Ten refleksyjny tekst napisałem jakiś czas temu. Okazuje się, że nie traci nic na aktualności. Myślałem, że po wyborach słupki sondażowe zostaną odstawione na jakiś czas w kąt. A skąd! "Przeczytaj, jakie ma poparcie ta, a ile tamta partia tydzień, dwa po oddaniu twojego głosu!" - czytam i baranieję z wrażenia. Jedna z nich, zwycięska, siedzi na potężnym słupie i z rozbawieniem patrzy na "zadymę" w mediach, która skutecznie przysłania istotne problemy naszego kraju. Ziobrzyści kontra Kaczyński, palikotowcy kontra Krzyż, Kalisz kontra Miller, itd., itd. Nie jestem politologiem, postanowiłem zająć się tym zjawiskiem od strony literackiej...
W pewnej pięknej krainie, po kilku latach władzy bezlitosnych katów i rębajłów ganiających od świtu do nocy za podejrzanymi cyrulikami, odralniaczami, polito-seksoholikami i innymi podejrzanymi typami nadszedł czas upudrowanej, wypucowanej polityki miłości, cudów i sukcesów na miarę NAJJAŚNIEJSZEGO SŁUPKA.
W krainie owej zapanował niebiański spokój. I choć znajdowała się ona w centrum dużego lądu, nagle stała się zieloną wyspą wśród wzburzonego, pełnego raf i niebezpiecznych wirów oceanu. Skromny, przydrożny słupek odmieniony, pięknie pokolorowany, stał się obiektem najwyższej czci i wiary. Słupek w kształcie smukłej, złotej kolumny lub solidnego cokołu rósł, rósł i rósł. Stał się społeczno-medialnym bożkiem.
Skoro świt władza, jeszcze przed sutym śniadaniem, z niepokojem pytała służbę – Jak tam NASZ SŁUPEK? I kiedy usłyszała kojącą, słodką odpowiedź – Sztywny i wielki jak pal Azji! – rozradowana szła konsumować kanapki z łososiem i kolejne smakowite kąski ofiarowanego jej podczas wyborów ojczyźnianego tortu.
Lud coraz bardziej narzekał, psioczył, a SŁUPEK rósł i potężniał. Co niektórzy z ludu, bardziej krewcy i pobudliwi, czasem i oberwali pałą po krzyżu, dobrotliwa władza otumaniła ich gazem pieprzowym i przyklejała na czołach naklejkę – „warchoły i chuligani społeczni”. SŁUPEK na moment zastygał i ani drgnął. A skoro świt znów władza urokliwej, zielonej krainy karmiona była wieścią – Rośnie NASZ KOCHANY SŁUPEK, jak na drożdżach!
„Władzoznawcy” z kręgów naukowych zadumali się nad tym niezwykłym zjawiskiem. – Może lud po prostu nie chce powrotu rębajłów i katów? – podrapał się po łysinie jeden z autorytetów, któremu spisywane od lat teorie w kolejnych, grubych tomach pt.: „Władza a społeczeństwo” legły z hukiem w gruzach.
– A może mamy tutaj do czynienia z całkiem nowym zjawiskiem, tzw. odwrotnie proporcjonalnego przyrostu słupka do...
– Lewego półdupka! – stary profesor zwyczajny machnął ręką i poklepał po plecach młodszego profesora nadzwyczajnego, który zaczął właśnie w notesie wypisywać skomplikowany wzór analityczny, mający rozwiązać socjologiczno-psychologiczną zagadkę.
Kiedy „słupkowego” zjawiska nie byli w stanie rozwiązać ani naukowcy, ani komisyje śledcze wszelkiej maści, ani wróżki wpatrzone w szklane kule z czarnymi kotami na karku, zapytano w końcu pewnego skromnego literata, co o tym sądzi? Tonący brzytwy się chwyta.
– Słupki poparcia na zielonej wysepce? Hm, może mamy tutaj do czynienia ze zjawiskiem, hm, organoleptycznym? A konkretnie – węchowym... Może jakiś zapaszek tutaj działa na społeczeństwo?
– Ciekawa teoria! – stwierdził jeden z „władzoznawców”. – Wiadomo, że są, przykładowo, takie kobiece, zmysłowe pachnidła, które u mężczyzn powodują wzrost ich słupków...
– Pachnidło... Nachodzą mnie tutaj skojarzenia z jedną ze scen z powieści Patricka Süskinda. Chcecie posłuchać? – literat zapytał wpatrzonych w niego mędrców, lekko ogłupiałych całą tą sytuacją. Przytaknęli z zapałem.
– Miasto Grasse, piąta po południu. Tłum ludzi czeka na wykonanie wyroku na Janie Baptyście Grenouille. Mierząc miarą rankingową – poparcie społeczne dla tego osobnika w tym momencie było równe zeru. Kiedy po kilku minutach zajechała kareta i skazaniec wysiadł z niej wraz z eskortą – nagle słupki poparcia dla niego drgnęły i skoczyły w górę waląc z hukiem, na maksa, w oznaczenie – 100%. Chwilę później poparcie zmieniło się w szaleńczą miłość, a w końcu w opętańczą orgię. Co było tego przyczyną? Pachnidło, którym wysmarował się bohater książki. Mistrzowski chwyt piarowy! Na naszej zielonej wysepce same „sukcesy”: dogorywająca służba zdrowia, padające niczym kostki domina zakłady pracy, rosnące bezrobocie, afera za aferą... A słupki miłości i poparcia dla władzy rosną i rosną. A jeśli nie, to skamieniały, znieruchomiały na amen. Wciągajmy ostrożnie powietrze nosem i starajmy się wyłowić ten zapach, to cudowne pachnidło, które tak oczarowało większość ludu. Co czujemy? Nieprzyjemny smrodek. A zewsząd słychać hymn uwielbienia: ACH, TEN CUDOWNY, ROZKOSZNY SMRODEK!
Jan Baptysta Grenouille – jak panowie zapewne pamiętacie – w końcowej scenie obficie oblewa się pachnidłem i zostaje przez przypadkowo napotkanych przedstawicieli nizin społecznych zjedzony do ostatniej kosteczki. Z MIŁOŚCI... Ja na miejscu rozsiewaczy tego pachnidła, to znaczy się – smrodku – już zacząłbym się bać!*
Skromny literat wcisnął czapkę na rozczochraną głowę i poszedł wymyślać kolejne barwne historie, które wkrótce zamierzał przelać na papier.
A w pięknej, zielonej krainie po jakimś czasie wiele się zmieniło. Na lepsze, na gorsze. Niezmienione pozostały tylko słupki. Przydrożne.



Komentarze
Pokaż komentarze