Czy Polsce wolno mieć politykę zagraniczną? "O to chodzi w sporze o TVN"

Protesty w obronie TVN. Fot. PAP/Paweł Supernak
Protesty w obronie TVN. Fot. PAP/Paweł Supernak
Nie ma czegoś takiego jak „lex TVN”. Jest raczej próba prowadzenia jako tako samodzielnej polityki zagranicznej w Polsce. Czyli w kraju, którego elity się od prowadzenia takiej polityki po prostu odzwyczaiły.

Mówienie i pisanie o „lex TVN” to zawracanie głowy. Oczywiście najtwardszy rdzeń antyPiSowskiej opozycji bardzo chce byśmy myśleli, że oto zły PiS tak bardzo boi się dobrego TVNu, że za wszelką cenę pragnie go uciszyć. I dla osiągnięcia tego krótkowzrocznego celu Kaczyński i jego ludzie gotowi są zaryzykować spór dyplomatyczny z wielkim amerykańskim sojusznikiem, sprawdzonym w bojach przyjacielem Polski i gwarantem naszej niepodległości wobec Rosji. 

Zobacz: 

Tak USA chcą ukarać PiS za "lex TVN". Przecieki brzmią groźnie

Protesty KOD w obronie TVN. Wśród tłumu prawnicy, dziennikarze i politycy

Lex TVN: Dziennikarze złożyli apel w Sejmie w obronie stacji

Narracja ta – opierająca się w dużej mierze na założeniu „co dobre dla naszego koncernu, dobre dla polskiej demokracji” - jest stara jak świat. Kiedyś jej uosobieniem był amerykański gigant motoryzacyjny GM. Gdy jego szefom nie podobała się jakaś planowana zmiana amerykańskiego prawa albo potrzebował nowego przywileju GM powiadał „co dobre dla nas, dobre też dla Ameryki”. I wystarczało. Politycy robili tak, żeby GM było dobrze.

W Polsce szczególnie chętnie sięgają po taką zagrywkę nasze koncerny medialne. Próbkę mieliśmy już w lutym tego roku. Rząd zaczął wówczas przebąkiwać o wprowadzeniu podatku solidarnościowego od reklam dla największych stacji TV oraz wydawców prasowych. I przekierowaniu tych pieniędzy do wydawców mniejszych. Duzi gracze tego podatku oczywiście nie chcieli. Ale ponieważ Polska to już nie jest (na szczęście) Balcerowiczoland lat 90. to nie wystarczy już powiedzieć „wara od moich pieniędzy, bo podatki są złe”. Trzeba więc było uderzyć w inne tony.

Takie były kulisy jednodniowego i kuriozalnego strajku części mediów. Kuriozalnego, bo bez jakiegokolwiek związku z polepszeniem warunków pracy szeregowych dziennikarzy. Ci ostatni zostali tu potraktowani jak typowe mięso armatnie – decyzja o tym, że strajkują przyszła z góry – z prezesowskich gabinetów. A kto ośmielił się powątpiewać w sens takiej deklaracji natychmiast był szykanowany jako „kryptopisowiec”. Mało tego. Także mniejsi wydawcy zostali - jak wieść niesie – postawieni przed faktem dokonanym. Wielu poparło akcję „media bez wyboru” dla świętego spokoju i na ogólnej antypisowskiej nutce. Choć przecież potencjalnie na opodatkowaniu największych i zmniejszeniu nierówności wewnątrz medialnej branży mogli skorzystać.

Przypominam tamte wydarzenia, by pokazać, że dziś ten sam mechanizm się powtarza. Tym razem słyszymy, że „rząd chce zniszczyć TVN”. A każdy kto ma co do tego wątpliwości musi się liczyć z przylepianiem mu łatki „PiSowca”. Nie powinno nas to jednak zniechęcać do poszukiwania i opisywania prawdziwej dynamiki wydarzeń. Bez histerii i bez ulegania środowiskowemu szantażowi.

Zobaczymy wtedy, że jest dokładnie odwrotnie. Bo to nie jest tak, że oszalały rząd chce uciszyć TVN więc ryzykuje spór z potężną Ameryką. Bzdura! Mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której rząd faktycznie wchodzi w spór z Ameryką. A właściwie próbuje pokazać amerykańskiemu sojusznikowi, że tak jak dotąd nie pozwoli się już dłużej traktować. A TVN? TVN zaś znalazł się tu trochę przy okazji. Przede wszystkim dlatego, że należy do amerykańskiego koncernu. Fakt, że TVN jest TVNem (to znaczy, że większa część PiSu i jego wyborców uważa, iż stacja prowadzi przeciwko nim od lat zmasowaną oraz niesprawiedliwą krucjatę) ma w całej tej sprawie znaczenie najwyżej drugorzędne.

Najważniejsze jest tutaj coś innego. Oto na naszych oczach polska prawica z siły tradycyjnie proamerykańskiej stała się najbardziej krytycznym wobec USA środowiskiem politycznym nad Wisłą. Tu faktycznie zaszła w ostatnich latach niesamowita wręcz zmiana. Przez lata geopolityczne sympatie i preferencje prawicy kształtowane były przez dwa czynniki. Pierwszym (bardziej sentymentalnym) było wspomnienie antykomunistycznego Reaganizmu.

Drugi (już bardziej realny) to dystans prawicy wobec rzeczywistości Unii Europejskiej. I to zarówno, gdy chodzi o konkretne poczynania Brukseli jak i to, że w byciu „zawodowymi Europejczykami” wyspecjalizowali się nasi liberałowie. A więc polityczni przeciwnicy prawicy. Nierzadko głoszący, że najlepsza polityka zagraniczna to brak polityki zagranicznej. I że najmądrzejsze jest postępowanie w ścisłej zgodzie z płynącymi z Brukseli czy Berlina modami albo trendami. Nawet więcej: ich zgadywanie i wyprzedzanie. Byle tylko nie uznali nas w krajach bogatego centrum za parweniuszy i nie zaczęli wytykać palcami.

Na tym tle stawka prawicy na Amerykę wydawała się prawicy przynajmniej jakaś. Dawała nadzieję (iluzję) na to, że 40 milionowy kraj nie jest skazany na totalną mimikrę, ale może próbować jakoś tak stanowić o swoim losie. Tyle, że z tamtego wyjściowego proamerykanizmu nie zostało na prawicy po sześciu latach u władzy już chyba nic.

Lubię to! Skomentuj207 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka