Pytanie to sprawia mi niemałą zagwozdkę. Nie jestem wprawdzie, muszę tu sprawiedliwie przyznać, doświadczonym czytelnikiem literatury teologicznej. Niemniej, sam pobieżny rzut oka na tę dziedzinę inspiruje mnie do zadania pytania, które chciałbym zadać „od środka”. Jest przecież jasne, że jak się jest takim dziełem, trzeba być wyposażonym w punkt wyjścia, który powinien być szczery, a najlepiej byłoby (i zdaje sobie sprawę, że nierzadko tak jest), by był on inspirowany życiem (np. jakimś wykwitem świeckiej kultury czy filozofii, który stoi w sprzeczności z literą nauki wiary). To jednak nie wszystko w tym wypadku. Bowiem takiej książce filozoficznej do życia wystarczyłby tylko ów punkt wyjścia w zestawie z jakąś zgrabną metodologią. Dzieło zaś teologiczne ma nieco trudniejszy żywot. Niejeden rzekłby, że to rzecz godna podziwu, inny stwierdziłby, że to przesada. Chodzi tu o kwestię ortodoksji. Książka teologiczna musi zmieścić się w ramy określonej ściśle doktryny religijnej. Trzeba tu książkom teologicznym przyznać, że jest to rzecz, bez której teologia nie byłaby teologią. Ten istotny element sprawia wszak, że spośród wszystkich nauk ta dziedzina jest aż tak wyróżniającą się. Sprawę być może da się ująć tak, że owe pierwotne założenia są pytaniem i stanowią jakiś jeden biegun, który na końcu potencjalnego wywodu ma zespół dogmatów, które stanowią ściśle wyznaczony horyzont. W nim musi zmieścić się odpowiedź. To stanowi biegun drugi. Jaka jest tak naprawdę odległość między tymi biegunami?
Jak to więc jest? Czy jak się jest książką teologiczną, to bliższe sercu jest pytanie, które gorliwy naukowiec weń stawia jako otwarcie rozważań, czy bliższe jest Objawienie, którego objaśnienie jest, jak rozumiem, celem życia tejże książki?
Tekst ukazał się na portalu 10milionow.pl





Komentarze
Pokaż komentarze