Czy Polska będzie rządzić Europą?

Polska może mieć jeszcze więcej do powiedzenia w Europie. Fot. Wikipedia/Canva
Polska może mieć jeszcze więcej do powiedzenia w Europie. Fot. Wikipedia/Canva
Coraz wyraźniej widać, że w powojennej Europie jest miejsce na silną i suwerenną Polskę. Samo państwo też jest do tego gotowe. Jeszcze tylko nasze elity muszą przezwyciężyć resztkę swoich postkolonialnych kompleksów wobec Unii.

Czytaliście pewnie ubiegłotygodniowy tekst z portalu „Politico” na temat Polski jako nowej superpotęgi wojskowej. W skrócie chodziło w nim o to, że Polska się zbroi i jeśli tak dalej pójdzie to za parę lat będzie miała najpotężniejszą armię w Europie. W Salonie24 ten tekst omówiliśmy tu. Ale mnie w tamtym tekście zainteresowało coś innego. Chodzi o wypowiedź jednego z ekspertów Austriaka Gustava Gressela. Kiedyś wojskowego, a teraz cenionego analityka spraw strategicznych. Powiedział on dosłownie, że „Polska boksuje dziś w Europie poniżej swojej wagi ze względu na wewnętrzny konflikt polityczny”. 

Zobacz: Bruksela wciąż nie wypłaci pieniędzy Węgrom. Mimo akceptacji KPO

Jak nie dać się ustawić do kąta 

W pełni się z tym zgadzam. Wydaje mi się, że gdybyśmy się w Polsce bardziej ogarnęli i nie dali się tak łatwo obcym siłom rozgrywać, to bylibyśmy dziś krajem, którego głos jest w Europie dużo mocniejszy. Mówiąc w uproszczeniu - to nie nas stawialiby do kąta. To my byśmy decydowali czy i kogo (ewentualnie) do kąta postawić. Chodzi o awans z ligi petentów do ligi rozgrywających.

I nie jest to żadne myślenie życzeniowe ani tym bardziej prężenie muskułów. Tylko trzeźwa ocena rzeczywistości międzynarodowej ostatnich miesięcy. W Europie od początku wojny z Rosją zaczyna bowiem dojrzewać przekonanie, że koniec końców Warszawa musi być częścią nowego pomysłu na polityczny ład na kontynencie. Mamy do tego po prostu obiektywne papiery. Jako piąty najliczebniejszy kraj Unii i szósta największa gospodarka wspólnoty. Jako kraj z najlepszymi widokami na parę lat dalszego rozwoju (jak tylko kryzys odpuści). Oraz - last but not least - jako kraj położony na wschodniej flance Unii i NATO, która pozostanie przez parę najbliższych lat „płonącym pograniczem Zachodu”. 

Czytaj: Sondażowy zawrót głowy. Takiego wyniku PiS opozycja nie mogła się spodziewać

Polska zdaje egzamin z humanitaryzmu

Bo Polska - i to już Zachód zaczyna widzieć - całkiem sensownie odnajduje się w tej nowej powojennej rzeczywistości. Choćby w tematach takich jak rozbudowa armii czy zarządzanie permanentnym kryzysem migracyjnym, bez ogłaszania co tydzień katastrofy humanitarnej. Czytając zachodnie media widać, że to trochę imponuje. A trochę zdejmuje z głowy realny problem. Bo przecież ani Niemcy nie chcieliby mieć dziś bezpośredniej granicy z Rosją. Ani Irlandczycy czy inni Holendrzy nie mają ochoty przyjmować dodatkowych setek tysięcy wojennych uchodźców. Dziś nikomu w Europie nie zależy na Polsce, która popada w stan chaosu.

Paradoks polega oczywiście na tym, że w tym samym okresie mamy pryncypialny kurs Komisji Europejskiej na „zagłodzenie Polski”. I on pewnie potrwa, choć jest bezsensowny i anachroniczny (został skrojony pod potrzeby przedwojennych planów politycznych w stylu ukochanego dziecka Fransa Timmermansa czyli Fit For 55, którego Polska bardzo nie chciała). W tle jest też - o czym rzadko się mówi - zdobywanie przez technokratyczne unijne instytucje (Komisja Europejska, sądy unijne) nowych przyczółków wywierania wpływu i władzy. Przy okazji „dawania szkoły pyskatej Polsce” KE czy ETS poszerzają swój wpływ na demokratyczną rzeczywistość państw członkowskich poza to, co przewidywały traktaty. A z takiego zyskiwania wpływu trudno dobrowolnie zrezygnować. Do tego dochodzą osobiste krucjaty wielu unijnych polityków - choćby wspomnianego Timmermansa - który w dzieło „wychowania Polski” zainwestował wiele swojej politycznej wiarygodności. 

Ważne: Jest przełamanie. Pozytywny trend inflacji za listopad według GUS

Bruksela woli Tuska 

Wszystko to oczywiście są fakty. Jednak w pewnym momencie unijne elity będą musiały dogadać się z Warszawą. Oczywiście sto razy bardziej wolą z premierem Tuskiem albo z jego nominatem. Ale z trzecim rządem Morawieckiego też będą musieli. To nieuchronne. W tym kontekście kluczowe pytanie brzmi oczywiście, czy my w Polsce będziemy umieli dorosnąć do odgrywania nowej bardziej centralnej roli w Europie. Innymi słowy - czy uda się stworzyć taki model żywego demokratycznego sporu w życiu wewnętrznym, który nie będzie stale przeszkadzał w boksowaniu Polski „we właściwiej kategorii wagowej”?

W Polsce często się mówi o „wyjmowaniu polityki zagranicznej albo obronnej z bieżącego sporu”. Brzmi dobrze. Ale raczej się nie sprawdza. W ostateczności ogranicza się to do wielkich słów. Klucz jest gdzie indziej. Chodzi o to, by ustało w Polsce to ciągłe traktowanie Europy jako pani nauczycielki, do której chodzi się na skargę na złe zachowanie politycznego konkurenta. Rzecz w tym, żeby nie traktować Unii jako nadludzkiej mądrości lub nieludzkiej nowoczesnej technologii, która - niczym VAR na piłkarskich boiskach - powie nam czy mamy demokrację czy też jej nie mamy. 

Nie chodzić na skargi 

To przeskok, którego musimy - jako społeczeństwo - dokonać jeśli chcemy sfinalizować awans z ligi państw petentów do grona rozgrywających. Pod tym względem PiSowcy oczywiście rokują lepiej i mają za sobą doświadczenie realpolityki siedmiu lat u władzy. Teraz sedno w tym, by podobną lekcję zechcieli odrobić dzisiejszy antyPiSowcy spod przeróżnych sztandarów. By nie biegali do Unii na skargę za każde przegrane wybory. I żeby nie utwierdzali ciągle najbardziej misjonarskich i paternalistycznie nastawionych wobec Polski kręgów w Brukseli czy Berlinie w przekonaniu, że Warszawę trzeba wyzwolić spod jarzma populistów. Aby do tego dojść, dzisiejsza opozycja musi przestać idealizować Unię Europejską. A zamiast tego nauczyć się racjonalnie patrzeć na interesy tworzących ją grup interesu. Nawet jeśli są te interesy dobrze schowane za girlandy pięknych słów. I owinięte w sreberko z flagą Europy.

Krótko mówiąc. Polskie elity - zwłaszcza opozycyjne - muszą nadgonić uciekająca rzeczywistość. Bo sama Polska jest już gotowa do odbywania w Europie większej i bardziej dorosłej roli. To nieuchronne i w końcu nastąpi. Im szybciej, tym lepiej.  

Wyborcy Tuska będą niepocieszeni. Schetyna o szansach na wspólną listę opozycji


Rafał Woś 


Lubię to! Skomentuj125 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka