Urodziłem się w 1987 r. i PRL pamiętam tylko z opowieści. Jednak moi rodzice aktywnie działali w podziemiu i być może dlatego te opowieści w moim domu były wyjątkowo żywe. Siłą rzeczy przesiąkłem atmosferą opozycji antykomunistycznej. A jej nieodłącznym elementem była stale obecna w naszym mieszkaniu muzyka – Antoniny Krzysztoń, Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego... Odtwarzana ze zgranych kaset magnetofonowych (często wydanych jeszcze w drugim obiegu) towarzyszyła moim dziecięcym zabawom. Słuchałem jej raczej bez entuzjazmu. Jako kilkulatek nie rozumiałem słów. Ale była. Ziarno zostało zasiane.
Wkrótce zbyt trudne dla dzieciaka utwory zostały wyparte przez Czerwone Gitary i bardzo popularny wówczas kabaret OT.TO. Wraz z wiekiem mój gust muzyczny oczywiście ewoluował w kierunku ambitniejszych twórców, ale do muzyki mojej mamy jakoś nie wracałem. Do czasu.
W wieku 15 lat, będąc w odwiedzinach u rodziny, przeglądałem z nudów ciociną dyskografię i natrafiłem na płytę Jacka Kaczmarskiego pt. „Live”. Włożyłem ją od odtwarzacza i… w końcu zrozumiałem, o czym ten człowiek śpiewa! A jak nie rozumiałem, to szukałem informacji. Chciałem zrozumieć. Nie potrzebowałem dużo czasu, aby zakochać się w twórczości tria Gintrowski-Kaczmarski-Łapiński. Bardzo szybko przekonałem się zresztą, że to ten pierwszy najlepiej do mnie trafia. Jego emocje, głos…
Naturalnie bardzo szybko odkryłem na nowo solowe płyty Przemysława Gintrowskiego. To on był moim przewodnikiem po niesamowitym świecie poezji Zbigniewa Herberta. I dzięki temu, nie mam żadnych wątpliwości, w dużej mierze mnie ukształtował.
Swojego nauczyciela poezji pierwszy raz na żywo usłyszałem w 2009 r. Zresztą koncert Przemysława Gintrowskiego był jedynym powodem, dla którego razem z przyjacielem wybraliśmy się na wycieczkę do Warszawy. Po świetnym występie odważyliśmy się podejść do Mistrza, a ten… opowiedział nam o pomysłach na nową płytę i o swoich problemach z nogą. Dwóm młodym chłopakom, których widział pierwszy raz w życiu! Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni.
Później jeszcze dwukrotnie miałem szansę posłuchać Gintrowskiego we Wrocławiu. Tę drugą okazję sam zresztą sprowokowałem, gdyż byłem odpowiedzialny za organizację koncertu z okazji 70. rocznicy powstania Armii Krajowej. Przemysław Gintrowski wystąpił na nim jako gwiazda wieczoru. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to jego ostatni występ we Wrocławiu i – z tego co mi wiadomo – przedostatni koncert w karierze…
Przemysław Gintrowski zmarł w sobotę 20 października. Miał 61 lat. Dziękuję za wszystko, Panie Przemysławie!
tekst ukazał się na portalu 10milionow.pl





Komentarze
Pokaż komentarze