Dochód podstawowy? Dzięki, ale my już mamy!

Seurat Georges, Niedzielne popołudnia na wyspanie Grande Jatte, 1886.
Seurat Georges, Niedzielne popołudnia na wyspanie Grande Jatte, 1886.
Dochód podstawowy to generalnie bardzo słuszny pomysł. Ale punktowe eksperymenty na niewielką skalę miały sens jakąś dekadę temu. Dziś to już niestety zwykłe zawracanie głowy.

Od wielu lat jestem gorącym zwolennikiem bezwarunkowego dochodu podstawowego. Napisałem o tym bardzo wiele tekstów na łamach bardzo wielu mediów. Wiele czasu i uwagi poświęciłem w nich na przekonywanie, że nie są to „pieniądze za nic”. Ani żadne „rozleniwianie społeczeństwa”. A jeśli ktoś tak uważa, to niech lepiej zacznie się martwić o rozleniwionych rentierów czerpiących dochody z przeróżnych dywidend albo spekulacji na rynkach kapitałowych. A jeśli nie uważa ich istnienia za naganne, to czemu - niczym pies ogrodnika - nie pozwoli szerszym masom społecznym na dostęp do podobnych przywilejów.  

Czytaj też: 

Łatka "socjalu"

Dochód podstawowy da się sensownie uzasadnić na wiele sposobów. Od moralnych - ludziom się to po prostu należy. Po ekonomiczne: dochód podstawowy jest doskonałą polityką równościową podnosząca najmocniej tych członków społeczeństwa, co mają najmniej. Wielka siła dochodu podstawowego polega też na tym, że niełatwo ometkować go jako socjał. A to dlatego, że korzystają na nim także klasy dominujące i ustalające medialne priorytety.

W zasadzie powinienem się więc ucieszyć z zaproponowanego właśnie przez grupę naukowców pod wodzą Macieja Szlindera eksperymentu z dochodem podstawowym na Warmii i Mazurach (mają ruszyć, gdy tylko znajdą finansowanie projektu). Szlindera z resztą bardzo cenię, pozdrawiam i gdzie tylko mogę zachwalam jego książkę „Bezwarunkowy Dochód Podstawowy” jako najlepszy na polskim rynku kompendium na ten temat.

Ale jest problem. Problem polega na tym, że nie żyjemy już w roku 2012. Mamy rok 2022. A w międzyczasie wiele się wydarzyło. Mam nadzieję, że się Szlinder i inni nie obrażą jeśli powiem, że dziś takie eksperymentowanie to trochę zawracanie głowy. Sympatyczne, akademicko ciekawe, ale politycznie zupełnie niekonkluzywne.

I to z kilku powodów. 

500 plus jako dochód podstawowy

Po pierwsze, doświadczenie uczy, że dochodu podstawowego nie da się przetestować w ograniczonym zakresie. Owszem - są tacy co testowali, testują i będą testować - można naliczyć przynajmniej kilkanaście eksperymentów w przeróżnych krajach świata. Wszystkie jednak mają tę słabość, że działają wycinkowo. Z oczywistych powodów grupa badanych ogranicza się zawsze do kilku lub kilkudziesięciu tysięcy osób. W efekcie trudno jest wyciągnąć z tego jakieś szersze wnioski dla kilku lub kilkudziesięcio milionowych społeczeństw. Nie da się zobaczyć, jak wprowadzenie dochodu wpłynie - na przykład - na poziom cen. Nie zbadamy też wiele innych efektów społecznych, które ujawnić się mogą dopiero w szerszej skali.

Po drugie, wszystkie te punktowe eksperymenty są wręcz krokiem wstecz wobec tego, co już w wielu krajach mamy. Od lat 70tych mamy więc (bardzo pozytywne) doświadczenia z dochodem podstawowym na Alasce, który został uchwalony jako rodzaj „powszechnej dywidendy” związanej z eksploatacją tamtejszych surowców naturalnych - a więc dobra wspólnego. W pandemii mieliśmy też trumpowskie czeki przesyłane najbiedniejszym amerykanom.

Mało tego - od 2016 roku mamy dochód podstawowy w Polsce. Nazywa się on 500plus. Purysta powie, że nie jest do dochód podstawowy w wersji podręcznikowej ponieważ dotyczy „tylko” rodzin z dziećmi. Warto jednak zauważyć, że po pokonaniu tego warunku wstępnego nie ma już żadnych warunków kolejnych. Pieniądze należą się beneficjentom z mocy prawa wszystkim. Niezależnie od dochodu, dobrego sprawowania czy woli urzędnika. A wysokość pięćsetki nadal jest znaczącym zastrzykiem dla najsłabiej zarabiających, co czyni z tego programu skuteczny mechanizm prowadzenia polityki równościowej przez rząd PiS.

Fakt, że 500 wprowadziła Zjednoczona Prawica jest tego programu i siłą i słabością. Siłą, bo tylko PiS ze swoim populizmem zdołał oprzeć się jękom i stękom liberalnego mainstreamu, który wymyślał miliony powodów dla których 500+ być nie powinno. Od straszenia dziurą budżetową po dezaktywizację zawodową kobiet (z czego nic się - rzecz jasna - nie sprawdziło).

Ale jest też słabością, bo spora część społeczeństwa nigdy nie uzna, że „pińcet” to dochód podstawowy. Ich zdaniem „prawdziwy” dochód podstawowy będzie wtedy, gdy wprowadzi go ugrupowanie z nazwy lewicowe. I odwrotnie. Wszystko, czego dotknie PiS natychmiast lewicowe (a więc słuszne) być przestaje. Taki to świat iluzji wielu Polaków sobie stworzyło i się w nim wygodnie umościło. Ich wybór. 

Gwarancja zatrudnienia 

Istnieje jeszcze trzeci powód, dla którego w obecnych warunkach makroekonomicznych dochód podstawowy to nie jest już najszczęśliwszy kierunek. Należy przecież pamiętać, że gdyby faktycznie każdy obywatel miał teraz dostać dodatkowe 2 tys. złotych byłby to mocny zastrzyk inflacjogenny. Nie było to problemem kilka lat temu, gdy surowce na światowych rynkach mieliśmy tanie, a inflacja znajdowała się poniżej celu banków centralnych.

Dziś jednak - po pandemii covid-19 i w trakcie wojny z Rosją - znaleźliśmy się w okolicznościach, w których ceny surowców każą ostrożniej patrzeć na polityczne pomysły obliczone na dalsze ożywianie popytu. Zwłaszcza, że rząd PiS i tak prowadzi dość propopytową politykę. Obniżając podatki albo osłaniając ludziom negatywne koszty rosnących cen (płaca minimalna, 13 i 14 emerytura)

Jeśli już dziś sięgać po radykalne rozwiązania, to powinna to być raczej gwarancja zatrudnienia. Mechanizm ten opisałem szerzej choćby tutaj. Serdecznie zachęcam do lektury.

Zobacz: Niech państwo da Ukraińcom gwarancję zatrudnienia!

A eksperyment z dochodem na Warmii i Mazurach? No cóż. Ciekawostka. Ale raczej nic poza tym. 

Rafał Woś 


Lubię to! Skomentuj58 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka