94 obserwujących
1526 notek
3050k odsłon
  6191   0

Rolex: Plany naprawy zacznijmy od dołu

ZB: "Wybór polskiego inteligenta jest jasny: czynnie, biernie, nieustannie, dorywczo, samopas lub w grupie musi stawiać opór" - pisze Pan w tekście "1 sierpnia. Wobec Lewiatana". Proszę o uściślenie pojęcia 'inteligent'. Czy ta garstka (tak mniemam) osób jest zdolna, by dokonać zasadniczych zmian w Polsce?

Rolex:
To, czy jest zdolna czy nie, to jedno, a to, że to jedyna postawa warta przyjęcia, to drugie. To nie jest wcale postawa heroiczna, to jest postawa racjonalna, jeśli chce się zachować siebie – szacunek do siebie; jeśli chce się rozwijać w jakimkolwiek bądź kierunku. To nie jest anarchizm ani wybujały indywidualizm – to ma być personalizm według najlepszych łacińskich wzorców. „Hát nem, nem és nem!” jak to powiedziała kiedyś pewna odważna Węgierka pomimo, że antysowieckie powstanie upadło.

Pana pytanie to jest właściwie pytanie historiozoficzne; pytanie, co decyduje o historii. Marksiści twierdzili, że masy realizujące niczym stado termitów jakąś prawidłowość wpisaną w historię (zresztą bardzo religijny, a jednocześnie obskurancki pogląd), w naszej cywilizacji jednak wyznawaliśmy pogląd o wybitnej roli ducha i jego zwycięstwie nad materią. Nasza cywilizacja zaczyna się od pojedynczego krzyża, a to nam daje nadzieję, że wszystko jest możliwe.

Niewątpliwe ta garstka, ta mniejszość, o której Pan wspomniał, powinna dawać świadectwo. Cała chrześcijańska koncepcja wspólnoty opiera się na indywidualnej pracy, dzięki której przetwarzana ku większemu dobru jest ta bierna, większa część wspólnoty, a nawet oporni.

Kim w dzisiejszych czasach jest „inteligent”? Czy istnieje taka klasa społeczna jak „inteligencja”? Śmiem wątpić w dobie zapaści klasycznego kształcenia, na które nałożyły się w Polsce dodatkowo nieprzemyślane reformy edukacji i migracja, która drenuje Polskę z ludzi młodych. Mieliśmy w Polsce różne tradycje inteligenckie, nie ma potrzeby wchodzić w historyczne niuanse, ale wszystkie te tradycje składały się na wielobarwny dyskurs (okropne słowo, ale się przyjęło).

I to zostało przerwane przez wojnę i komunizm. Pozostały niedobitki, ale te pozbawiono możliwości awansu w drodze innej niż przystąpienie do schamienia. Nie bez znaczenia było tu również zlikwidowanie klasy średniej i „kułaków”, z której inteligencja się rekrutuje, kiedy wraz z pieniędzmi przychodzą ambicje i potrzeby wyższego rzędu.

Ale przede wszystkim zabrakło wzorców. Pamięta Pan zapewne słynny Kabaret Starszych Panów, peerelowską znakomitą produkcję, która moim zdaniem dokumentowała to, co z ostatnim pokoleniem polskiej inteligencji się stało, z tym gdzieniegdzie ocalałym etosem. To był taki oniryczny, pełen kindersztuby, elokwencji i wyraźnych oznak starannego kształcenia, ale i rezygnacji, świat rzeczy drugorzędnych. Ale i to gdzieś tam skonało po cichu w kącie, a komunizm, a wraz z nim cała wspólnota, przepoczwarzył się w swoją ostatnią formę, którą ktoś chyba trafnie podsumował etapem „porno-komunizmu”, a więc zalewu tandety i chamstwa.

A teraz jest post-komunizm, a najlepszym tego dowodem jest stan polskiej oświaty, nauki, kultury. Tu nie było żadnego odrodzenia, żadnej nowości, przełomu, bo nie było zmiany. Ludzie się dziwią, że nawet w sporcie (kultura fizyczna) osiągamy z roku na rok coraz gorsze wyniki. A tu się nie ma czemu dziwić – rywalizacja, w tym sportowa, jest częścią kultury – musi być ta wewnętrzna chęć walki z własnymi słabościami na każdym polu. A w naszym sporcie rządzą panowie, którzy piwne brzuszki udanie łączą z grą przy zielonym stoliku.

Marnuje, demoralizuje się kolejne pokolenia sportowców, tak jak to robi się z kolejnymi pokoleniami uczniów, naukowców, artystów. Mam to doświadczenie kilkuletniej przerwy w byciu odbiorcą polskiej kultury masowej, przez kilka lat – przyznaję – nie byłem na bieżąco z polską literaturą współczesną, w bardzo ograniczonym zakresie z filmem. Trochę odświeżyłem, i uważam, że ostatnie dziesięć lat to wyjątkowo gwałtowny upadek tego, co zdołało przeżyć komunizm.

Doświadczyłem ostatnio kilka godzin polskich programów telewizyjnych. Czegoś tak infantylnego, a przy tym nastawionego wyłącznie na wzbudzanie najbardziej prymitywnych emocji, nie widziałem dawno. Tak źle chyba jeszcze nie było. Inna strona rzeczywistości, to zawężający się z roku na rok obszar możliwych dyskusji. To, z czego zawsze byłem dumny, i co doceniali cudzoziemcy, to ta wspaniała (czasami irytująca, przyznaję) cecha dyskutowania godzinami na tematy wzniosłe i niepraktyczne. To znika, a jest to związane z poziomem agresji, i nie wydaje mi się, żeby to wszystko działo się „przypadkiem”. A wracając do pytania: owszem, uważam, że nawet garstka zdeterminowanych ludzi może coś istotnego zmienić. W historii zdarzają się „okna” i zdeterminowana mniejszość może je wykorzystać.

ZB: Pisze Pan także: "W imię wolności nie należy z niej nigdy rezygnować, w przeciwnym razie pokonamy Mechagodzillę, żeby dowiedzieć się, że znaleźliśmy się pod rządami Giganta". Zgadzam się całkowicie z Pańskim zdaniem, a równocześnie zastanawiam się nad tym, że może właśnie zdyscyplinowane grupy inteligentów i karne szeregi działaczy partyjnych zadecydują o losach naszego kraju?

Rolex:
I to być może, ale będzie to kraj zdyscyplinowanych grup inteligentów i karnych szeregów działaczy partyjnych, coś co jest dokładnie sprzeczne z polską historią i tradycją. Poza tym, co to jest zdyscyplinowana grupa inteligentów? Kopiec termitów? Rój? Pszczoły są bardzo inteligentne. Czy te zdyscyplinowane grupy inteligentów będą pisać zbiorowo własne dzieła zebrane? Polska nie ma kultury. Nie ma filmu, nie ma teatru, nie ma literatury (marginalne wyjątki nic tu nie zmieniają, publicystyka, nawet najwyższego lotu, czy dokumentalistyka na wysokim poziomie nie zmieniają istoty krajobrazu pustkowia). To jest generalne pytanie, czy Polskę powinno się budować „od góry”, czy „od dołu”. Przede wszystkim trzeba ludziom, tym na dole, pozwolić uwierzyć, że to jest ich, to wszystko dokoła. Nie tylko zacisze własnego mieszkania, ale i trawnik pod oknem, ulica, parkingi, muzea, transport, policja, wojsko, las, rzeka, góry i morze. Polacy jako wspólnota od prawie siedemdziesięciu lat żyją pod okupacją, nic się nie zmieniło. Raz wywożą do Dachau i do Auschwitz, innym razem na Kołymę, raz strzelają, a czasem rzucą kiełbasę; zrobią pochód pierwszomajowy albo zrobią trochę kapitalizmu, ale to „oni” robią.

I teraz wróćmy na chwilę do tej "garstki”, która ma „budzić”. Ale w jaki sposób? Wstępując do tej czy innej partii i walcząc „za nich”, za te „masy” w niepokalanym zakonie rycerzy? Ani niepokalanych, ani rycerzy, a poza tym takie postawienie sprawy jest czysto marksistowskie. Ja tego z wielkim zaskoczeniem doświadczyłem, obserwuję, jak dotyka to innych. Najpierw są wezwania do aktywności, a potem instrukcja, kogo słuchać. Chodzi oto, że w Republice obywatel ma prawo być aktywnym i w wielu sprawach słuchać wyłącznie siebie i swojego sumienia. Chyba, że jest wojna, ale wojnę trzeba ogłosić.

Wydaje mi się, że trzeba iść do swojego sąsiada i mu się nareszcie, po dwudziestu latach, przedstawić. A potem podyskutować, czy razem z innym jeszcze sąsiadem nie pójść wreszcie do tej żulerki, która notorycznie uczy nasze dzieci kląć, czy tego chcą czy nie, bo na dźwiękoszczelne szyby nas nie stać, i czy nie wytłumaczyć, żeby przerwali ten proceder. A potem pójść, poznać swojego dzielnicowego i opierniczyć, że jemu się nigdy nie chciało zauważyć problemu.

A jak już nam opierniczanie wejdzie w krew, to dowiedzieć się, kto jest posłem z mojego okręgu wyborczego, pójść do biura i się zapytać, czy wulgarne graffiti na budynku szkoły obok mu przeszkadza czy nie. A jak mu nie przeszkadza, to trzeba zrobić zdjęcie tego graffiti, pięćset kopii z podpisem: „ulubione hasło naszego posła - CHWDP” i rozesłać po całym osiedlu z dopiskiem „podaj dalej”. Urzędnik chce od nas łapówkę? Pogadaj z sąsiadami, może ktoś pożyczy jakiś sprytny dyktafon? Może jeszcze raz trzeba odwiedzić dzielnicowego? A może wystarczy dowiedzieć się, gdzie mieszka łapownik i urządzić mu pikietę przed domem? Jest masa spraw, które można i należy zaczynać od dołu, a nie od góry, bo tak się buduje wspólnoty ludzkie, a nie kopce termitów.

I jeszcze jedna ważna rzecz. Musimy się nauczyć (wszyscy, ja też) zaakceptować fakt, że Polska po siedemdziesięciu latach okupacji jest różna. Trzeba rozliczyć zbrodnie, ujawnić sieć agenturalną, najlepiej opublikować - jak leci - w internecie i zamknąć temat raz na zawsze, ale nie można stosować w odbudowie kraju metody sekciarskiego wykluczenia, chyba że się nie chce tego robić pokojowo, a nie widzę w kraju Cromwellów ani Armii Nowego Wzoru. Więc jeśli się nie chce wojny, a chce się budować wspólnotę pokojowymi środkami, to nie można zaczynać od „ty peerelowski sędzio!”, bo dwadzieścia lat temu innych nie było.

Z jednej strony w Polsce zakonserwowały się pewne układy (sterowane przez peerelowskie służby specjalne) i nauczyły replikować, z drugiej wielu patriotów i „patriotów” z niezwykłą zręcznością pozwoliło dzięki retoryce wokół tych układów zbudować rzesze sympatyków, bo tam ich nikt nie wyzywał.

A w najbardziej antykomunistycznych rządach po 1989 byli ludzie z PZPR-u, z komunistycznych sądów i prokurator, bo nie było innych. O wiele większym wrogiem na drodze odbudowania wspólnoty jest były „heros podziemia” i jego oficer prowadzący niż powodowany konformizmem szeregowy działacz partyjny. Inna rzecz, że na ocenę postaw należy patrzeć historycznie. Czym innym był PPS-owiec, który się dowiedział, że właśnie go „scalili” z PPR-em; kim innym ochotnik w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy trwała wojna domowa; kim innym byli ludzie wstępujący do PZPR-u w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. A jeszcze kim innym ci, którzy wstępowali do partii po 1981 roku.

Może dla wielu moich Czytelników wydać się zaskoczeniem, że antykomunista, którym jestem, broni prawa tych z archiwalnymi PZPR-owskimi legitymacjami do udziału w odbudowaniu wspólnoty, ale chcąc być uczciwy muszę powiedzieć, że inaczej się nie da, i że to dzielenie było i jest po myśli tych, którzy nas dzielić chcą.

Odbudowa wspólnoty musi następować na jak najszerszych podstawach społecznych. Podam przykład – komentarze po śmierci generała Petelickiego, albo postawa wobec osoby generała Kuklińskiego. Ktoś, kto chce odbudowy wspólnoty powie: Ci żołnierze, jak różne nie byłyby ich drogi, dobrze przysłużyli się Ojczyźnie, koniec kropka, bo wyznajemy etykę intencji. Jak ktoś nie chce odbudowy wspólnoty i chce utrzymać podziały powie albo „Kukliński to zdrajca”, albo „Petelicki to komunistyczny szpieg”.

ZB: Wcześniej czy później nastąpią zmiany w Polsce. No właśnie... Wcześniej? Czy później? Dziś godzą się Polacy na stopniowe, ale bolesne obniżanie niewysokich przecież standardów życia. Są rozproszeni i nie widać większych oznak buntu. Jaki scenariusz tych zmian wydaje się Panu najbardziej prawdopodobny? Jaką rolę odegrają /mogą odegrać partie prawicowe, w tym Prawo i Sprawiedliwość?

Rolex:
Prawo i Sprawiedliwość było jedyną partią modernizacyjną w historii polski po 1989 roku. Taki charakter deklarowała Platforma Obywatelska, ale dzisiaj wiemy już chyba wszyscy, na czym polega pomysł na modernizację – jak najszybciej przekazać odpowiedzialność za kraj w inne ręce – czy to na szczeblu lokalnym, czy ponadnarodowym, ale zawsze kosztem unitarnego charakteru państwa. Niech się inni martwią, co zrobić z bałaganem. Państwo dzisiejsze to antyteza państwa nocnego stróża – zajmuje się (źle) wszystkim, tylko nie bezpieczeństwem i wymiarem sprawiedliwości. A więc go nie ma.

Prawo i Sprawiedliwość miało pomysł modernizacyjny; lepszy lub gorszy, ale miało. Czy jest w stanie odegrać jakąś rolę z zbliżającej się (tak czuję) zawierusze? O ile Jarosław Kaczyński będzie zdolny przekonać większość Polaków, że jest kimś więcej niż prezesem największej partii opozycyjnej, to tak. Natomiast uważam, że ma w swoim otoczeniu ludzi, którzy mu to - świadomie lub nie - będą utrudniać. Nie ma co ukrywać, że po 10 kwietnia to tę właśnie partię dotknął najbardziej dotkliwy cios, wzmocniony późniejszym odejściem „zdolnych ludzi o słabych charakterach”. Ludzi, którzy sprawdziliby się w sytuacji poczucia siły, ale pierzchli w obliczu potężnej tragedii. Ludzka rzecz.

Problemem PiS-u jest wyjście poza własne, dosyć charakterystyczne środowisko, które ja nazywam socjalno -patriotycznym. Żeby zdobyć władzę trzeba albo zostać partią ogólnonarodową i spróbować znaleźć propozycję dla ludzi, którzy podstawy modernizacji Polski widzą gdzie indziej, albo pozostać przy wyniku 30% i szukać sojuszników. Na obecnej scenie politycznej takim sojusznikiem może być tylko SLD i PSL, a więc wracamy do sytuacji sprzed 2005 roku. Czy upływ siedmiu lat może mieć wpływ na to, że to będzie sytuacja zbliżona, ale jednak zupełnie inna? Moim zdaniem Polska w 2005 roku i ta w 2012 to dwa różne kraje.

Polacy mają swoje wyobrażenie o standardzie życia, i nie jest to wbrew pozorom wyobrażenie wygórowane. „Moja chata z kraja” i „żeby tylko zdrowie było”. Natomiast dalsze kontynuowanie dewastującej polityki może doprowadzić do konieczności obniżenia nawet tych niewygórowanych wymagań. Co się wtedy zacznie dziać? Wtedy nastąpi w jakiejś formie okres „gniewu ludu”, a kto na tym gniewie wypłynie, Bóg raczy wiedzieć. Szykowany jest już mąż stanu wraz z zapleczem polityczno-wojskowym, tyle że on się zużyje w trzy miesiące, bo z drzwi od stodoły jednak nie da się ulepić szybowca. Mam na myśli to, że przy hipotetycznej sytuacji rzeczywistego kryzysu nie uda się temu ośrodkowi wprowadzić w życie jakiegokolwiek plany naprawy, bo tam nie ma kadr. Niby nie ma ich prawie już nigdzie, ale akurat w tym środowisku one są „kadrami” z wektorem przeciwnym do wektora kadr.

Poza tym wszystko jest w polskiej polityce możliwe. Nigdy nie myślałem, że to napiszę, ale przy obecnych rządach, tego już nawet nieukrywanego skoku na resztki polskiego majątku, obłędnej polityki zadłużania państwa, i nie tylko, że niereformowania niczego, ale nawet psucia tego, co jeszcze jakoś działało, to rządy Leszka Millera jawią mi się jako rządy umiarkowanego polityka lewicy. I może być też tak, że wyborcy Platformy, a są to ludzie mentalnie związani z tym peerelowskim nurtem, który łączył konformizm z niezbyt rygorystycznie pojmowaną obyczajowością, oraz specyficznym podejściem do pojęcia własności, odwrócą się od Platformy, żeby poprzeć Millera. To z mocy jego decyzji doszło do odrzucenia wyciągniętej ręki Palikota (tu zresztą nie dziwię mu się z powodów estetycznych). Nazwanie (publiczne) tych ludzi „naćpanymi pajacami” (o ile dobrze pamiętam) było dosyć wyrazistym sygnałem słanym nie tyle do Palikota et consortes, ale również do ich patronów, mniejszych, większych, a może i tych bardzo dużych.

Może się okazać, że czeka nas polityczne trzęsienie ziemi, przy czym ja osobiście nie ufałbym w jakieś tego ozdrowieńcze skutki. Raczej zatrzymanie demontażu państwa, bez pomysłu na to, co dalej.

Jeśli PiS okaże się niezdolny do powalczenia o elektorat, dający mu absolutną przewagę w parlamencie, to trudno mi będzie uwierzyć w skuteczną realizację modernizacji w wykonaniu tria Kaczyński-Miller-Pawlak. Tertium non datur.

Wszelkie inne formacje są albo zużyte, albo niewiarygodne, albo osłabione. Przy założeniu, że międzynarodowa sytuacja nie zmieni się i jakaś forma narzucenia Polsce obcej administracji nie stanie się możliwa, możliwe jest wszystko inne. Moim, intuicyjnym pomysłem, jest akcja odbudowy podstawowych struktur społecznych na poziomie bloku, wsi, sąsiedztwa, taka struktura pokojowej i obywatelskiej Al-Kaidy z tysiącami lokalnych, niezależnych liderów zajmujących się sprawami mikro.

To byłoby nie do zniszczenia. Chodzi o odtwarzanie wspólnot na poziomie lokalnym. Walka z samowolą urzędniczą, z nadużyciami władzy, z opieszałością i brakoróbstwem wymiaru sprawiedliwości. Presja, jaką lokalna wspólnota może wywrzeć na lokalnych urzędnikach może być ogromna. Siła lokalnego ostracyzmu potrafi prostować najbardziej pokrzywione kręgosłupy.

Ale trzeba to zacząć robić. Być może sama idea partyjnego państwa, w którym czapy ssą z budżetu, a konfitury są jedynie na górze, jest całkowicie błędna? Ktoś zapyta, czy sądzę, że powinny być na dole? Ależ oczywiście, że tak! Republika nie działa w oparciu o Matki Teresy, ale o miliony żywotnie zainteresowanych tym, żeby ich społeczna działalność przekładała się również na ich interes osobisty.

Gmina określiła horrendalne stawki opłat za użytkowanie wieczyste? Zmieńcie władze gminy, niech zrobi nowy budżet, być może uda się je obniżyć. Bez ruszenia podstaw nic się samo nie zrobi. Dzisiaj w obozie „patriotycznym” lansuje się model wodzowski – morda w kubeł i czekaj na zbawienie. To błędny model, który do niczego nie doprowadzi, bo zmian nie będzie. Jeżeli pół dnia poświęca się na tworzenie panegiryków „zbawcom”, a drugie pół na plucie na „niepokornych”, brakuje czasu na myślenie.

ZB: 50% społeczeństwa polskiego nie uczestniczy w życiu politycznym. Nie wybiera też swych reprezentantów do samorządów i parlamentu. Zastanawiam się od kilku przynajmniej lat, dlaczego politycy polscy, w tym działacze Prawa i Sprawiedliwości, nie docierają do tych - często biednych i wykluczonych - grup społecznych. Nie chcą? Nie potrafią? Nie warto? A może to nie ma znaczenia w naszym boju o nową Polskę?

Rolex:
Bez dotarcia do nich nic się nie da zrobić. Albo inaczej – zdarzało się tak w historii, że garstka „świętych szaleńców” porywała masy oddziaływając na emocje. Tak było w przypadku „legendy legionów w Polsce”, tak było w przypadku Irlandzkiego Państwa Podziemnego. Ale tam trzeba było faktycznie położyć życie na szali. W Polsce takich szaleńców nie widzę, nie widzę również wiedzy, która mogłaby pomóc taki elitarny ruch stworzyć. Więc pozostaje jedyna droga – zostawić na boku podziały partyjne i rozmawiać ze sobą, właśnie na poziomie sąsiedzkim, gminnym, we własnej dzielnicy, ulicy. To jest jedyna droga i jedyna szansa. Wielokrotnie przywoływałem przepis de Valey na pokonywanie imperiów, jeszcze raz przywołam trawestując: „Możemy pokonać Lewiatana IGNORUJĄC go”.

ZB: W notce "1 sierpnia. Wobec Lewiatana" zapowiada Pan przedstawienie ramowych założeń odbudowy naszego państwa. Czy mogą nasi Czytelnicy już dzisiaj poznać - w znacznym skrócie oczywiście - te założenia?

Rolex
: Myślę, że już je przedstawiłem. Odbudowa społeczeństwa obywatelskiego od dołu, bez komitetów, sekretarzy, wodzów i zbawców. Tam na górze niech walczą, trzymamy kciuki, ale swoje sprawy załatwiamy na dole. Jest bałagan prawny i nic nie idzie załatwić? Odpowiadam: jak jest bałagan prawny, to wszystko można załatwić również i po myśli obywatela, o ile w „gabinecie” wójta nie pojawi się żałosny petent, ale pewny siebie obywatel wsparty trzystoma innymi obywatelami zgromadzonymi pod siedzibą gminy.

Nie zdobywajmy Belwederu (to na końcu), zdobądźmy słabo bronione i dobrze rozpoznane umocnienia regionalne. Jak to zrobimy to potem nawet i Belwederu nie trzeba będzie zdobywać – po prostu weźmie się go głodem.

Ruchu budowanego oddolnie żaden cwaniak nie przejmie, bo każda struktura lokalna ma inną specyfikę, inne potrzeby i innego lidera, którego przede wszystkim zna. Plany naprawy zacznijmy od dołu, uczmy się naprawiać nasze lokalne otoczenie, przyjdzie pora na państwo. Pogarszająca się sytuacja ekonomiczna będzie sprzyjać odtwarzaniu się więzi, trzeba to wykorzystać. Będę miał okazję na swoim blogu przedstawić szersze, ramowe założenia tutaj bardzo ogólnie zarysowanego planu. I będę do niego przekonywał, bo wierzę, że to jedyna droga.

ZB: Dziękuję Panu w imieniu Czytelników i swoim za obszerne i interesujące wypowiedzi. Wyrażając nadzieję, iż spełnią się tylko optymistyczne warianty przyszłości kraju, życzę Panu sukcesów w życiu zawodowym i pomyślności w pracy twórczej. Dla naszej Ojczyzny.

Rolex:
Bardzo dziękuję, również życzę Panu i Pana Czytelnikom wszystkiego najlepszego, i przepraszam, że na drugą część wywiadu musieli Państwo czekać. To moja wina. Niestety, zaangażowanie zawodowe powoduje, że rzuca mnie z miejsca na miejsce, często bez możliwości udziału w debacie, ale ma się w dobrym kierunku, i spodziewam się niebawem powrócić przynajmniej wirtualnie do naszego kraju, bo innego „własnego” nie mam. ;)

Lubię to! Skomentuj414 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale