Bolesław Rad Bolesław Rad
54
BLOG

SZASZŁYKI W GÓRACH TIENSZAN... Zaczęło się 35 lat temu od moich święceń

Bolesław Rad Bolesław Rad Społeczeństwo Obserwuj notkę 3
Święcenia moje odbyły się 26 maja 1991. To było 35 lat temu i odbyły się bardzo skromnie. Przybyła rodzina najbliższa chyba dziesięć osób. Nikt z nich może poza wujkiem Chabińskim, Pallotynem nie przyjechał samochodem. Nie było też żadnych parafian ni księży z odległej o niemal 300 km rodzinnej wioski.

Czekali na mój przyjazd. 

Za cztery dni miały być tam prymicje.

Cofnijmy się myślami na początek lat dziewięćdziesiątych.

Wtedy to, 35 lat temu Polska była biedna i siermiężna. 

Moi goście z Łodzi i że Skrwilna nie przybyli na Podlasie samochodami ale pociągiem. 

Tylko jeden kamerzysta, którego zamówił jeden z kursowych kolegów ale zapisu video nie widziałem i kopii dostałem. 

Owszem moi dwaj kuzyni z Łodzi robili zdjęcia ze święceń ale w mojej prywatnej kolekcji się nie zachowały. 

Pewnie są u siostry w Chojnicach. 

Nie woziłem ich ze sobą po świecie i tak by się zapodziały.

Żadnych zdjęć ze święceń w prywatnej kolekcji nie mam.

Msza była długa.

W trakcie litanii do Wszystkich Świętych miałem uczucie że tonę. Znane mi z dzieciństwa bo faktycznie finałem jako maluch w przedszkolu a potem jako uczeń w głębokiej rzece Wkra w Zieluniu.

image

Po mszy nie mniej długa kolejka z kwiatami. 

Te mi zafundowała mi białostocka młodzież.

Znałem ich mnóstwo z oazy.

Byli też Krewniacy prezydenta Kaczorowskiego. Wtedy jeszcze nikt mi o tym nie mówił że pani Zofia Żak "moja chora" którą się jako kleryk opiekowałem przez 6 lat, że to jego siostra.

Dużo swoich życiowych sekretów mi opowiedziała. O tym na przykład jak za działalność w Związku Walki Zbrojnej(późniejsze AK) trafiła razem z mężem do więzienia w Fordonie i nawet o tym jak w pierwszy dzień wolności on zmarł "z przejedzenia"... 

Mnóstwo opowieści o tym jak mieszkała przez lata w Łosicach jako zwykła pielęgniarka. 

Nawet zapoznała mnie z dwoma synami i z wnuczką. Owszem wiedziałem że niektórzy z nich osiedli w Londynie. 

Byliśmy na przyjacielskiej stopie ale w latach komuny "nie wypadało się chwalić" że się na brata na uchodźstwie.

Załatwiłem dla pani Zofii miejsce w "sektorze dla rodziny".

Chciałem żeby mogła z bliska widzieć. 

Byłem tym wzruszony bo na pół roku przed święceniami jako "stary człowiek bez nogi" cierpiący na gościec zgodziła się na amputację drugiej kończyny. 

Lekarze dawali 50 na 50.

Zdecydowała się mimo to i proszę posłuchać jaką miała motywację.

JA TO OFIAROWUJĘ ZA JARKA, ŻEBY BYŁ DOBRYM KSIĘDZEM.

Owszem podobne ofiary niosła moja rodzina. I rodzicach później opowiem.

Ciekawy przykład jednak to babcia Janina która w tym momencie miała równo 70 lat. 

Jej stawy powykręcane od reumatyzmu, nogi zdeformowane mega-żylakami to wielka ofiara by przyjechać bez noclegu pociągami. Tym nie mniej przez ofiarę tych dwu starych kobiet zostałem namaszczony w podobnym stopniu jak olej nałożony przez biskupa Kisiela.

W tym uroczystym momencie po raz ostatni działał w randze Apostolskiego Administratora (Archidiecezji Wileńskiej - w domyśle). 

Za 9 dni miał do Białegostoku przybyć Jan Paweł Drugi i odręcznym papierem oddzielić Białystok od Wilna.

Czy można przecenić walor tych święceń?

Byłem ostatnim rocznikiem inkardynowanym do archidiecezji Wileńskiej (z siedzibą w Białymstoku).

Byłem "wileńskim kapłanem" tylko 9 dni, bo za chwilę miała powstać diecezja białostocka czym Watykan przypieczętował "Jałtańskie przekleństwo" jako stan faktyczny.

image

Za rok miałem wyjechać do Rosji a za dwa lata odwiedziła mnie w Rostowie nad Donem osobista pielęgniarka metropolity Kisiela. Został mianowany arcybiskupem tuż przed przejściem na emeryturę. 

Był bardzo schorowany. Cierpiał na raka kości. Nie zgodził się jednak na morfinę.

Gdy się go siostra Roberta pytała DLACZEGO?

Powiedział że chce ofiarować swój ból za "swoich kapłanów".

SZUKAJCIE ZE ŚWIECĄ TAKIEGO BISKUPA.

Wzruszyłem się nie na żarty.

W tym samym czasie zmarła pani Zofia. Przekazałem dla niej górę kwiatów z prymicji a potem album zdjęć prymicyjnych więc i te się u mnie nie zachowały.

Obiad dla rodziny był skromny w podziemiach w parlatorium.

Ja w tym czasie odbierałem "dyplom ukończenia seminarium". 

Koledzy kursowi poprosili bym w ich imieniu wygłosił "mowę dziękczynną" za studia.

Zrobiłem to z humorem bo serce mi rozpierała radość. 

Byliśmy w auli św. Kazimierza na drugim piętrze ale moi krewni stwierdzili że rechot kleryków było słychać w podziemiach.

I piątej wieczorem zwykłym autobusem MPK pojechaliśmy na dworzec. 

Najpierw pojechali pociągiem goście z Łodzi a o 20.50 był nasz pociąg do Szczecina przez Jabłonowo Pomorskie. 

Tam byliśmy gdzieś o trzeciej w nocy, potem przesiadka do Brodnicy. Z Brodnicy do Rypina autobusem i stamtąd do SKRWILNA około 8-mej rano. 

Dwanasto godzinna pielgrzymka prymicjanta.

Bóg zapłać rodzicom że im się chciało taki kawał po mnie jechać.

Za cztery dni tą samą trasą przyjechało około 30 kleryków na moje prymicje. 

Niektórzy załatwili sobie samochód. 

Kilku przyjechało przez Warszawę do Sierpca i tam utknęli. 

To był kleryk Tomek i śp. Darek Sańko - późniejszy słynny "ksiądz alpinista" rodem z Sokółki 

Pomogli im dotrzeć "na wieś" miejscowi księża. Psalm śpiewał Anatol Parachniewicz z Mińska. 

Obecnie prześladowany na Białorusi kapłan kolega z drugiego rocznika. 

Dwaj diakoni Stanislaw i Darek pochodzili z diecezji siedleckiej.

Darek zginął w wypadku wkrótce po święceniach.

Kazanie głosił ks. Jacek Tomkiel a rozweselała gości niezrównaną "Oaza Białostocka" na czele z klerykiem Andryszakiem i Tomkielem Juniorem.

Intencja tej mszy była niezwykła, za pewnego kapłana który "opuścił nasze szeregi" oraz za powołania do Żeńskich Zakonów.

Poprosił o to proboszcz i dziekan KS. Prałat Paskiewicz.

W tym momencie było w Skrwilnie wielu kleryków i tylko jedna siostra o nazwisku Dębska.

Ta pasja Prałata bardzo mi się udzieliła.

Chciałem być "łowcą dusz" i trochę powołań wymodliłem.

Po dwu latach się okazało że wyprosilem jedno powołanie do sióstr z Krakowskich Łagiewnik.

Do zakonu poszła koleżanka z klasy z podstawówki i przyjęła imię Dorota(Jonasza) Filipska. Co roku razem chodziliśmy na częstochowskie pielgrzymki. Pamiętam jej uśmiech i wielkie, nieproporcjonalnie wielkie co do wzrostu oczy. 

Była bardzo niska i skromna jak myszka. 

Była wiele lat pielęgniarką w Częstochowie ale przedwcześnie zmarła mając zaledwie lat 50.

W Rosji w mojej pierwszej parafii wymodliłem powołanie dla mego organisty Mikołaja Dubynina.

To "człowiek orkiestra" o wielu talentach.

Spędziliśmy sporo czasu tłumacząc na rosyjski polskie kolędy.

Jest teraz biskupem w Moskwie i w Petersburgu. 

Jako duchowny ojciec, jestem z niego dumny.

Na Syberii wymodliłem powołanie dla Julii z Chabarowska.

Obecnie w Usolu "pisze ikony" dla Karmelitanek.

Na Ukrainie ma dwie podopieczne w Rosji.

Jedna to malarka siostra Agnes W Charkowie.

Poszła do zakonu w tym samym czasie co Mikołaj.

Druga rodem z Ukrainy to dziewczyna którą poleciłem dla werbistek. Gdy ją poznałem była parafianką z Magadanu na Kolumnie. 

To dziewczyna z żyłką do biznesu ale też bardzo pobożna osoba.

Odwiedzała mnie na Sachalinie jako kurier katolickiej księgarni z Moskwy. 

Mieliśmy ważną rozmowę na Donbasie okazało się że pochodzi z Alczewska i odszukała mnie w mojej dojazdowej "donieckiej" parafii w Jenakiewo. 

Miała do wyboru: opiekować się do śmierci chorą mamą albo iść do zakonu.

Długo nie wiedziałem co wybrała aż wreszcie napotkałem ją w habicie u Franciszkanów w Boryspolu. 

Takiego uśmiechu jaki ona wyprodukowała przy niespodzianym spotkaniu nie podarował mi nikt...

Zawsze robiła wrażenie zafrasowanej czymś bardzo osoby. Wyraź twarzy smutny i skupioney.

Nie pytałem o szczegóły ale właśnie szykowała się na powrót do klasztoru w Syberii zapewne do Irkucka.

W UZBEKISTANIE mój wychowanek Fahriddin został kapłanem w zeszłym roku.

W Papui natomiast wysłałem do zakonu cztery dziewczęta. Jedna z nich jest na Filipinach i ma mieć w czerwcu śluby wieczyste. 

Nazywa się Bernadeta jej kuzynka Gracia będzie za rok składać śluby w tym samym zakonie Matki Teresy. Trzecia parafianka Adela szykuje się do ślubów w zakonie Caritas to japońska gałąź Salezjanek.

Czwarta Róża odeszła z Caritas z powodów zdrowotnych, ale stara się o powrót do innego zakonu.

To są moje sukcesy. 

O upadkach niech piszą inni. 

Tych też nie brakowało.

Czy jestem dobrym kapłanem czy złym tego ja sam nie mogę powiedzieć bo nikt nie jest adwokatem w swojej sprawie.

Dodam tylko że mama gdy byłem seminarium w mojej intencji rzuciła palenie i codziennie chodziła dwa razy na mszę. 

Ojciec po wizycie w Rostowie nad Donem powiedział na pożegnanie: 

DOBRZE SYNKU, ŻE JA TU BYŁEM, BO GDYBY MATKA ZOBACZYŁA JAK TU ŻYJESZ TO BY JEJ SERCE PĘKŁO.

Za jakiś czas dostałem list od mamy, że ojciec się bardzo zmienił i że częściej chodzi do kościoła...

Więc i on jakiś to moje kapłaństwo przeżył. 

Opowiadali mi ludzie że gdy rodzice mi załatwiali prymicje, a było z tym trochę klopotu. Bieda aż piszczała. Zadłużyli się na 20 tych starych milionów że schyłku PRL. 

Mimo to chodzili wszędzie razem pod rękę jak narzeczeni, Tato "nadużywał", i z tego powodu całe życie żyli jak "pies z kotem"...

Piszę jak jest bez ogródek bo tak sobie myślę że nie tylko moje święcenia ale też mój jubileusz w UZBEKISTANIE kogoś zachęci do refleksji.

Księża są różni i różniści. 

Każdy ma swoją własną opowieść a ich życie nie koniecznie jest pasmem sukcesów a ich plebanie i kościoły nie koniecznie kapią złotem.

Moja obecna parafia w ANGRENIE to trzy połączone działki z kaplicą wielkości klasy na 30 uczniów. 

W niedzielę mam na mszy dziesięć osób. Całe życie moje parafie były skromne poza krótkim epizodem gdy mieszkałem w Taszkiencie przy katedrze...

Proszę o jubileuszową ZDROWAŚKĘ oraz po prostu by "trzymać kciuki".

Zwłaszcza jutro 26 maja czyli jutro. 

ISO Diae 26 maja 1991 byłem święcony w dzień Filipa Neri. Wypadła Trójca w tamtym roku a prymicje na Boże Ciało.

Mają się zjechać koledzy kapłani i siostry a szóstego czerwca poprawiny dla pozostałych znajomych i przyjaciół i ile dotrą do mej kryjówki w Zachodnich Himalajach. 

Zaprosiłem ich na szaszłyki w górach.


Ks. Jarosław Wiśniewski FD 

Publicysta

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo