Inflacja 2023 - po górce i przed górką

Adam Glapiński powiedział, że o niektórych działaniach nie może jeszcze poinformować, ale niedługo będzie je ogłaszał. Fot. NBP/Canva
Adam Glapiński powiedział, że o niektórych działaniach nie może jeszcze poinformować, ale niedługo będzie je ogłaszał. Fot. NBP/Canva
Czy wiemy już, co będzie się działo ze wzrostem cen w nowym roku? Owszem, trochę możemy już powiedzieć.

Chleb po 30 złotych?

Najpierw odrobinę faktów, bo to zawsze pomaga. Czy najtańszy chleb - jak to przewidywali najbardziej wzmożeni prorocy inflacyjnej katastrofy - trzeba dziś kupować po 30 złotych za bochenek? Nie, nie trzeba. Inflacja w grudniu spadła w Polsce do 16,6 proc. To oczywiście wciąż daleko od akceptowalnego poziomu (o to, ile wynosi „akceptowalny” poziom inflacji ekonomiści bardzo mocno się dziś spierają). Jednocześnie te nasze dzisiejsze 16,6 to jednak mniej niż w listopadzie (17,5 proc.). I sporo mniej niż w rekordowym - jak na razie - październiku (17,9 proc.). 

Pytanie brzmi oczywiście, co dalej? Jak będzie z inflacją w roku 2023? Rząd i NBP od pewnego czasu przygotowują opinię publiczną na scenariusze raczej pesymistyczne i zwlekają z fanfarami. Wedle ich najnowszych prognoz na początku roku czeka nas jednak jeszcze jedna górka. W lutym inflacja ma pójść w górę do 19-20 proc. By potem już jednak spadać. Wedle tych symulacji ceny będą rosły przez cały 2023. Jednak w drugiej połowie roku już dużo wolniej - raczej poniżej 10 proc.

Rządzący liczą na ten scenariusz również z powodów politycznych. Jeżeli bowiem inflacja w drugiej połowie roku faktycznie wyhamuje, to będzie z nią trochę jak z covidem-19. Nikt oficjalnie nie ogłosi jej zakończenia. Ale opinia publiczna znudzi się tematem i trudniej będzie go traktować jako uniwersalne polityczne paliwo („chleb już zaraz po 30 złotych!!!”). W efekcie informacje GUS na temat miesięcznego tempa wzrostu cen oraz doniesienia z posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej przestaną otwierać telewizyjne serwisy informacyjne. I znów staną się raczej przedmiotem zainteresowania raczej mediów ekonomicznych. Zaś inflacyjne wzmożenie w sposób naturalny wygaśnie. Opozycja będzie z kolei musiała przerzucić się na jakiegoś innego konika, na którym dojedzie do jesiennych wyborów. Rząd zaś powie „straszyli, straszyli i świat się nie skończył”. 

Inflacja w roku 2022 - wnioski

Czy tak się faktycznie stanie, tego oczywiście nikt oczywiście nikt przewidzieć nie potrafi. Dokładnie rok temu wszyscy zawodowi i dobrze opłacani ekonomiczni analitycy (a jest ich wielu zarówno w sektorze publicznym, jak i w prywatnych bankach) śmiało kreślili scenariusze dezinflacji na rok 2022. Które to scenariusze już w lutym-marcu można było włożyć do niszczarki z powodu agresji Putina na Ukrainę. Tak działają tzw. ekonomiczne czarne łabędzie. Czyli zdarzenia nieprzewidywalne (choć przecież możliwe), które zmuszają nas do gruntownej rewizji wcześniej przyjętych planów i założeń.  

Ale to oczywiście nie jest tak, że z inflacji roku 2022 nie możemy wyciągnąć żadnych wniosków. Przeciwnie - po tym roku wzrostu cen widać ich nawet kilka. Spośród nich zaś najważniejsze są dwa. 

Pierwszy wniosek jest taki, że obecna inflacja to nie jest żadna powtórka z lat 1989-1990. Wtedy inflacja w Polsce była bowiem duuuuużo wyższa i sięgała 300-600 proc. Była na dodatek fenomenem Polski i regionu krajów dokonujących radykalnej znany systemów ekonomicznych. Tamta inflacja pochodziła więc - jak to się czasem mówi - od zupełnie innej małpy. Dzisiejsza polska inflacja (prócz tego, że niepomierne niższa) jest zjawiskiem znajdującym się absolutnie w trendzie pozostałych bogatych i rozwiniętych gospodarek świata. To zakręt, który bierze dziś wspólnie cały świat Zachodu. Widać to dobrze, patrząc choćby tylko na kilka ostatnich miesięcy. Nieważne czy w Polsce, w Niemczech, Holandii, Litwie czy w całej Unii Europejskiej. Wszędzie krzywa inflacji będzie wykazywała podobny kształt - różnił nas będzie tylko jej poziom, ale i to nie są różnice olbrzymie: od 11 proc. Inflacyjnej górki dla strefy euro do 24 proc. w krajach bałtyckich. Podobne są tu wszędzie także kluczowe przyczyny wzrostu cen. Czyli szaleństwo na rynkach surowców (ostatnio się uspokaja), wychodzenie z pandemii covid-19 i zakłócenia w handlu międzynarodowym. 

O tym jeszcze się nie mówi

Po drugie, wspomniane tu wyżej głębokie czynniki proinflacyjne będą miały charakter trwały. A to dlatego, że świat nieprędko (czy kiedykolwiek?) wróci do tego, co było. Z tanią energią i sprawdzonymi szlakami importu towarów trzeba się na pewien czas pożegnać. Dobrze by było - mówiąc szczerze - pożegnać się też z tanią pracą, która prowadzi do biednienia i niezadowolenia społecznego w tak wielu rozwiniętych zachodnich gospodarkach. W związku z tym należy się spodziewać, że wyższe poziomy inflacji pozostaną z nami na dłuższy czas. Do pewnego stopnia będąc efektem trwającej od pandemii deglobalizacji. Która to deglobalizacja - pocieszmy się od razu - może mieć także wiele dobrych skutków - takich jak skrócenie łańcuchów dostaw albo tzw. reshoring, czyli powrót produkcji bliżej świata Zachodu (z czego skorzystać może Polska). Może też lepsze perspektywy zatrudnienia w zachodnim przemyśle po latach neoliberalnej smuty. Zobaczymy. 

Politycy ekonomiczni nie mówią o tym jeszcze głośno, ale oczywiste jest, że cele inflacyjne banków centralnych trzeba będzie w perspektywie następnych paru lat podwyższyć. Do jakiej wysokości? Czy do 3-4 proc.? Czy raczej do 5-6 proc. O tym jeszcze będziemy w najbliższych latach sporo rozmawiać.   

Rafał Woś


Czytaj także:

Lubię to! Skomentuj52 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka