. Weiler nie był obecny podczas ogłaszania wyroku w Strasburgu. Był piątek, dzień szabasu. Będąc ortodoksyjnym Żydem nie mógł pozwolić sobie na łamanie zasad swojej religii. Jako jeden z naszych starszych braci w wierze (tak określił ten Naród Jan Paweł II), stanął w obronie młodszych braci spod znaku krzyża, chrześcijan. Braci coraz mniej pewnych swoich własnych wartości, coraz częściej podcinających korzenie własnej tożsamości. Dlaczego to zrobił...?
Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie wracam znów pamięcią do smukłej, pięknej jarzębiny. Na ławce koło niej siedzieli obok siebie Polacy, ale też i Żydzi. Pamiętam jedną z rodzin tej narodowości, bardzo kulturalną, pełną ciepła i życzliwości wobec wszystkich sąsiadów. Kiedy ten opisany na początku bydlak zniszczył tutejsze drzewo-symbol, skazując go na obumarcie, zagładę, zżyta i skupiona wokół niego od lat społeczność powoli rozeszła się, zamknęła w swoich domach, a niszczejącą ławką zawładnęła grupa wyznawców całkiem innych wartości. I o to mu tak naprawdę chodziło. Wystarczyło zniszczyć korzenie...
* Cytat z wywiadu Piotra Zychowicza z Josephem H.H Weilerem, „PlusMinus” (Tygodnik Rzeczpospolita), 26-27 marca 2011 r.
** Josephe H.H Weiler, ur. w 1951 roku w RPA jest wybitnym specjalistą ds. prawa międzynarodowego. Związany z New York University Law School, wykłada też na wielu znanych uczelniach na całym świecie. Był członkiem komisji prawnej Parlamentu Europejskiego, która przygotowywała traktaty z Maastricht i Amsterdamu. Autor wielu artykułów i książek, m.in. "Constitution of Europe" (1998) oraz wydanej w Polsce "Chrześcijańskiej Europy" (2003), o której napisał ojciec Maciej Zięba: "Profesor Weiler, amerykański ortodoksyjny Żyd, nie obawia się głośno powiedzieć tego, o czym europejskie środowiska akademickie wolą milczeć, a co politycy i media chcą pomijać".



Komentarze
Pokaż komentarze (8)