Dziewięć rzeczy, których nie mówią wam o inflacji

Inflacja w sierpniu wyniosła 5,4 proc.
Inflacja w sierpniu wyniosła 5,4 proc.
Musicie wiedzieć, że jesteśmy przedmiotem zmasowanego ataku propagandowego. Celem tej akcji jest przestraszenie ludzi oraz (w konsekwencji) władz rzekomą drożyzną. Akcję napędzają bogate i wpływowe grupy interesu, które nie chcą, żeby zmniejszały się nierówności ekonomiczne w społeczeństwie. Odbywa się to oczywiście za zasłoną frazesów o potrzebie „obrony najsłabszych”. W których to najsłabszych inflacja - rzekomo - najmocniej uderza.

Kilka lat temu koreański ekonomista Ha Joon Chang napisał książkę „23 rzeczy, których nie mówią wam o kapitalizmie”. Zrobił w niej z neoliberalnymi dogmatami mniej więcej to, co Bruce Lee zrobił z ludźmi niejakiego Hana w kultowym „Wejściu smoka”. Wydaje mi się, że raz na jakiś czas warto się w ten sam sposób rozprawić z mitami i dezinformacją rozsiewaną wokół tematu inflacji.

Na naszych oczach zawiązała się bowiem koalicja. Tworzą ją z jednej strony elity finansowo-gospodarcze i zamożniejsza część klasy średniej. Słowem: wszyscy ci, co mają dużo zakumulowanego i kisnącego bezczynnie majątku. Bo to właśnie w nich najmocniej uderza obecna polska inflacja. To oni chcieliby więc wymusić na Radzie Polityki Pieniężnej podwyżki stóp procentowych. Czyli - nazwijmy rzeczy po imieniu - podwyższyć płacę minimalną dla swoich rentierskich zasobów. Bo tym właśnie jest przecież stopa procentowa banku centralnego.

Do sojuszu z rentierami ochoczo przystali zdeklarowani antyPiSowcy. Oni (z reguły) nie bardzo nawet rozumieją, o co z tą całą inflacją chodzi. Są jednak na takim etapie antyPiSizmu, że nie wzgardzą żadną (dosłownie żadną!) pałką, przy użyciu której można przyłożyć Kaczyńskiemu i jego ludziom.

Polecamy inne artykuły Rafała Wosia:

Antyinflacyjna koalicja sieje histerię bez większego trudu. Korzystają na tym, że w Polsce ekonomia przez lata obrosła wieloma neoliberalnymi dogmatami. To zaś efekt dominującego przekonania, że ekonomia to trudna sprawa, którą należy zostawić ściśle wyselekcjonowanym „ekspertom”. Kompletnie zamykając oczy na to, że ci eksperci mają swoje klasowe czy środowiskowe sympatie oraz uwikłania. I że prezentując pozornie obiektywną wizję gospodarczej rzeczywistości, służą interesom klas dominujących. Starczy więc powtarzać w kółko antyinflacyjny przekaz i podpierać go autorytetem wybranych ekonomistów. Oczywiście nie wszyscy ekonomiści są tego samego zdania. Tych jednak, co nie podzielają antyinflacyjnej histerii, nie zobaczycie w mediach wspierających antyinflacyjną histerię. Ani na panelach dyskusyjnych i na kongresach organizowanych przez grupy interesu nakręcające antyinflacyjną histerię.

Taka jest właśnie podszewka dzisiejszego sporu o inflacje. Sporu, w którym tak wiele rzeczy próbuje się przed nami ukryć, zagadać i przykryć ogólnym „olaboga, wszystko drożeje”. Spójrzmy, co nam mówią, a co przed nami sprytnie ukrywają.

Rzecz 1.
Co mówią?
Obecne 5 proc. wzrostu cen to poważny powód do niepokoju.

Jak jest?
Owszem, inflacja może być społeczną tragedią. A zwłaszcza jest nią hiperinflacja. Mamy jednak wielkie „ale”. Sprowadza się ono do tego, że - po pierwsze - mówienie, że dzisiejsze 5 procent nakręcić się może w jutrzejsze 500 proc., to przekonywanie jakoby drobne otarcie naskórka było w zasadzie wstępem do… rychłego wykrwawienia się organizmu. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że inflacja wcale nie musi być zjawiskiem negatywnym. W wielu przypadkach jest wręcz oznaką pozytywnych (pozytywnych dla większości obywateli) procesów zachodzących w gospodarce. Wszystko zależy od tego, ile wynosi i skąd się bierze.

Rzecz 2.
Co mówią?
Każda inflacja przekraczająca cel inflacyjny banku centralnego to zawsze i wszędzie jest społeczna tragedia.

Jak jest?
Inflacja inflacji nierówna. Tragedia jest wtedy, gdy odbywa się warunkach mrożenia płac. Właśnie tak było u nas na przełomie lat 80. i 90. Z jednej strony mieliśmy gwałtowny wzrost cen wywołany zbyt szybkim skokiem w wolnorynkową gospodarkę (na przykład uwolnieniem z dnia na dzień cen produktów rolnych, który na odchodne zafundował następcom rząd Rakowskiego i Wilczka). Po nich zaś przyszedł Balcerowicz, który zaczął proces mrożenia płac oraz świadczeń społecznych. W efekcie realne dochody rosły dużo wolniej niż ceny. Czego efektem była niszcząca społecznie inflacja. I to faktycznie była tragedia. Dziś jednak mamy sytuację odwrotną. Ceny rosną szybciej niż cel inflacyjny, ale odbywa się to w warunkach jeszcze wyższego wzrostu płac. I tak jest od dobrych kilku lat. Co jeszcze ważniejsze, ów wzrost płac został rozszerzony np. na emerytów (dodatkowe świadczenia takie jak 13. i 14. emerytura). A także program 500+, który (na szczęście) dociera również do tych, którzy nie pracują.

Rzecz 3.
Co mówią?

Inflacja uderza w najbiedniejszych. Tzw. drobnych ciułaczy.

Jak jest?
Figura drobnego ciułacza jest wygodna. Ale w praktyce nie istnieje ktoś taki, jak „ciułacz rentier”. To oksymoron. Wewnętrzna sprzeczność. Jak masz w banku 5 albo 10 tys. oszczędności, to nie jesteś żadnym rentierem, bo nie możesz przecież żyć z odsetek od takiego kapitału, prawda? Tak naprawdę mamy więc jedynie „ciułaczy”. Taki ciułacz nie będący rentierem musi być jednak jednocześnie pracownikiem. To logiczne. Inaczej nie miałby z czego żyć.

Lubię to! Skomentuj215 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka