O Królowej w Wilanowie

Królowa Elżbieta II i miś Paddington. Fot. PAP/EPA/Victoria Jones
Królowa Elżbieta II i miś Paddington. Fot. PAP/EPA/Victoria Jones
Najnowsza historia brytyjskiej monarchii uczy, że nawet najbardziej niemodnej, niedzisiejszej i niepopularnej instytucji nie należy zbyt wcześnie spisywać na straty.

Mój wstydliwy sekret


Przyznam się do pewnego wstydliwego sekretu. Otóż zdarzyło mi się w ostatnich latach - nie raz i nie dwa razy - westchnąć „a może nie byłoby tak źle mieć taką Elżbietę u nas”. Siedziałaby sobie na Zamku Królewskim albo w innym Wilanowie. I stamtąd - nawet nie robiąc nic (a może właśnie dlatego, że nie robiąc nic) stabilizowałaby sytuację wewnętrzną. Łagodziła histerie, burze w szklance wody i oskarżenia o koniec demokracji albo narodową zdradę.

Polecamy:



Nie wiem, czy też tak macie. Mam jednak wrażenie, że nie jestem w tych myślach jakoś szczególnie osamotniony. Ostatnie lata to przecież - dość uniwersalny na całym Zachodzie - proces wielkiego rozczarowania establishmentem. Nie tylko politycznym, ale także publicystycznym, eksperckim i biznesowym. Jego efektem jest rewolta tzw. populizmu. Jednych (na przykład mnie) ona bardzo cieszy. Ale innych śmiertelnie przeraża. W efekcie zachodnie społeczeństwa mocno się polaryzują. Tworząc własne i coraz bardziej zamknięte obiegi opinii. Tak jest u nas. Ale tak jest też w USA i w większości krajów Europy Zachodniej.

Ostatni, nieskancerowany autorytet


Właśnie w takim kontekście taka postać jak symboliczny monarcha wydaje się być jakimś antidotum. Jakimś rodzajem ostatniego i jeszcze nieskancerowanego autorytetu, do którego można się (w razie czego) odwołać. Odwołać po to, by nie ześlizgnąć się w otchłań prawdziwej (a nie tylko retorycznej) wojny domowej.

Oczywiście są to myśli z których nic praktycznego wynikać nie może. Monarchia nie jest częścią kultury politycznej współczesnej niepodległej Polski. I nigdy nie będzie. Ten pociąg odjechał dawno dawno temu. Zabierając ze sobą wszelkie potencjalne scenariusze.

Co nam pokazuje śmierć królowej Elżbiety II


Śmierć królowej Elżbiety II pokazuje nam jednak coś innego. Jest ona jakby naturalnym domknięciem pewnego procesu. Można ten proces nazwać „cichym odrodzeniem” autorytetu brytyjskiej monarchii. Może nawet resuscytacją monarchii w ogóle. Nieco starsi (choć nawet nie bardzo starzy) pamiętają rok 1997 i tragiczną śmierć księżnej Diany. Młodsi zaś też pewnie widzieli w filmowych rekonstrukcjach albo niezliczonych dokumentach. Morze kwiatów pod bramą Pałacu Buckingham i łzy zwykłych Brytyjczyków po śmierci „księżniczki ludzkich serc” - określeniu Lady Di spopularyzowanym przez ówczesnego premiera Tony’ego Blaira. A wymyślonym (choć w nieco ironicznym kontekście) parę lat wcześniej przez publicystkę Julię Burchill.

Kto był wtedy tym złym? A właściwie „tą złą”? Oczywiście, że ona. Elżbieta II. Ta sama, która zmarła wczoraj w Balmoral w wieku 96 lat. To Królowa była wtedy - przynajmniej dla ogromnej części Brytyjczyków moralnie odpowiedzialna za śmierć byłej żony księcia Karola. Była synonimem zimnej, skostniałej i oddalonej od ludzi instytucji, która u progu XXI wieku nie ma już większej racji bytu.

I nie chodziło tylko o spektakularny rozpad małżeństwa księcia Walii (oraz pozostałych dzieci królowej, którym też się jakoś nie poukładało w życiu rodzinnym). Krytyka sensu istnienia monarchii była leitmotivem większej części długich rządów Elżbiety. Nie od razu tak było. Pierwsza dekada panowania młodej monarchini była wręcz „miodowa”. W tamtych czasach to raczej polityczno-parlamentarny establiszment Zjednoczonego Królestwa permanentnie zawodził. Jak choćby w czasie kryzysu sueskiego (1956). Na tle starych zmęczonych mężczyzn w stylu Winstona Churchilla, Anthony’ego Edena czy Harolda MacMillana Windsorówna była powiewem świeżości.

Jednak atmosfera zmieniła się pod koniec lat 60. Była to cześć szerszego i charakterystycznego dla całej Europy zjawiska „rewolucji 1968”. Na wyspach nie miała ona tak bardzo ostrego i politycznego charakteru jak we Francji czy w Niemczech. Krystalizowała się raczej w kulturze - głównie w muzyce (The Beatles, The Who, The Rolling Stones) albo w modzie czy obyczajowości. Na wyspach określa się ten okres umownie jako „swinging sixties”.

Monarchia i świat współczesny


Monarchia (nawet jeśli konstytucyjna) zdawała się pasować do tego świata coraz słabiej. Jeśli nie w ogóle. Dlaczego ludzie mają utrzymywać jakąś dziwną zgraję uprzywilejowanych darmozjadów? Czy koszt funkcjonowania monarchii da się obronić w czasach kryzysów nawiedzających brytyjską gospodarkę w okresie powojennym? Czy monarchia ma sens w czasie, gdy rozpadowi ulega całe dawne imperium (dekolonizacja, ostateczna utrata pozycji mocarstwa gospodarczego na rzecz Ameryki)? To były pytania pojawiające się w brytyjskiej publicystyce od lat 70. Dominowały w zasadzie - aż do bardzo niedawna.

I właśnie to jest w tej całej historii najbardziej zaskakujące. Bo jeżeli przypomnieć sobie to wszystko dziś to… aż trudno uwierzyć. Królowa Elżbieta odchodzi popularna i szanowana. W zasadzie przez wszystkich: od laburzystów i konserwatystów po szkocką partię narodową a nawet irlandzkich republikanów. W najmniejszym stopniu nie zaszkodziły jej nawet niedawne oskarżenia ze strony wnuka Harry’ego i jego żony Meghan. Publika - inaczej niż w latach 90. - nie kupiła już gremialnie opowieści o starej skostniałej monarchini i buntującym się młodym postępowym pokoleniu Windsorów.

Elżbieta II z misiem Paddingtonem


Czy to przypadek? Nie do końca. Nie jest tajemnicą, że już w latach 90. dwór brytyjski postawił na zmianę. Prowadzona konsekwentnie polityka PR-owa przejawiała się w łączeniu tradycyjnej treści (starzejąca się monarchini) z nowoczesną formą. Przejawiała się ona w sprawach drobnych (filmiki Elżbiety z animowanym misiem Paddingtonem przy śniadaniu. Albo z Jamesem Bondem na inaugurację Igrzysk w Londynie w 2012 roku. Nikt tego oczywiście nie przyzna wprost, ale bardzo wiele zrobił też dla image’u Królowej netflixowy serial „The Crown”. Do tego doszedł oczywiście historyczny dorobek Królowej - jej etos pracy i poczucie obowiązku egzekwowane z żelazną dyscypliną aż do samego końca.

Ta udana operacja „resuscytacji korony brytyjskiej” pokazuje jedno. To nie jest prawda, że jak jakaś instytucja czy idea wydają się zużyte i niedzisiejsze, to trzeba je jak najszybciej poddać i porzucić. Znajdując sobie nowy, wygodniejszy i nowocześniejszy okop. O niektóre rzeczy warto zawalczyć. Brytyjczycy tak zrobili. I monarchia posłuży im pewnie jeszcze przez parę ładnych kolejnych dekad. A może i dłużej.

Rafał Woś

Czytaj dalej:





Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka