Niedawno wysłuchałem fascynującego wykładu (właściwie był to trwający pięć minut felieton wygłoszony z fenomenalna dykcją, czyli perełka) o ludożerstwie prof. Bogusława Bednarka. Wciąż czuję jego smak! Felietonu, nie Profesora, a to dopowiedzenie jest konieczne, gdyż słynny ów erudyta opowiadał o ludożerstwie endogennym i egzogennym, a nawet autokanibaliźmie.
Wszystko działo się w Gadce Szmatce Literatce, a ja bardzo żałowałem, że mówca nie podał ani jednego przepisu. A sprawa jest poważna, bo wpływ jedzenia, a także ludożerstwa na dzieje świata był całkiem spory. Pisałem już jak to Madziarzy dzięki zupie błyskawicznej odnosili sukcesy militarne (http://www.smakiwroclawia.pl/artykuly/463/Zupa-blyskawiczna-a-sztuka-wojenna). W tym przypadku obyło się bez spożywania bliźnich. Warto jednak spojrzeć od kuchni na historię podboju Ameryki Południowej. Otóż gościnny Montezuma, król i najwyższy kapłan Azteków powitał konkwistadorów serdecznie, przekonany, że to zapowiadani w licznych przepowiedniach bogowie. Postanowił ugościć ich serdecznie. Niestety nie zostało to docenione. Ponoć, gdy podano przybyszom na półmiskach najdelikatniejsze części ud i ramion z pojmanych jeńców Hiszpanów ogarnął szał – uznali, że nie można tolerować takiego barbarzyństwa i taka była przyczyna rzezi dokonanej na krwiożerczych mieszkańcach Meksyku przez przybyszy z Europy.
Warto tu przypomnieć, że do normalnych praktyk kapłanów azteckich zaliczało się spożywanie ludzkich serc w specjalnie przyrządzanym sosie chilmole (tu jakby dotykamy delikatnie sprawy pominiętych przez prof. Bednarka receptur kulinarnych) oraz rytualne spożywanie rąk i nóg jeńców przez wojowników. W zetknięciu z taką makabrą Hiszpanie zyskali dodatkowe argumenty, uzasadniające podbój królestwa Azteków. I chyba byli w swym oburzeni szczerzy, bo poświecili mnóstwo cennego prochu, aby wysadzić świątynię – w której dokonywano masowych ofiar z ludzi. Jak zatem widać gościnny poczęstunek może mieć nieoczekiwany skutek i to w wymiarze historycznym.
Wracając na nasze podwórko – dawnymi tuż –powojennymi czasy krążyła po Wrocławiu straszliwa legenda miejska. Otóż miał naszym nadodrzańskim gródku działać wówczas fryzjer, co ja piszę „fryzjer” - prawdziwy Demoniczny Golibroda. Gdy trafiał się klient młody i odpowiedniej tuszy był sadzany na specjalny fotelu „dostawał, panie, po gardle brzytwą”, jak z przejęciem relacjonował mi jeden ze znajomych, po czym, tu słodka zgroza aż ściska kiszki, Straszliwy Cyrulik uruchamiał zapadnię, a bryzgający krwią klient zapadał się w piwniczną czeluść. Po pewnym czasie pojawiał się znowu w dziennym świetle i między ludźmi tyle tylko, że w Hali Targowej i na stoisku mięsnym w postaci kaszanki, szynki i innych podrobów, które wrocławianie skwapliwie kupowali, by ułożyć je na półmiskach…
Próbowałem tę potworną opowieść zweryfikować przeglądając kąciki kryminalne we wrocławskiej prasie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Ale czy robiłem to niezbyt starannie, czy straszliwe te informacje te obudziły czujność redakcyjnych cenzorów, poza szeptanymi ze zgrozą ustnymi przekazami, niczego więcej się na temat mimowolnego ludożerstwa wrocławian nie dowiedziałem. Może Czytelnik tego bloga ma na ów temat sprawdzone informacje? Może gdzieś zachował się jakiś prasowy wycinek? Dobrze byłoby mieć w tej sprawie pewność, choć z drugiej strony może lepiej i nie… Jedno jest pewne - do wymienionych przez Profesora kategorii takich jak kanibalizm endogenny, egzogenny i autokanibalizm należ dodać kanibalizm mimowolny.
Tekst ukazał się na stronie 10milionow.pl





Komentarze
Pokaż komentarze