Niech państwo da Ukraińcom gwarancję zatrudnienia!

PAP/Aleksander Koźmiński
PAP/Aleksander Koźmiński
Rząd powinien wcielić się w rolę pracodawcy ostatniej instancji dla uchodźców z Ukrainy. Inaczej polsko-ukraińska miłość szybko stanie się bardzo szorstka.

Przypomnijmy - gwarancja zatrudnienia to schemat polegający na tym, że państwo bierze na siebie obowiązek zaoferowania sensownej pracy każdemu, kto tej pracy chce. Nie chodzi tu o całkowite zastąpienie rynku. Ani tym bardziej o powrót do realnego socjalizmu. To nie tak. Idzie raczej o to, by państwo wzięło na siebie rolę „pracodawcy ostatniej szansy”.

Praca dla uchodźców z Ukrainy. Jest wiele zalet

Działałoby to tak: w sytuacji, gdy pracownik nie może znaleźć roboty w sektorze komercyjnym zgłasza się do rządowej agencji. A państwo nie robi uniku. To znaczy nie utrzymuje go poza rynkiem pracy (zasiłek), ani nie wysyła na kolejne szkolenia (aktywizacja zawodowa). Tylko daje konkretną pracę za płacę równą pensji minimalnej.

Państwo zyskuje w ten sposób grupę pracowników, którą może kierować w te miejsca gospodarki, gdzie - z różnych przyczyn - rąk do pracy akurat brakuje. Na przykład do sektora opieki nad starszymi lub niepełnosprawnymi albo do przeróżnych społecznie użytecznych prac publicznych. To inwestycja w gospodarkę i w rozwój.

Prawdziwy cel schematu gwarancji zatrudnienia polega jednak na czymś innym. Wcielając się w rolę pracodawcy ostatniej instancji rząd przeciwdziała psuciu standardów na rynku pracy. Sięgając po taki mechanizm chronimy więc również interesy tych wszystkich, którzy już zatrudnienie mają. I mogą się (słusznie) obawiać, że po wejściu na rynek dodatkowych kilkuset tysięcy migrantów (lub bezrobotnych) ich własne warunki pracy ulegną pogorszeniu.

Przykład. Na rynku pracy pojawiają się Swietka albo Witali. Są gotowi przyjąć każdą pracę, bo większość uchodźców jest w takiej właśnie sytuacji. Dla Magdy albo Jarka, którzy pracują stanowisku z okolic płacy minimalnej stanowi to duże zagrożenie. Istnieje bowiem realna szansa, że Jarek albo Magda zostaną zastąpieni przez Swietkę albo Witalija skłonnych do pracy na warunkach gorszych (albo wręcz na czarno).

Jeśli jednak na rynku funkcjonuje gwarancja zatrudnienia to Swietka i Witalij mogą iść do państwa i poprosić o pracę gwarantowaną płatną na poziomie pensji minimalnej. W ten sposób nie stanowią już zagrożenia dla Magdy i Jarka. Niszczący standardy wpływ wejścia dużej grupy migrantów na rynek pracy po prostu znika.

Państwo stać na to

Stoimy dziś wobec sytuacji wyjątkowej. Na wschodzie trwa wojna, a do Polski przyjeżdżają setki tysięcy uchodźców z Ukrainy. Jak wkomponować ich w polski rynek pracy? Przed tym pytaniem nie uciekniemy. Wielu powie pewnie, że jeszcze za wcześnie na jego stawianie. Bo przecież tak wielu rzeczy nie wiemy.

Nie wiadomo, kiedy skończy się ta wojna? Nie wiadomo, ilu uchodźców jeszcze do nas napłynie? Nie wiadomo, ilu pojedzie dalej? Nie wiadomo, ilu będzie chciało potem wracać na Ukrainę? I wreszcie nie wiadomo jak będzie wyglądał napływ ukraińskich mężczyzn, którzy będą próbowali połączyć się ze swoimi rodzinami?

To fakt, tego wszystkiego nie wiemy.

Ale jednocześnie chyba nikt nie łudzi się, że sytuacja wróci szybko do stanu sprzed 24 lutego. To znaczy, że musimy się przygotować na nową sytuację. Polega ona na tym, że (licząc ostrożnie) kilkaset tysięcy ludzi w wieku produkcyjnym trzeba na trwałe wpasować w polski rynek pracy.

Czy nas na to stać? Oczywiście. Nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Chyba nigdy w swojej najnowszej historii Polska nie była lepiej przygotowana na takie wyzwanie. Jako kraj jesteśmy dziś już w zupełnie innej sytuacji niż 20 czy nawet 10 lat temu. Bezrobocie jest niskie, a podstawy wzrostu gospodarczego oparte są wreszcie na trochę szerszych niż podstawach. Mamy solidny popyt wewnętrzny, konkurencyjną produkcję eksportową, stabilny rynek finansowy, własną stabilną walutę i sensowny bank centralny, który wyrósł z dziecięcej choroby liberalizmu. A państwo dużo chętniej niż w pierwszych dekadach polskiej transformacji włącza się w napędzanie gospodarki. To wszystko pozwala dość pewnym głosem powiedzieć: tak, poradzimy sobie z tym wyzwaniem.

Kto powinien wziąć za to odpowiedzialność?

Jednak nawet w takich (całkiem dobrych) warunkach wyjściowych operacja długofalowej integracji uchodźców z Ukrainy” nie będzie łatwa. Podstawowe pytanie przed którym stoimy sprowadza się z grubsza do tego, kto powinien ten proces przeprowadzić. Czy ma to zrobić rynek czy też powinno się tym zająć państwo?

Stawiam, że większość czytelników odpowie w pierwszej chwili, że trzeba to zostawić rynkowi. Bo choć wiele się w ostatnich latach w polskiej dekadzie ekonomicznej zmieniło, to wciąż jednak dominuje w Polsce przekonanie, że - co do zasady - mechanizmy rynkowe są lepsze od ręcznego sterowania gospodarką. Zwłaszcza w sytuacji kryzysowej (a teraz mamy taką sytuację kryzysową) ludzie mają tendencję do unikania eksperymentów. Także i w tym przypadku dominować więc będzie przekonanie, że to rynek ma wchłonąć te kilkaset tysięcy ukraińskich par rąk do pracy. Zwłaszcza, że mamy (generalnie) dość pozytywne skojarzenia z poprzednią mniejszą falą przybyszów z Ukrainy. A poza tym od dawna słyszymy narzekania pracodawców, że brakuje im pracowników w wielu kluczowych obszarach. Niech więc rynek to załatwi.

Lubię to! Skomentuj131 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka