O sytuacji w polskim lotnictwie przed i po katastrofie w Smoleńsku oraz o badaniu przyczyn wypadku wypowiedział się wczoraj w "Naszym Dzienniku" płk Tomasz Pietrzak, były dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Tytuł wywiadu "Niestety lataliśmy na drzwiach od stodoły" wskazuje nam, że zdanie pilota o polskim lotnictwie wojskowym jest jednoznacznie krytyczne.
Ministerstwo Obrony Narodowej otrzymywało przez lata niewystarczające środki finansowe, więc trzeba było ciągle oszczędzać. Także na szkoleniu pilotów oraz zakupie nowych samolotów, który był odkładany z roku na rok. Doprowadziło to do stanu, w którym bezpieczeństwo VIP-ów nie było zagwarantowane nawet w stopniu odpowiadającym minimum istniejącym u najskromniejszych przewoźników cywilnych. Ponadto nie wyciągnięto żadnych wniosków po katastrofie CASY. Nie wprowadzono nowych przepisów dotyczących warunków podejścia i lądowania, rozpoczęcia i kontynuowania podejścia oraz wykrywania bliskości ziemi.
Co sądzi płk Pietrzak o sposobie prowadzenia śledztwa smoleńskiego? - Otóż to nie jest śledztwo, tylko farsa. Powinna być jedna komisja polsko - rosyjska, a nie dwie. Gospodarzem i przewodniczącym postępowania powinni być Polacy, jak kiedyś Włosi, gdy rozbił się ich samolot w naszym kraju. Tymczasem rząd nawet nie wystąpił o to, mimo że miał prawo to zrobić na podstawie aneksu 13.
Wrak samolotu był celowo niszczony i potem przez prawie siedem miesięcy podlegał atmosferycznym działaniom. A przecież - mówi Tomasz Pietrzak - "powinniśmy zrobić wszystko, by tam na miejscu wrak samolotu został zabezpieczony. Rosjanie nie byli od początku zainteresowani zbudowaniem przenośnego hangaru dla niego, ale to my powinniśmy dać im na to pieniądze, a poźniej zbudować z części kawałek po kawałku samolot jak puzzle. Wszystko po to, żeby zobaczyć, gdzie i co się zepsuło, gdzie jest pęknięte skrzydło, jak wyglądają mocowania, w jakim stanie są pozostałe urządzenia i agregaty. My to musimy wiedzieć! Nie może być tak, że nic nie wiemy.
Pytam, gdzie są dane z FDR, jaki był kąt natarcia w momencie katastrofy? Jak samolot zrobił obrót o 180 stopni na wysokości 10 metrów, gdy skrzydło ma 20 metrów długości? Samolot robi obrót o 180 stopni na wysokości 10 metrów, a drugie skrzydło mu się nie ułamuje? To wszystko trzeba policzyć matematycznie, dlaczego nikt takiego wyliczenia do tej pory nie zrobił?"
Na pytanie o szanse poznania całej prawdy o przyczynach katastrofy odpowiada płk Pietrzak: Wydaje mi się, że na razie nie ma na to szans".



Komentarze
Pokaż komentarze (35)