2 obserwujących
79 notek
30k odsłon
218 odsłon

Wizje pojednania

Wykop Skomentuj

Jest jednak, mimo zmagań z opozycją totalną i z powrotem do stalinowskiej retoryki 1945 roku o wyzwoleńczym bohaterstwie Armii Czerwonej, jeden nienaruszalny mianownik wspólny  - współczesny kosmopolityzm polski. Ten kosmopolityzm internacjonalny, wyrażany międzynarodówką komunistyczną i jej „..wyklęty powstań ludu ziemi…”, został w odzyskanej 30 lat temu Polsce,  jakby uzupełniony prawicowym kosmopolityzmem słowiańskim.  Przy okazji pochówków odnalezionych przywódców Powstania Styczniowego okazało się bowiem, że był to Białorusin, Litwin i Ukrainiec. Tym samym cała dotychczasowa narracja o polskich narodowych powstańczych zrywach, mających zrzucić rosyjskie jarzmo i przywrócić wolność Polsce, stała się …względna. Nawet wielki, mało, największy narodowy wieszcz, okazał się być lojalnym Litwinem przychodzącym, jak z inwokacji do „Pana Tadeusza” wiadomo,  z innej przecież „..ojczyzny” , a jednak tak zaprzątniętym i oddanym Polsce, że pisał po polsku, nawet swoje nazwisko, by ostatecznie zaryzykować zesłanie jako polski przecież obywatel. Mamy więc najwyraźniej do czynienia z dziwną próbą powrotu do idei panslawizmu, zapominając, a może właśnie nie, o popieraniu go najchętniej przez Rosję, jako instrumentu imperialnej polityki wobec słowiańskich narodów bez własnej lub o kruchej państwowości. To właśnie Polska, nie wspierając nigdy dotąd tej idei, wskutek swego Powstania Styczniowego przeciwko rusyfikacji i Rosyjskiemu Imperium, zyskała przydomek „Judasza Słowiańszczyzny”. Czy zatem wizja pojednania ideą Międzymorza, marzenie pokoleń, nie napotyka na swej drodze sprytnie zastawionej pułapki tegoż właśnie panslawizmu ?
Rzeczpospolita Obojga Narodów, zamieniona jakimś prawem kaduka na Rzeczpospolitą Wielu Narodów (?) to dziś także jakby nie jest już Polską. To nie jest ta unia królewskiej korony, od koronacji Bolesława Chrobrego w 1025 na króla Polski, z co prawda Wielkim, lecz jednak księstwem… litewskim. Przyszło nam – od czasu tejże unii właśnie , być po prostu obywatelami równoprawnej wspólnoty wschodnio-europejskiej, do której przed tysiącem lat dokooptowano jeszcze największą diasporę żydowską. Taką oto wykładnię właśnie wymyślono. Znajdą się publicyści, którzy dopowiedzą dodatkowo o fakcie nieistnienia przecież etnicznych Polaków, jakby w ogóle dyskusja o etniczności wielkich narodów miała jakikolwiek sens, i cała rzecz staje wreszcie klarowna i zrozumiała. Cieszyć się zapewne będą Ślązakowcy z RAŚ. Aliści uczy się człowiek życie swoje całe !
Wicepremier Ukrainy, nie jakiś nacjonalista przecież, prezentuje mapę „Historycznej sprawiedliwości”. Z tej mapy z kolei wynika, jakże ciągle niepoprawny, polski i rosyjski imperializm. Taka „spółka” chyba rzeczywiście uzasadnia nazywanie coraz większej części Polaków ruskimi agentami. To się ciągnie co najmniej od Birczy, kiedy aż trzy ataki ogromnymi siłami i środkami oraz stratami wśród ludności cywilnej nie pozwoliły „odzyskać” miejscowości z rąk polskich milicjantów – ani chybi sowieckich czyli rosyjskich kolaborantów. Trzeba było nawet nocą usuwać tablicę tej pamięci. Nowy szef ukraińskiego IPN-u mówi otwarcie o nadużyciu terminu „ludobójstwa wołyńskiego” – a więc cel uświęca środki ?. Znamienne, że tu w sukurs nieoczekiwanie przychodzi Rosja stwierdzając mordowanie przez Armię Krajową Żydów i właśnie Ukraińców (czy tych z pacyfikacyjnych jednostek Nachtigall ?) w wyzwolonej Warszawie.
Wszystko zaczęło się od 1918 roku kiedy to, w tak trudnym okresie wojny ukraińsko-polskiej, metropolita lwowski Józef Bilczewski , w imię własnej wizji pojednania, pozwolił sobie skierować do Watykanu memoriał kwestionujący wcześniejsze stanowisko kościoła ukraińskiego i ponure „bohaterskie” wojenne działania Ukraińskiej Halickiej Armii. Żeby pozostać, przy jakże charakterystycznym przykładzie Birczy, to warto przypomnieć o „spisku” przeciwko Ukraińskiej Powiatowej Radzie z Dobromila z tegoż 1918 roku. Spisek przedsięwzięła społeczność Birczy powołując tam, i to za dobrowolnym przyzwoleniem społeczności ukraińskiej, polskiej i żydowskiej, własnego burmistrza, który stanął w 1919 na czele „Republiki Birczańskiej” – w której wszystkie te narodowości, i to pomimo wojny, żyły w przykładnej i konstruktywnej zgodzie. Wypowiedziano tym samym posłuszeństwo Dobromilowi, pozostając w wyłącznym kontakcie z przemyską Polską Radą Narodową. Już wtedy kilkukrotne próby „odbicia” Birczy siłą nie dały rezultatu.                                               
Sanacyjna wizja pojednania z kolei, choć kosztowała nawet życie ministra Pierackiego i posła Hołówki, ciągle jednak inspiruje część polskich sił politycznych. Ten upór w kwestii wizji pojednania, mimo wielorakich prób kruszenia go, i pomimo wydawałoby się jednoznacznego konsensusu głównych sił politycznych, ciągle trwa. Ciągle zbyt mało dają naciski poprzez Niemcy, czy całą Unię Europejską w kwestii nieustannych mankamentów w Polsce. Związek Ukraińców w Polsce ochoczo podchwytuje informację śląskiego RAŚ o „polskich obozach koncentracyjnych” na przykładzie Zgody (nomen est omen) w Świętochłowicach, powojennego sowieckiego obozu kierowanego przez komunistycznego zbrodniarza Salomona Morela. Tymczasem Stany Zjednoczone tylko wytykają ukraiński poziom korupcji. „Przynależne terytorialnie”, co jest za każdym razem jednoznacznie podkreślane,  pomniki UPA „muszą być” ciągle stawiane nielegalnie. Nawet w takim mieście jak Przemyśl potrafi dojść do nieuzgodnionej wcześniej, i wbrew stanowisku strony ukraińskiej, zmiany nazwy ulicy. W polskiej wizji pojednania nadal poczesne miejsce zajmuje biskup Chomyszyn, który tym razem ustąpił miejsca biskupowi Śnigurskiemu. W ukraińskiej jest jedynie miejsce dla biskupa Kocyłowskiego, a tym samym dla Waffen-SS i SS-Galizien. Inaczej przyjaźni przemysko-lwowskiej nie będzie. Tak jak nie będzie w przypadku rewizjonizmu lwowskimi lwami, czy wspominaniem profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza, czy Politechniki inaczej niż profesorów lwowskich, a więc zgodnie z ukazanym wcześniej, współczesnym słowiańskim kosmopolityzmem. Jest niewytłumaczalnym fenomenem, jak zażarcie Ukraina broni tejże niemiecko-mundurowej tradycji. Można wręcz powiedzieć, że tak jak własnej niepodległości. Takim paradnym wręcz przykładem jest właśnie pułk „Azow”, pielęgnujący i tę tradycję i tę symbolikę –„wilczego haka”, na co przecież zwracali uwagę jeszcze rok temu nawet tak przychylni i tolerancyjni, a przede wszystkim dający pieniądze, Amerykanie. Czy można wobec tego nadal uznawać Kijów, z zatwierdzonymi już teraz nawet sądownie ulicami i Bandery i Szuchewycza, bezpośredniego przecież wykonawcy wołyńskiego ludobójstwa, za stolicę przyjaznego i braterskiego pojednania ? Raczej „rugi pruskie” rodzą w tej sytuacji skojarzenie z „rugami ukraińskimi”, wszystkiego co polskie z zamierzenia „Wielkiej Ukrainy”.  Czy jest do pomyślenia śpiewanie we Lwowie polskich kolęd z jednoczesnym oficjalnym stwierdzeniem, że „ wróciła Polska”, jak to miało miejsce na przełomie roku w wileńskiej Ostrej Bramie ? Czy zatem żółto-niebieski i biało-czerwony bukiet na Grobie Nieznanego Żołnierza 17 września 2019 na pewno oznaczają to samo ? Wszak w tym dniu konfrontujemy się ze skutkami paktu Ribbentrop – Mołotow, jakże zgoła przecież odmiennymi. Takie pytania muszą się pojawiać w sprawach , które w powojennej Europie są ścigane z mocy prawa, a u naszych „wschodnich braci” są celebrowane państwowymi uroczystościami. Wciąganie nas Polaków w tego rodzaju alternatywę walki z zakusami Rosji, to pocałunek śmierci powtarzający dawno już historycznie skompromitowaną kontestację postawy ministra Becka.
Idąc za kolejną polską noblistką, musimy wpierw także odpokutować za wielowiekową kolonizację tych jeszcze 30. lat temu „tutejszych”, czyli Ukrainę i Białoruś. Sądząc po atencji z jaką ta nagroda nobla została w Polsce przyjęta przez tak wiele i tak różnych środowisk, przyjmujemy chyba z pokorą i tę pokutę, tak jak i prawdę o mordowaniu Żydów. Kwestionowanie przez austriackiego noblistę ludobójstwa w Srebrenicy, powinno chyba jednak wzbudzić jakieś wątpliwości co do rzeczywistych intencji noblowskiego komitetu. Olga Tokarczuk w wywiadzie dla ukraińskiego portalu Galicyjski Korespondent jednak przyznaje: „JAKO POLKA MAM GĘSIĄ SKÓRKĘ, GDY WIDZĘ NAPIS „ULICA BANDERY”, PONIEWAŻ CZĘŚĆ MOJEJ RODZINY WYMORDOWALI UPOWCY.”.                                        

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka