W temacie reparacji czeka nas omerta

Sprawa reparacji wojennych od Niemiec może się ciągnąć długimi latami. fot. Salon24/	PAP/EPA/CLEMENS BILAN
Sprawa reparacji wojennych od Niemiec może się ciągnąć długimi latami. fot. Salon24/ PAP/EPA/CLEMENS BILAN
Niemcy będą bronić się przed postulatem polskich roszczeń reparacyjnych w stary sprawdzony sposób. Ich plan jest prosty. Zamilczeć temat na śmierć.

Zmowa milczenia

Omerta to tytuł ostatniej powieści wielkiego Maria Puzo wydanej w roku 2000. Omertą potocznie określa się zmowę milczenia. Termin wywodzi się z Sycylii i opisuje nieformalne prawo zabraniające członkowi mafii informowania o jej przestępstwach przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Złamanie omerty groziło egzekucją zdrajcy. 

Przenosząc to na dzisiejszy grunt dyplomatyczny podobny wyrok został już wydany na polski postulat wojennych reparacji. Tu nie będzie żadnych gniewnych reakcji ani darcia szat. Przeciwnie. Będzie cicho jak makiem zasiał. Niemiecki rząd bez zbędnych ekscesów przyjął już polską notę dyplomatyczną domagającą się otwarcia tematu odszkodowań. Po czym uśmiechnął się kwaśno i powtórzył, że sprawa jest dla nich od dawna zamknięta. Może jeszcze w tym (najdalej przyszłym) tygodniu jedno czy drugie niemieckie medium coś o tym napisze. Może nawet ktoś powie, że Polacy mają trochę racji. I by było na tyle. Das war’s. Przechodzimy nad tym wszystkim do porządku dziennego. Życie toczy się dalej. Schoenen Tag noch!

Trudno się z resztą dziwić. Każdy, kto kiedykolwiek próbował ścierać się z silniejszym od siebie przeciwnikiem, ten wie, że tak to właśnie działa. To duży ma w ręku najlepsze karty. W tym tę najmocniejszą - przemilczenie niewygodnego dla siebie tematu. Gra idzie o to, by było, jak w starym porzekadle głoszącym, że „psy szczekają a karawana jedzie dalej”. Ileż prawdy jest w takich powiedzonkach!

Temat reparacji umrze śmiercią naturalną

Dla tego słabszego taka sytuacja jest oczywiście szalenie niewygodna. I niesamowicie frustrująca. Bo nie ma większego znaczenia, czy ktoś ma obiektywną rację czy jej nie ma. Nie jest też ważne czy przygotował na poparcie swoich postulatów trzy czy może pięć tomów najbardziej merytorycznych na świecie analiz. Jak duży się uprze i utrzyma posłuch wśród średniaków to zmowa milczenia nie zostanie przerwana. I temat umrze śmiercią naturalną. Zawsze w takich chwilach przypomina mi się grecki minister finansów Janis Warufakis, który próbował w roku 2015 zmienić sposób patrzenia Berlina i Brukseli na temat przyczyn kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Opowiadał mi potem mniej więcej tak: „pracowaliśmy dzień i noc. Przygotowywaliśmy na każde posiedzenie eurogrupy tony wielowariantowych analiz. Bombardowałem moich kolegów ministrów finansów innych krajów tymi faktami aż do zdarcia gardła. I co? I nic. Miałem wrażenie, że równie dobrze mogę śpiewać hymn Szwecji. Efekt byłby ten sam. To znaczy żaden”. I tak było. Berlin i Bruksela narzuciły reszcie Europy swoją narrację o tym, że to Grecja sama jest sobie winna sytuacji, w której się znalazła. I ma przyjąć „proponowane” jej warunki pomocy bez możliwości renegocjacji. I tak się właśnie stało. Reszta Unii przyjęła to bez szemrania. Paru ekonomistów ponarzekało, że to krzywdzące, szkodliwe i jeszcze wróci całej Unii czkawką. I tyle.  

Czy Polska ma więc jakiekolwiek szanse na przełamanie taką „omertę" wokół tematu reparacji? Teoretycznie można by to robić na trzy sposoby.

Najlepiej oczywiście gdyby znaleźli się w Europie sojusznicy gotowi wspierać polski punkt widzenia w tej sprawie. Ale to trudne zadanie. Nie ma w Europie krajów o choćby podobnym do polskiego poziomie traumy wywołanej niemieckimi zbrodniami wojennymi. W szerszej skali takimi - potencjalnymi - sojusznikami mogłyby być tylko Rosja i Izrael. Ale oba te kraje - co oczywiste - roli takiego sojusznika w naciskaniu na Berlin na pewno nie odegrają. Jedynym realistycznym rozwiązaniem na które może liczyć polska dyplomacja to jakiś rodzaj wsparcia taktycznego. Jakiejś transakcji wiązanej. Ale to też bardzo trudne. Polska już od ładnych paru lat próbuje klecić w Europie koalicję na rzecz innego kierunku rozwoju Unii. Przełamanie berlińsko-brukselskiego monopolu na wyznaczanie kierunku jakoś nie chce się sklecić. Ale ilekroć wydaje się, że jest już jakiś szkielet takiego potencjalnego sojuszu, to zaraz wszystko rozpada się w rękach. Jak choćby wspólnota losu „pyskatego ucznia”, który dzieliliśmy w Węgrami. Aż do czasu, gdy okazało się, że Orban zapatrzył się na wschód w stopniu zupełnie nieodpowiadającym polskiej wrażliwości. Grupa Trójmorza to z kolei wciąż raczej hasło niż rzeczywistość - a kraje, które się na Trójmorze składają wiszą na Niemcach pod tak wieloma względami, że raczej nie wierzgną. Ostatnio pewne nadzieje wiąże Warszawa ze zmianą polityczną we Włoszech. Ale czy coś z tego kiedykolwiek wyniknie? To znów jak budowanie zamków na piasku. 

Inną drogą są wysiłki polskiej machiny dyplomatycznej. Mozolna oddolna praca polegająca na przedostawaniu się do zachodniej opinii publicznej. Artykuł tu, wystawa tam, odczyt w Instytucie Pileckiego, debata pod auspicjami ambasady. Problem polega na tym, że to trwa od lat. I na razie - bądźmy szczerzy - na wielką zmianę się nie przełożyło. 

Można oczywiście wyobrazić sobie też scenariusz dalszego wtykania Niemcom szpil. Poruszania kwestii reparacji za każdym razem na jak najwyższym szczeblu. Albo torpedowania różnych pomysłów, na których im w Europie zależy. Można to sobie wyobrazić. Do pewnego stopnia to już się dzieje. Można oczywiście robić to bardziej. Mniej w stylu Morawieckiego (czyli na grzecznie) a bardziej po „ziobrowemu" albo po „kaczyńsku”. To znaczy kawa na ławę. Pozwalałoby to tematowi reparacji nie zemrzeć na zamilczenie. Ale to jest też droga, która ma i będzie miała w Polsce tyluż zwolenników, co przeciwników. I będzie ciągle skazywała nas na łatkę europejskiego „enfant terrible”. W którą to rolę - powiedzmy sobie szczerze - i tak od lat jesteśmy wpychani. Oczywiście ku uciesze Berlina. 

Dalsza walka o reparacje zależy od wyboru Polaków

I jest jeszcze opcja czwarta. Najbardziej prozaiczna. Ale i najbardziej prawdopodobna. Polega ona na tym, że aż do następnych polskich wyborów nic wielkiego w relacjach polsko-niemieckich się nie wydarzy. Będzie więc z grubsza tak, jak jest. Na poziomie rządowym wyniosły chłód. Zakulisowo realizacja przyjętego w Berlinie już jakiś czas temu planu przeczekania PiSu. W nadziei, że Polacy wreszcie wybiorą sobie taki rząd, jak trzeba. 

I dopiero jeśli po tych wyborach PiS jakoś się uchowa, to chyba dopiero wtedy czeka nas z Niemcami jakaś nowa - bardziej poważna - rozmowa. 

Czytaj dalej: 


Lubię to! Skomentuj175 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka