Warszawa. Widok na Pałac Kultury i Nauki. Fot. PAP/Szymon Pulcyn
Warszawa. Widok na Pałac Kultury i Nauki. Fot. PAP/Szymon Pulcyn

Warszawa zdejmuje krzyże. „Stalin mógłby się uczyć od dzisiejszych ideologów”

Redakcja Redakcja Kościół Obserwuj temat Obserwuj notkę 242
Działania wszczęte przez władze Warszawy wbrew deklaracjom są ewidentnym przejawem dyskryminacji i wykluczenia. To nie tylko hipokryzja, ale to także dyktatura ateistyczna. To tworzenie państwa fundamentalizmu ateistycznego – mówi Salonowi 24 ksiądz prof. Paweł Bortkiewicz.

Władze Warszawy przyjęły nowe zasady (rozporządzenie podpisał prezydent Rafał Trzaskowski) mające przeciwdziałać dyskryminacji i wykluczeniu. Najważniejszym punktem jest zakaz eksponowania symboli religijnych. Krzyża nie będzie można wieszać na ścianach urzędów, ale też urzędnicy nie będą mogli stawiać symboli religijnych na biurkach. Autorzy rozporządzenia nie zgadzają się, że to dyskryminacja, ponieważ urzędnicy będą mogli nosić symbole indywidualne – medaliki, łańcuszki, opaski. Znikną za to publiczne modlitwy, święcenia nowych obiektów, prawdopodobnie też spotkania opłatkowe. Jak Ksiądz Profesor ocenia takie decyzje?

Ks. Prof. Paweł Bortkiewicz: Pozwolę sobie rozpocząć od przypomnienia słów świętego Jana Pawła z 1991 roku wypowiedzianych w Polsce: „Wiara i szukanie świętości jest sprawą prywatną tylko w tym sensie, że nikt nie zastąpi człowieka w jego osobistym spotkaniu z Bogiem, że nie da się szukać i znajdować Boga inaczej niż w prawdziwej wewnętrznej wolności, ale Bóg nam powiada: “Bądźcie świętymi, ponieważ Ja sam jestem święty!” (Kpł 11,44). On chce swoją świętością ogarnąć nie tylko poszczególnego człowieka, ale również całe rodziny i inne ludzkie wspólnoty, również całe narody i społeczeństwa. […] postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego. Niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością”.

Te słowa właściwie nie wymagają komentarza, ale ponieważ – jak widać – wielu ludzi ma problemy z rozumieniem, warto może zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, absurdem jest oddzielanie w człowieku wymiaru indywidualnego i wspólnotowego. Gdyby tak było, to rozumiem, że na przykład urzędnicy warszawscy powinni cieszyć się pełnymi prawami w przestrzeni prywatnej i osobistej, natomiast w przestrzeni publicznej można by ich było linczować w imię pluralizmu poglądów. Oczywiście taki postulat budzi oburzenie, tak jak budzi oburzenie postulat dezynfekcji życia publicznego z symboli religijnych. Po drugie, działania wszczęte przez władze Warszawy wbrew deklaracjom są ewidentnym przejawem dyskryminacji i wykluczenia. I jeszcze jedno pytanie-czy w ramach tych zasad ujęte zostały symbole quasi-religijne ideologii gender?

W imię walki z dyskryminacją urzędnicy nie mają mówić Warszawiak – Warszawianka, mieszkaniec – mieszkanka. Zamiast tego mają używać zwrotów neutralnych płciowo – Osoba Zamieszkująca Warszawę.

To kolejny postulat z rzędu tych. które muszą budzić albo oburzenie, albo rozbawienie. Jak w takim razie ma być określany urzędnik bądź urzędniczka miasta stołecznego Warszawy? Czy ma być „osobą (dla bezpieczeństwa-nieheteronormatywną) przebywającą w urzędzie miasta w godzinach pracy i pełniącą zlecone jej przez osobę pełniącą urząd prezydenta/prezydentki miasta Warszawy obowiązki”? Przecież ten absurd jest żywcem wzięty ze stalinowskich metod zawłaszczania języka i tworzenia nowomowy. Przy czym trzeba by powiedzieć, że językoznawcy tamtej doby na czele z wybitnym językoznawcą Josefem Wissarionowiczem Stalinem mogliby brać kursy dokształcające u współczesnych ideologów.


No i sprawa, pod którą podpisaliby się być może nawet konserwatyści – chodzi o to, że osoby homoseksualne będą mieć prawo do odebrania na przykład dokumentów osoby, z którą są w związku partnerskim.

Nie czuje się osobą kompetentną, by wypowiadać się na temat takich uprawnień, choć zdaję sobie sprawę z tego, że istniejące przepisy mogą rodzić pewne trudności. Nie tylko wśród osób żyjących w związkach homoseksualnych. Na przykład wśród dalszych krewnych czy narzeczonych, czy partnerów heteroseksualnych mieszkających razem. Jeżeli należałoby – a zapewne należałoby – uregulować sytuacje prawne dotyczące na przykład informacji o stanie zdrowia, o śmierci czy kwestie regulacji finansowych, to w moim przekonaniu, choć zaznaczam, że wypowiadam się tutaj jako laik, powinno to dotyczyć całego spektrum osób, bez wyszczególniania jednej grupy z pominięciem innych.

Urząd Miasta Stołecznego Warszawy podkreśla, że stolica jest pierwszym miastem w Polsce, które przyjmuje takie rozwiązania. A jednocześnie nie jest to uderzenie w katolików i szerzej chrześcijan, ale właśnie wyraz troski o wszystkich, którzy w stolicy mieszkają.

Uwielbiam sytuacje, w których jakaś władza dyktuje represyjne warunki grupie społecznej i orzeka, że czyni to dla ich dobra w imię troski o wszystkich. Takie orzeczenia stanowią tylko i wyłącznie przykład faktycznego totalitaryzmu, który narzuca siłowo rozwiązania niezgodne z sumieniami wielu ludzi, a nade wszystko niezgodne z dobrem wspólnym społeczności. Tym samym, ten ostatni element sprawia, że takie ustawy prawne, takie prawo, jest niesprawiedliwe.


Ze strony krytyków tych rozwiązań padł z kolei argument, że skoro miasto chce troszczyć się o wszystkich, to nie należy zakazywać symboli religijnych, ale pozwolić na to, by obok krzyża pojawił się krzyż prawosławny. A jak gdzieś są wyznawcy judaizmu, czy islamu, to i ich symbole powinny się w miejscach publicznych znaleźć. Bo zakazywanie symboli nie ma nic wspólnego z wielokulturowością?

To bardzo sensowny i konkretny argument. Istotnie, budowanie wielokulturowości, jak i budowanie jakiegokolwiek świata wartości domaga się konstrukcji, a nie niszczenia. Trudno mówić o budowaniu wielokulturowości w sytuacji, w której dokonuje się dezynfekcja życia publicznego osób wyznających katolicyzm. Usiłuje się zepchnąć ich do swoiście ekologicznej niszy prywatności, a w to miejsce proponuje się zawieranie paktu z diabłem po to, tylko by wprowadzić ideologię gender. To nie tylko hipokryzja, ale to także dyktatura ateistyczna. To tworzenie państwa fundamentalizmu ateistycznego.

Jak zdaniem Księdza rozwinie się ta sytuacja – czy to po prostu efekt laicyzacji, czy może chwilowa moda, która za dekadę, dwie, przeminie?

Św. Jan Paweł II w swojej testamentalnej książce „Pamięć i tożsamość” napisał zwięzłe zdanie w odniesieniu do systemów totalitarnych – „jest miara wyznaczona złu”. To oznacza, że zło nie jest absolutne, zło jest nietrwałe i ono przeminie. Tak, jak przeminęły totalitaryzmy XX wieku w klasycznej swojej wersji. Doświadczenie historyczne uczy nas też jednak, że te totalitaryzmy pochłonęły bardzo wiele ofiar i że odradzają się w nowej postaci. Dlatego nie możemy pozostawać bierni. Bo choć wierzymy, więcej – mamy pewność, że „jest miara wyznaczona złu”, że tą miarą jest Odkupienie dokonane przez Boga, to Bóg zaprasza nas do włączenia się w to dzieło odkupienia i do włączenia się do walki ze złem.

Jeśli takie rozwiązania staną się obowiązującym prawem nie tylko w stolicy, ale w całym kraju, jak powinny w tej sytuacji odnaleźć się osoby wierzące?

Przede wszystkim musimy pamiętać, że takie ustawy prawne nie mają mocy wiążącej w sumieniu. Oznacza to, sprzeciw sumienia, ale oznacza także sprzeciw obywatelski. Posunięty do protestów, manifestacji, zaskarżania o realną dyskryminację. Chrześcijanin jest człowiekiem wezwanym do zwycięstwa – to także przesłanie, które płynie z nauczania św. Jana Pawła II, wypowiedzianego w 1983 roku w czasie zawieszonego, ale trwającego stanu wojennego. Jesteśmy powołani do zwycięstwa. A to oznacza, że jesteśmy powołani do walki ze złem.

Źródło zdjęcia: Warszawa. Widok na Pałac Kultury i Nauki. Fot. PAP/Szymon Pulcyn

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo