autor Zygmunt jan Prusiński
autor Zygmunt jan Prusiński
ZygmuntPrusiński ZygmuntPrusiński
25
BLOG

Wiatry i skrzydła

ZygmuntPrusiński ZygmuntPrusiński Kultura Obserwuj notkę 0

Zygmunt Jan Prusiński


CHODŹ SYNU NA SPACER


W lipcu skończy czternaście lat,
dorasta mnie wzrostem
podlotek o różowych marzeniach.

Jest skupiony nie w nauce
a przed komputerem w grach.

Ten inwalidzki świat dzieci
rozrasta się mimo woli,
że rodzic nie jest ważny -
jedno lub dwa zdania na dzień.

- Chodź synu na spacer,
to skalna droga nierealna.

Więc chodzę sam
swoimi myślami oplątany,
jak rośliny w dzikiej kniei.


23.01.2010 - Ustka

Wiersz z książki "Szudroczyć"




Zygmunt Jan Prusiński


ROZPADNIESZ SIĘ NA KAWAŁKI

Jeśli szukasz szczęścia
kobiety z gór
nie idź tam.

Lepiej idź do tawerny
zasłoń się cieniem
że szczęśliwy jesteś.

Upij się ostatecznie
dzisiaj masz okazję -
dzisiaj są twoje imieniny.

Pogadaj z przyjaciółmi
których nie ma -
odlecieli poeci
do ciepłych krajów.

Nie myśl o damie z kart
oszuka cię bo umie
ma talent w rękach.

Idź na tę górę
i spadnij w dół
może kiedyś
sosną wyrośniesz.


2.5.2013 - Ustka
Czwartek 8:53

Wiersz z książki "Córka Wiatru"



Leszek Żuliński


Aria na strunę własną


W naszych latach Gorzów Wielkopolski miał dwóch nieszablonowych, umykających zwyczajowym wyobrażeniom, twórców. Pierwszym był Kazimierz Furman; drugi – który na szczęście jeszcze jest i oby był jak najdłużej – to Zygmunt Marek Piechocki. Twórca o niewielkim dorobku literackim, wszakże większym niżeli wiele bujnych dorobków.

Postać! Ktoś, kto chodzi własnymi ścieżkami, outsider, może dziwak?, może klerk? Może artysta?

Wspomniałem o dorobku… Istnieje taki gatunek twórców, którzy odzywają się rzadko, lecz jak już – to już! Lub zostawiają po sobie ślad mało zmaterializowany, a pamiętany i ważny. Na przykład taki Franz Fischer. Nic nie napisał, a piszą o nim książki. Piechocki bierze od lat czynny udział w życiu kulturalnym, zwłaszcza muzycznym Gorzowa; był „wodzirejem” wielu imprez i koncertów, jego wizerunek w tych rolach zapewne przetrwa w kulturalnej historii miasta.

Nie wiemy, co jeszcze napisze, ale Listy hipotetyczne uznałbym „na dzień dzisiejszy” za opus vitae tego niebanalnego dżentelmena.

Do tej pory Piechocki wydał cztery tomiki wierszy i dał się poznać jako dobry felietonista oraz animator kilku wspaniałych przedsięwzięć kulturalnych. Jednak Listy, ta nowa książka, nawiasem mówiąc pięknie wydana, to rzeczywiście coś, co należy zważyć większą wagą.

W czym rzecz? Hannie Kaup w krótkim wywiadzie Piechocki powiedział: „Ja jestem nygus, więc tak sobie wymyśliłem. Zwracasz się do kogoś i mówisz, co czytasz, piszesz, co ci się przydarza. (…) Nie ma ludzi, którzy by słuchali. A te listy uzewnętrzniają to, co się we mnie dzieje”. Oto zdawkowa geneza tej książki.

Tak bywa… Pisujemy w myślach listy, których nigdy nie wysyłamy. Potencjalne, hipotetyczne… Może chcielibyśmy je wysłać, ale coś nas blokuje, wstrzymuje; a może w ten sposób po prostu rozmawiamy z samym sobą – i to nam wystarcza?

Piechocki wymruczał sobie w myślach i przelał na papier takie właśnie listy do czterech dam: do Pani En Suo, do Pani Ani, do Pani Lucynki, do Pani Julii i jeszcze kilka pojedynczych
do osób innych. Zbyt wiele nie wiemy, kim są te damy (choć to i owo możemy sobie z tekstu na ich temat poskładać); postacią znaną jest tylko En Suo, japońska pianistka związana z Polską różnymi nitkami. No, jeszcze o Pani Jagodzie wiemy, że mieszka w Pogwizdowie Nowym, poczta Zaczernie, ale to już może być mistyfikacja, bo autor zamieszcza reprodukcje kilku kartek pocztowych tam wysłanych, do Pani Jagody, wszakże na wszystkich kartkach jest stempel z tą samą datą, a i same kartki jakby pozostały w rękach nadawcy; podstemplowane, lecz jednak może niewrzucone do skrzynki pocztowej?

Wszystkie hipotetyczności, które tu rozważam, są jednak drugorzędne, bowiem w listach odnajdujemy kawałek realnego życia i prawdziwych zdarzeń. Piechocki zapisał w nich diariusz swoich koncertowych bywań, lektur, znajomości, spotkań, także rozmaite odpryski dnia codziennego i przede wszystkim refleksje oraz nastroje.

Jak wiadomo – jest melomanem. Ale to mało powiedziane – jest Wielkim Melomanem. O muzyce wie wszystko, a o Chopinie jeszcze więcej (co mu nie przeszkadza cenić np. Niemena). Jest także wytrawnym, wysmakowanym czytelnikiem (spectrum lektur przewija się tu ogromne – od Rilkego po Bukowskiego). Jest „kulturalnym powsinogą” – bywalcem, uważnym, rozkochanym uczestnikiem koncertów, wsiadającym w pociąg czy auto i jadącym daleko, by coś lub kogoś posłuchać. Jest pasjonatem – robi z zapałem i przekonaniem, to co robi; to zaś z kolei wyzwala w nim jakieś cudowne poczucie wyczuwalnej tu wolności. Jest artystą! Lubieżnikiem Sztuki i Czystej Estetyki, uwiedzionym przeze Muzy, wiernym im kochankiem. I nie zapominajmy – że Poetą. Jest zbratany z Matką-Naturą i odnajdujący w sobie harmonię duchową oraz ład intelektualny. Żyje wnikliwie i w zdrowej aurze aksjologicznej.

Choć ani taki pustelnik, ani – być może – nawiedzony asceta, trochę kojarzy mi się z eremitą. Bo takich ludzi nam ubywa, są pozostałością po lepszych dla kultury czasach, jakby niegdysiejsi dzisiaj, którzy zaprzedali duszę Sztuce.

Nie wnikam w rozmaite szczegóły i ciekawostki tej książki, jest ich tyle, że musiałbym się jako recenzent zbyt solidnie napracować, hehe, jednak takiego podziwu dawno nie miałem wobec lektury. Piechocki jest wierny swoim ideom-fix, jest konsekwentny w wyborach, jest wnikliwym obserwatorem spraw mniejszych i większych, ma niezwykłą wrażliwość wobec szczegółu, niuansu i umie sumować te „drobiazgi” w niescholastyczny i niemoralizatorski morał. Jego erudycja imponuje. Wszystko, co w tych listach bierze pod pióro, ma swój ogromny kontekst w oczytaniu, w wiedzy, w zegarmistrzowskiej chęci zgłębiania przedmiotów, które go porywają swoją urodą czy tajemnicą. Reaguje na świat swoim przyjaznym zachwytem i wyłuskuje wartości, które czynią ów świat, zwłaszcza dzisiejszy, lepszym.

Ta książka to po prostu piękny utwór na własną strunę! Utwór autentyczny, unikatowy pod wieloma względami, mądry. Dziś już mało kto tak literaturę wodzi i takie dźwięki w niej znajduje.

Proszę mi teraz, Drogi Czytelniku, pozwolić na osobiste słowo do Autora: Panie Marku, recenzję z tej książki nie ja powinienem pisać. Raczej Jachimecki, Waldorff, Kydryński… Tak się składa, że nie mogą. Proszę mi więc wybaczyć przerost zachwytów nad meritum – ale z tych pierwszych przede wszystkim się nie wycofam!

Jeszcze na koniec: książka jest, jak wspomniałem, pięknym dziełkiem edytorskim. Jej koncepcję opracowała Monika Szalczyńska, a barwnymi, baśniowymi, zjawiskowymi wręcz ilustracjami ozdobił Leszek Kostuj.

Tak, wszystko tutaj wypadło ponad przeciętną normę…



Zygmunt Marek Piechocki Listy hipotetyczne, Sonar Sp z o.o., Gorzów Wlkp. 2010, s. 166

https://pisarze.pl/wp-content/uploads/2018/12/listy_hipotetyczne.jpg

__________________________


Jolanta Rubiniec

Kim jest Weronika?


Płodnym artystą jest Wiesław Stanisław Ciesielski – oto kolejny tomik: „Homo Veronicus” Wydawnictwa Książkowego Ibis Warszawa 2009.

Wnikliwy czytelnik Ciesielskiego natychmiast rozpozna osobę Weroniki – w różnych wcieleniach: raz obłąkanej („Wieża Babel” – „Weronika”), innym razem świętej z drogi krzyżowej Chrystusa („Wielki ogród Pana Boga” – „Golgota” – „Weronika”).

Weronika jest bohaterką bezpośrednią trzech wierszy. Istnieje w nich podglądana oczami wszechwiedzącego podmiotu lirycznego w sytuacjach intymnych: „dotyka swoich piersi,/ściska tak, żeby je powiększyć/ i wtedy marzy o mężczyźnie (…)”. To liryczne „ja” wdziera się do psychiki Weroniki, gdy wchodzi w jej sen i interpretuje go odczuciami bohaterki:

„Przez sen przyszła naga prawda
I Weronika poczuła, że jest naga.
Przyszła stara prawda
I Weronika poczuła, że jest stara.
Gdy przyszła ukryta prawda,
Nikt nie pamiętał już Weroniki.”

Zapoznajemy się z Weroniką-bohaterką snów podmiotu mówiącego w wierszu, do której modli się, jak do świętej: „Zdrowaś Weroniko, /łaski/niepełna…”, lecz nieco przekornie, „Weroniko,/od ocalenia ostatniej deski ratunku.” Etymologia tego imienia z greki – ‘niosę zwycięstwo’, a korzenie grecko-rzymskie to ‘prawdziwy wizerunek’ czyli odbicie twarzy Chrystusa. W ostatnim zwrocie z „Homo Veronicus III” można by połączyć te dwa znaczenia i upatrywać zwycięstwa w obliczu Chrystusa.

Tomik Wiesława Ciesielskiego podzielony jest na dwie części: „Alchemia słowa” i „Sercem pękniętego dzwonu”. „Alchemię słowa” rozpoczyna wiersz „Czytając Herberta”. „Czy można dotknąć słowa,/by nie zalać się krwią?” – pyta podmiot liryczny. Jest to zwrócenie uwagi na odczłowieczenie się człowieka. Nastąpiła „metafizyczna resekcja sumienia pana Cogito” – przewartościowanie wartości, kiedy poezja używana bywa do rzeczy niecnych jak w wierszu „Antyviagra”.

„Być poetą to takie przekleństwo,
Skazanie na duchową banicję,
Ekshibicjonizm, darcie ran.”

Czasem kończy się to samobójstwem – Lechoń, Sylwia Plath. „Spoczywaj w Słowie” – mówi podmiot (utożsamiany z Autorem) w „Kadyszu za Allena Ginsberga”. Oprócz materii słów, podstawowej dla poety, istnieją problemy stałe dla poezji: sens życia, śmierć. W tomiku zyskują nową jakość –wiersze „Rap o seksie”, czy tryptyk „Złudzenia w czasie i przestrzeni” na nowo podejmują te tematy. Szczególnym zainteresowaniem darzy ja liryczne świat, który jedynie może przeczuwać:

„Babcia woła do mnie po drugiej stronie słowa.
A słowo woła mnie po drugiej stronie ludzkiej jaźni.”

Powraca motyw listu do Sylwii Plath, znany z tomiku „Oblicze Anioła”. „Dobry poeta, to martwy poeta…” – konkluduje gorzko „ja” liryczne, wspominając los samobójczyni.

„Czekaj na mnie za zakrętem wiersza,
Za ostatnia krawędzią. Szklany klosz,
To bańka mydlana, rozprysł się
Milionami gwiazd.”

Wierszom o słowie patronuje muza Kaliope – patronka natchnienia podmiotu = Autora. W tej dłuższej części tomiku znajdziemy utwory z pozoru przypadkowe, jeśli chodzi o temat (nie dotyczy słowa), jednak po zastanowieniu dochodzimy do wniosku, że należą one do kompozycji. Ton wierszy z tego tomiku jest mniej napięty, niż poprzednich( prócz planowo pisanego w konwencji żartobliwej tomiku „traszki, modraszki, igraszki…”). Autor zyskał większy dystans do siebie i to daje mu duży manewr w kompozycji wiersza. Można to zaobserwować na podstawie wiersza „Śmierć kurczakom”, który rozpoczyna się zadumą nad poezją, która przechodzi w obserwację agonii kurczaków, by zakończyć autoironicznym zapytaniem o granice okrucieństwa rodzaju ludzkiego:

„Czy na poduszce z takiego pierza
Można mieć spokojne sny?”

Kończy odpowiedzią pozytywną i zapewnieniem o smaku drobiu oraz proroczym sformułowaniem:

„Jeźdźcy apokalipsy przyjadą
Na wielkich kurczakach…”

[zygpru1948] zygpru1948     2020.06.27; 06:11:02
Podobny w tonie jest wiersz „Piersi Penelopy”, gdzie podmiot liryczny zastanawia się, czy może piersi Penelopy były celem podróży wielu wędrowców do Itaki. W jednym z wierszy powraca uwielbiany przez Autora poeta – Cyprian Kamil Norwid, jednak puenta jest także pełna zwątpienia:

„Nic to, Cyprianie, w końcu poeta
To produkt uboczny, wybryk natury
Dla kolorytu i trochę z próżności
Stworzony przez samego Boga.”

Świat postrzegany przez podmiot ma pesymistyczne barwy:

„Piekło pragnących codziennej
Strawy, trzymających berła władzy,
Kostury jałmużny, kołatki
Naznaczone śmiercią.”

Można obraz ten rozciągnąć na inne wiersze. Szczególnie uderza nas powracająca bohaterka – Weronika w wierszu „Dziewczynka z zapałkami”, gdzie: „prostytuuje się/w motelu, żeby nikomu/ nie wydawało się, że ten świat/ jest łaskawszy.” W ciągu lektury wierszy pierwszej części tomiku, zapominamy już, o tym, jak podmiot liryczny spoglądał na Weronikę, widząc w niej muzę swoich snów. Teraz upada do rangi przedmiotu. Jest to jedna ze ścieżek interpretacyjnych „Homo Veronicus”. „Alchemię słowa” kończy poeta wierszem „De profundis” z ulubionym motywem kamienia, bardzo wzniosłym śpiewem, z chórem aniołów i mędrców, co niewątpliwie jest odwołaniem historycznym do greckiej poezji scenicznej. W wydźwięku jest „De profundis” wołaniem o szacunek.

Druga część zbiorku „Sercem pękniętego dzwonu” z utworem pierwszym o tym samym tytule to wiersze bardziej metafizyczne, choć pierwszy z nich zaczyna się trywialnym :

„Nie liczcie na to, że opowiem wam
O swoich uczuciach, ja nic nie czuję.”

To wyznanie pozwala nam utożsamić się z „ja” lirycznym, gdyż każdy z nas przez współczesną kulturę medialną jest mniej lub bardziej pozbawiony uczuć. Życie mija, dzwon milczy, a chciało by się odpowiedzieć na jakieś wzniosłe wezwanie. Nawet miłość straciła swój szczególny smak.

„Boże mój, Boże mój,
Czemuś mnie opuścił?
Wołam ustami pękniętego dzwonu.”

Kondycja współczesnego człowieka jest tragiczna. Kolejnym wierszem jakby programowo zaprzecza podmiot poprzedniemu. Wiersz „Ładnówko” ukazuje naiwność i jej piękno, i budzi w czytelniku naturalną tęsknotę za prostotą i zrozumiałym, pogodnym światem. Ostatnie siedem wierszy nazwane zostały „Zamieszkać ciepły jeszcze cień”. To utwory miłosne zespolone myślą przewodnią – zwyciężyć z czasem. I na pewno zwycięstwem nie jest wiersz. Jest nim raczej przekazanie życia:

„najlepszy mój wiersz
rośnie i niedługo poruszy się
w twoim brzuchu.”

Mimo skierowania uwagi na miłość, dostrzegamy i tutaj nieliczne refleksje o pisaniu. Podmiot liryczny wyznaje:

„Tak bardzo nam brakuje
Prostych wierszy,
Tego czystego ekologicznie
Pokarmu duchowego.”

Tomik „Homo Veronicus” jest wart zainteresowania. Znajdziemy w nim wachlarz przemyśleń poety, a także ciekawe rozwiązania formalne, którymi się posługuje. Kim jest Weronika? Czytelnik rozszyfruje bez problemu i z nieukrywaną przyjemnością.

Wiesław Stanisław Ciesielski – Homo Veronicus,
Wydawnictwo Książkowe IBiS
Warszawa 2009
Stron: 48

ISBN 978-83-7358-077-0


https://pisarze.pl/wp-content/uploads/2018/12/homovero.jpg


Zygmunt Jan Prusiński – dawniej słupski poeta, obecnie mieszka w Ustce. Pierwszy wiersz napisał w Otwocku, gdy miał 14 lat. Dzisiaj, mając 71 lat, nie potrafi powiedzieć, ile wierszy wyszło spod jego pióra. Sądzi, że ze trzy tysiące i że złożyły się na 53 książki. Ale w Słupsku wydał tylko dwie: “W krainie żebraków słyszę bluesa” i ostatnio “W ogrodzie Norwida” (2014) nakładem Starostwa Powiatowego. Inicjator powołania Grupy “Wtorkowe Spotkania Literackie”, w młodości przewodniczący Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy w Słupsku. W 1980 roku na III Sesji Literackiej na Zamku w Bytowie, jury, któremu przewodniczył Roman Śliwnik, przyznało mu pierwsze miejsce za erotyk w Turnieju Jednego Wiersza. Romanowi Śliwonikowi poświęcił wtedy kilkanaście wierszy, teraz zamierza poświęcić mu całą książkę.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura